Piątek z Martą #42: jak zachować najlepsze wspomnienia i jaki jest sekret udanego związku

Jeżeli chcesz wiedzieć, jak zachować najlepsze wspomnienia i wracać do nich w dowolnym momencie, a przy okazji marzy ci się poznać sekret udanego zwiąku – ten piątek z Martą, bardzo logicznie publikowany w sobotę, jest dla ciebie.

Cześć.

Tak, wiem, dawno nie było Piątku z Martą. Przysięgam, że to nie moja wina: w moim życiu nie działo się nic oprócz schematu nauka-praca-trening-nauka-praca-trening i każdy Piątek opublikowany w tym okresie byłby nudniejszy, niż Nad Niemnem (jedyna lektura szkolna, do której naprawdę nie mogłam się zmusić, bo wszystko we mnie się buntowało).

Tak jak pisałam we wpisie Projekt Ogarniam Życie (wyzwanie dalej trwa), gdzieś zagubiłam granicę między dawaniem z siebie wszystkiego, a odpoczynkiem. Zazwyczaj ludzie mają odwrotnie: odpuszczają sobie i nie mogą się zmusić do zrobienia czegoś sensownego.

10449089_261424470855428_1012596513_n

Ja z kolei mam wieczne poczucie obowiązku: muszę to zrobić, bo kogoś obiecałam, to miało być na dzisiaj, tamto należy wykonać i tak dalej. Kończyło się tak, że gromadziło mi się coraz więcej zobowiązań i nie miałam ani sekundy na to, żeby usiąść, obejrzeć głupi serial, napić się herbaty, przeczytać książkę, która nie jest specjalistycznym kompendium, a zwykłą powieścią.

Gdybym miała oceniać Ogarniam Życie, powiedziałabym, że ten projekt idzie mi pół na pół. Rzeczywiście staram się odpoczywać, czytać i bardziej się luzuję, ale dalej zapracowuję swój tyłek i robię za dużo. Mam jednak nadzieję, że jak zakończymy teraz kilka projektów w Brandburgerze, to będę mogła odetchnąć – zresztą, zbliżają się święta!

Poza tym, już i tak jest jakiś postęp – wczoraj świętowałam ze znajomymi 10 tysięcy na Codziennie Fit i odpuściłam sobie między innymi na siłę pisanie Piątku z Martą, byleby tylko był. Stwierdziłam, że wolę napisać go w sobotę rano na spokojnie, niż rzucać ochłap tylko po to, by był na czas. Punkt dla mnie 🙂

Przedwczoraj byliśmy razem z Patrykiem w restauracji Liberta 7 we Wrocławiu. Z okazji nadchodzącego Restaurant Week zostaliśmy poproszeni o przetestowanie menu, które przygotowała ta restauracja na festiwal. Strasznie podobają mi się takie akcje, bo jak wiecie, kocham chodzić do restauracji, żeby spróbować nowych smaków i myślę, że w ramach festiwalu zjedzenie przystawki, głównego dania i deseru za 39 zł w dobrej restauracji jest niezłą okazją i obaleniem wymówek dla tych, którzy zawsze jęczą, że w dobrych restauracjach jest drogo. Tak, są tam wysokie ceny, ale płacisz nie za to, żeby się po prostu najeść, ale żeby spróbować czegoś nowego i niezwykłego. A jak ktoś i tak żałuje pieniędzy, to Restaurant Week jest chyba najlepszą możliwą okazją, żeby zapłacić mało i spróbować zjeść coś innego, niż pierogi w barze mlecznym czy pizza z osiedlowej pizzerii.

W każdym razie: Liberta 7 to włoska restauracja, gdzie szefem kuchni jest prawdziwy Włoch, a menu opiera się na tradycyjnych włoskich daniach.

Na przystawkę próbowaliśmy mozarellę w panierce nadziewaną szynką parmeńską i instalata bacon croccante, czyli sałatkę z bekonem podawaną w misce z… ciasta. Musiałam uważać, bo taka panierowana mozarella nie jest zbytnio fit, a strasznie chciałam zjeść jej jak najwięcej, bo była naprawdę dobra. 🙂

IMG_9156

Na danie główne – klasyczna margherita, która zwaliła mnie z nóg, więc dobrze, że siedziałam. Idealnie cienkie ciasto i niesamowicie świeże składniki – naprawdę polecam, dużo lepiej zjeść prawdziwą, włoską pizzę niż te twory na grubym cieście i ciężkich sosach, które można spotkać na każdym rogu. Drugim daniem głównym był domowy czarny makaron z dodatkiem atramentu z ośmiornicy i krewetkami.

IMG_9159

No i deser – czyli coś, co lubię najbardziej. Dostaliśmy deser lodowy i bonet – czekoladowe ciastko bez mąki.

IMG_9183

IMG_9181

W ramach Restaurant Week wybieramy się też na początku kwietnia do innej restauracji i już się nie mogę doczekać. Na razie dla mnie niepobitym królem wszystkich lokali we Wrocławiu jest Olszewskiego 128, prowadzone przez zwyciężczynię Top Chefa. Byliśmy tam już trzy razy i zazwyczaj świętujemy tam wszystkie ważniejsze momenty 🙂 O Olszewskiego pisałam trochę w jednym z Piątków.

