Jedno postanowienie noworoczne, którego nigdy nie potrafiłam spełnić

Nowy rok, nowa ja! Jak to pięknie zawsze brzmi. Nie ma chyba nic lepszego, niż pierwszego stycznia usiąść z czystym kalendarzem i zaplanować całe życie od nowa. I o ile zazwyczaj do noworocznych celów podchodzę bardzo rozsądnie i dzięki temu większość udaje mi się spełnić, to… jest taka jedna rzecz, którą obiecywałam sobie już milion razy i jeszcze nigdy nie udało mi się tego osiągnąć.
Aż w końcu całkowitym przypadkiem, udało mi się je ruszyć.

Jeśli jesteście na tym blogu od jakiegoś czasu, to doskonale wiecie, o co chodzi. Tysiące razy wspominałam już, że za bardzo się przejmuję i stresuję, za mało odpoczywam, za dużo robię. I tyle samo razy, ile o tym wspominałam, tyle samo razy obiecywałam sobie, że od teraz coś się zmieni, że już jestem taaaaka świadoma, że teraz to już w ogóle będzie inaczej i że zabieram się za siebie.

Czy naprawdę muszę mówić, czy mi się to udało?

OBIECAĆ TO JEDNO, ZMIENIĆ TO DRUGIE

Z moim postanowieniem było tak, jak z każdym innym: samo wypowiedzenie życzenia nie sprawi, że ono się spełni.

Z jednej strony chciałam mniej pracować, więcej odpoczywać, zająć się sobą, przestać się tak stresować (zwłaszcza, że w kilkunastu miesiącach zaczęło odczuwać to już moje ciało, a nie tylko ja sama), a z drugiej – na chceniu się kończyło, bo razem z drugim stycznia wracałam do normalnego harmonogramu pracy i tego samego cyklu dnia. A nawet jeśli wymyśliłam sobie, co można wprowadzić, żeby coś zmienić, to… było tego tak dużo, że wytrzymywałam może z dwa dni, a potem wracałam do starej rutyny.

I tak w kółko.

Doszło do takiego momentu, w którym z moim postanowieniem czułam się jak dziewczyna, która ciągle wraca do toksycznego związku i już wstydzi się powiedzieć o tym znajomym. Wiecie: wszyscy wiedzą, że on ją źle traktował, każdy kibicował, kiedy z nim zerwała po raz pierwszy, drugi i trzeci, ale kiedy wrócili do siebie znowu, można powiedzieć tylko jedno: no nic jej nie pomoże. Tyle razy o tym pisałam na blogu, tak się chciałam zawziąć, a potem wszystko szlag trafiał i jak ta dziewczyna – wstyd aż było przyznać, że chcę znowu spróbować…

No ale nie ma w tym nic dziwnego, tak naprawdę. Trudno coś zmienić, jeśli jedyną zmianą jest powiedzenie sobie: od jutra się tak nie będę stresować/zapracowywać, a następnie pobudka rano i zaczęcie od nowa tego samego schematu.

CORAZ GORZEJ

Problem polegał na tym, że oprócz psychicznego dyskomfortu i jakiejś takiej frustracji, że nie mam czasu na siebie, moje ciało też zaczęło pokazywać, że cały ten zapieprz wcale mu nie pasuje. Nie pomagał też fakt, że mało kto z bliskiego otoczenia rozumiał problem: kiedy próbowałam o tym porozmawiać, słyszałam: „no to w weekend odpocznij” albo „to zrób sobie dwa dni wolnego”.

Tyle, że dwa, trzy a nawet dziesięć dni wolnego nie miało znaczenia, bo potem znów wpadałabym w te kółko robienia rzeczy, obowiązków, stresów, zmartwień i tak dalej. To jak plaster na krwotok. Albo jeden zdrowy posiłek dla kogoś, kto ma dużą otyłość.

PRÓBOWAŁAM

Naprawdę próbowałam z tym walczyć – ustalałam sobie „zasady”, obiecywałam sobie, że dzisiaj poczytam, obejrzę film, planowałam nowy harmonogram dnia z uwzględnieniem tego, że mam „czas na odpoczynek”.

