Jedna rzecz, której ludzie nie wiedzą o spełnianiu marzeń

Jest godzina 22:30. Jestem cała spocona, bo właśnie przed chwilą skończyłam trening. Chciałabym się wykąpać i iść spać, ale wiem, że zanim to zrobię, mam jeszcze jakieś kilkanaście rzeczy do zrobienia. Praca, kolacja, znowu praca, trochę małych spraw do załatwienia, wyjąć pranie, umyć naczynia, umyć siebie, przebrać się w za duży t-shirt i wreszcie – spać. Tak właśnie wygląda spełnianie marzeń.
To nie droga usrana słonecznikami i tulipanami, tylko kamienista ścieżka z czarnym szlakiem.

Ludzie myślą, że marzenia są przyjemne.
Że to wszystko jest takie wspaniałe i z bajki, że leżymy sobie w łóżku, jak królewny, i pewnego dnia dzwoni budzik, my stawiamy nasze bose stopy na zimne panele i nagle ktoś puka do drzwi.
Otwieramy – a tam marzenie. Nasze. Spełnione. Włazi do domu, rozwala się na kanapie i pyta, gdzie trzymamy chipsy.
A potem wszyscy żyją długo i szczęśliwie.

Tyle, że to tak nie wygląda.
To znaczy – moment spełniania marzenia – może tak. Albo nie, jednak nie. Moment spełniania marzenia to jak pierwszy gryz niesamowicie dobrego ciastka, takiego najlepszego na świecie. Ja mam słabość do wuzetek, więc dla mnie moment spełniania marzenia to jak pierwsza łyżka pełna najlepszej możliwej wuzetki.

Ale cała droga, żeby zjeść tę wuwuzetkę, czyli sam proces spełniania marzeń? Czasami przyjemny, a czasami tak beznadziejny, jak drzazga wbita tak głęboko, że nie można jej wyjąć i się trzeba z nią męczyć.

JAK WYGLĄDA SPEŁNIANIE MARZEŃ W PRAKTYCE

Ponieważ widzicie, spełnianie większości marzeń (nie wszystkich, rzecz jasna), wymaga wysiłku. Czasami wymaga tego, żeby nastawić budzik o godzinę wcześniej, a czasami wymaga przewartościowania swojego całego życia po to, żeby dojść do tego, do czego chcemy dojść.

Spełnianie marzeń jest jak nauka na bardzo ważny egzamin: trzeba to robić systematycznie i z sercem. Wtedy przynosi efekty. Problem polega na tym, że większość ludzi nie potrafi systematycznie, więc robi tylko z sercem, próbując szaleńczymi zrywami raz na pół roku coś zdziałać. Oczywiście się nie udaje, więc oczywiście się zniechęcają.
Oczywiście.

Spełnianie marzeń nie wygląda jak w Milionerach albo Familiadzie. To nie polega na tym, zazwyczaj, że przychodzi Karol Strasburger i daje nam nagrodę za to, że potrafiliśmy na pięć sposobów powiedzieć słowo owca, albo że przychodzi Robert Janowski i daje nam kuferek słodyczy i pieniądze, bo odgadliśmy po jednej nutce, że to śpiewa Beata Kozidrak. Nie. Marzeń się nie dostaje. Na marzenia sobie trzeba zapracować.
Tylko ludzie tego nie czają.

MAŁO KTO MA SZCZĘŚCIE

Ludzie widzą w systemie zero jedynkowym. Że albo się ma szczęście i się spełnia marzenia, bo się założyło facebooka i jest się milionerem, albo się szczęścia nie ma, haruje się za średnią krajową albo i niżej, ma się kredyt na mieszkanie, pracę, której się nie lubi i małżeństwo, które wcale nie jest udane. Jedno albo drugie. Tylko wybrańcy spełniają marzenia, jakieś gwiazdy, Bednarki, Wojewódzkie, Bajmy, Madonny. Nie zwykła Krycha z warzywniaka, o nie, Kryśce się spełnianie marzeń nie należy. Bo przecież gdyby się należało, to by już dawno przyszło.

Bo Kryśka nie pomyśli, że może zamiast czekać jak śpiąca królewna na Shreka i osła, powinna coś sama pomyśleć, coś sama zacząć robić i co najważniejsze – robić to regularnie i z oddaniem. Kryśka woli myśleć, że ludzie, którzy właśnie coś robią, to ludzie, którzy rzucili się w wyścig szczurów, to nieszczęśliwi, zapracowani, pracoholicy z problemami z nerwami, żołądkiem i alkoholem. A potem, kiedy się im udaje, Kryśka mówi:
– to przez znajomości!
– przez łóżko!
– ma kuzyna w zarządzie!
– łapówkę dał!
– udało mu się!

Bo Kryśka nie wpadnie na to, że ten sukces to nie pół roku pracy, nie rok pracy, tylko kilka lat ciężkiej roboty.

BO SIĘ ZMĘCZĘ

Nie mówię tu o tym, żeby się przepracowywać, rezygnować z odpoczynku, z regeneracji, z kontaktów z innymi, z zabawy. Trzeba umieć połączyć te wszystkie rzeczy i wiedzieć, kiedy odpuścić, a kiedy przykręcić śrubę – to fakt. Niestety, drugi fakt jest taki, że większość z nas zamiast przykręcać śrubę, to ciągle ją luzuje, bo przecież się zmęczy i będzie koniec świata. Kapcie mu spadną.

Mam wrażenie, że większość z nas zachowuje się jak nastolatki na lekcji w-fu. Nie chce im się ćwiczyć. Nigdy. Bo się zmęczą, spocą, włosy się rozwieją, makijaż robiony mascarą z Bravo się zmyje i co wtedy? Dlatego sobie odpuszczają, piszą zwolnienie na kolanie, dają nauczycielowi, załatwione.
I my też tak sobie załatwiamy życie. Codziennie piszemy sobie zwolnienie, bo przecież nie ma co się zaharowywać, nie ma co się męczyć, nie ma co przesadzać, że przecież jeszcze będzie czas na takie rzeczy jak spełnianie marzeń. Na przykład na emeryturze. Może wygra się w totka, albo w zdrapkę i marzenia same przyjdą.

Szkoda tylko, że w życiu najczęściej same to przychodzą trzy rzeczy: grypa, starość i własny pogrzeb.
Marzenia nie.