TAJEMNICA UDANEGO ZWIĄZKU

Romantico elastico, jak to Patryk mówi.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Marta (@codziennie_fit)

Na temat tego, jak powinien wyglądać związek, jaki powinien być i jak stworzyć idealny, powstało pięćdziesiąt tysięcy książek, artykułów w kobiecych gazetach i wpisów na forach internetowych. Problem polega tylko na tym, że ludzie próbują zrobić szkic perfekcyjnego związku i się go trzymać.
A to kompletnie bezsensowne.

Pamiętacie mój wpis – chcesz być szczęśliwy, wyjdź z pudełka? Tu funkcjonuje dokładnie to samo. Ludziom wydaje się, że związek MUSI być taki i siaki. Że związek jest zły, jeśli tylko jedna osoba gotuje, bo ta druga w takim razie ją wykorzystuje i tyle. Że w związku należy ciągle robić to, albo tamto. Wszyscy mamy w głowie jakiś schemat związku i tego, jak powinien wyglądać, bo przecież KAŻDY związek tak wygląda. A to tak nie działa. W żadnym momencie.

No więc, związek nie musi być jakiś. Musi być taki, jaki wy chcecie, żeby był. Dlatego nie ma żadnego sekretu i żadnej tajemnicy udanej relacji, bo ty sobie ten sekret musisz stworzyć sam. U nas jest to niewiarygodne wsparcie dla siebie nawzajem i życie razem według myśli, że ja nie dam rady, ty nie dasz rady, ale razem zawsze sobie poradzimy.

JAK ZACHOWAĆ WSPOMNIENIA?

Dostałam ostatnio okazję do zrobienia albumu z wybranych przeze mnie zdjęć z instagrama. Na początku wydawało mi się, że będzie to kolejny fajny, ale niepotrzebny gadżet w domu. Przecież mam te fotki na insta i na komputerze, co niby jest takiego wspaniałego w papierowej wersji?

Okazało się, że dużo.

IMG_9212

Kiedy dostałam instabooka do ręki, zrozumiałam, dlaczego ludzie drukują zdjęcia i pakują je do albumów. Zrozumiałam, że byłam głupkiem, że do tej pory tego nie zrobiłam. Przeglądanie zdjęć namacalnie jest jedną z najlepszych rzeczy, jakie można zrobić dla swoich wspomnień.

Spędzamy przy kompie i telefonach tyle czasu, że przeglądamy większość rzeczy bez żadnej refleksji – po prostu przewijasz w dół dalej i tyle. Tak, mam te zdjęcia na instagramie, nawet czasami je przeglądam, ale z jakiegoś powodu to nie to samo.

IMG_9216

Usiadłam sobie najpierw z Patrykiem, potem ze znajomymi i oglądaliśmy zdjęcia, a ja do każdego opowiadałam kolejną historię i przypominałam sobie jakieś śmieszne przypały (zazwyczaj przy zdjęciach, które coś znaczą i wydarzeniach, które są ważne, zawsze pojawi się jakiś przypał), które wtedy się wydarzyły.

IMG_9222

Gdyby ktoś z Was chciałby takiego instabooka dla siebie, mam dla Was zniżkę, dzięki któremu będzie można zamówić go 15 procent taniej. Zachęcam Was do tego, bo jednak naprawdę sporo w tym magii. 🙂

TUTAJ zamówisz instabooka taniej.

CIEKAWE LINKI

Zrobiłam sobie odwyk od internetu, więc nie mam. Natomiast przypominam, że Wy też możecie się tutaj znaleźć. Jeżeli chcesz, żeby Twój blog się tutaj znalazł – wyślij mi maila na kontakt@martapisze.pl z adresem bloga, w tytule wpisz #PiątekzMartą. Opisz jednym zdaniem swój blog i napisz, dlaczego jest warty polecenia. Wiem, jak ciężko zdobyć pierwszych czytelników, więc bardzo chętnie polecę Wasze blogi.

Napisałam za to przydatny tekst na drugim blogu i zachęcam Was do zerknięcia – jak znaleźć dobre buty do ćwiczeń w przystępnej cenie?

OSTATNIO NA BLOGU

DO OBEJRZENIA

Do Marsjanina podchodziłam sceptycznie, ale spodobał mi się już od pierwszych minut. To świetny film, bardzo zabawny, ale też wciągający. Przez kilka wypadków, Mark zostaje sam na Marsie. I na tym w sumie mogłoby się skończyć, bo przy najlepszych wiatrach ratunek przyjdzie za cztery lata, a Mark ma zapasy jedzenia na pół roku. Tyle, że Mark nie jest zwykłym człowiekiem, a kolesiem z NASA, a to znaczy, że ma głowę na karku i sam kombinuje, jak zorganizować sobie jedzenie na planecie, na której nikogo nie ma i nic nie rośnie – bo nie ma jak.

A jednak daje sobie radę, a przy okazji komentuje swoje poczynania w naprawdę zabawny, ironiczny sposób. Świetny film, mimo tego, że początkowo myślałam, że na pewno mnie nie zainteresuje, bo sci-fi to raczej nie moje klimaty.

DO POSŁUCHANIA

Postmodern jukebox to kanał, który robi przeróbki znanych piosenek w stylu retro. Uwierzcie mi – ich  covery często są o niebo lepsze, niż oryginały (albo tak samo dobre). Musicie sami przejrzeć cały ich kanał.
Poza tym świetnie sprawdzają się jako playlista na domówkę 🙂

Miłego weekendu!