Problem polegał na tym, że nie zmieniłam swojego podejścia do rzeczy. Dalej jeśli ktoś napisał, to prawie od razu odpisywałam. Jeśli był deadline, to potrafiłam wstać o 4 rano, kładąc się o pierwszej, żeby do 6 rano to wysłać. Przejmowałam (i przejmuję dalej, bo to akurat bardzo długi proces) się praktycznie wszystkim, a jak już nie było czym się przejmować, to sobie zawsze coś wymyśliłam.

Próbowałam podejść do tego postanowienia jak do wszystkich innych celów: ustalić plan działania, harmonogram, ale nic z tego nie działało, bo plan naprawczy wyglądał zajebiście na papierze.

Ale w życiu się w ogóle nie sprawdzał.

Poza tym sama wpadłam w pułapkę czegoś, przed czym przestrzegam zawsze mówiąc o zdrowym trybie życia: podejścia wszystko albo nic. Chciałam albo mieć idealny harmonogram dnia, albo w ogóle. Nawet jak już udało mi się coś wygospodarować dla siebie, ale nie tyle, ile planowałam, to już myślałam: dobra, to od jutra, od nowa… Błędne koło.

POMÓGŁ PRZYPADEK

Tak naprawdę, rozwiązaniem problemu mogło być nie tylko zapisanie na kartce, co mogę zrobić, ale przewartościowanie sobie celów, wyjęcie kija z tyłka i ustalenie rzeczywistych GRANIC. No i pozbycie się podejścia zero-jedynkowego.

No i potem nadszedł Przypadek, który mi pomógł. Wzięliśmy drugiego kota.

ŚWIAT SIĘ NIE ZATRZYMAŁ, KIEDY ODPUŚCIŁAM

Teraz pewnie możecie się zastanawiać: jak, do cholery, kot może spełnić postanowienie, którego nie udało się spełnić przez kilka lat? Co w ogóle ma z tym kot wspólnego, czy ta Marta naprawdę już upadła na głowę i ma jakieś kocie zapalenie mózgu?

Spokojnie. Tłumaczę!

Wzięcie drugiego kota wiązało się z przeprowadzeniem socjalizacji obu kotów. To zaś wymagało czasu oraz cierpliwości. W trakcie socjalizacji pojawiły się problemy wynikające z naszych błędów (o całym procesie jeszcze kiedyś napiszę). To sprawiło, że musiałam naprawdę dużo czasu wygospodarować na ogarnięcie tej sytuacji i…

… i okazało się, że to najlepsze, co mogło mnie spotkać. Świat się nie zawalił, praca wcale nie ucierpiała (mimo, że siedziałam nad nią mniej), ludzie się na mnie nie obrazili, ani nie zapomnieli o mnie, mimo mojej nieobecności.

A do mnie jakoś dotarło, że naprawdę nie muszę być dostępna całą dobę, a mój stres i przejmowanie nie zmienia kompletnie nic. Że mogę zwolnić, nie mając tego zaplanowanego w kalendarzu i naprawdę tragedia się nie wydarzy.

Pewnie dla większości osób czytających ten tekst to znane od dawna prawdy i pukacie się teraz w głowę, ale dla mnie to wcale nie było takie oczywiste i znalezienie balansu między pracą a odpoczynkiem, ale też zapanowanie nad swoim stresem i skłonnością do przejmowania się to problem, który był i który jeszcze jest. Za to oczywiste jest dla mnie, że należy ćwiczyć i robić to regularnie, a wiele osób z kolei ma z tym kłopot 🙂 Każdy z nas jest inny.

I TO DOPIERO POCZĄTEK

Pewnie, fajnie jakby puentą tego wpisu była cudowna historia o tym, jak koty zmieniły moje życie, ale tak naprawdę ta cała sytuacja to dopiero początek. Po udanej socjalizacji kotów zaczęłam mocniej rozgraniczać pracę i odpoczynek. Ale wciąż czeka mnie OGROM pracy nad sobą, żeby dojść do momentu, w którym rzeczywiście będę mogła powiedzieć: umiem utrzymać balans.

Więc pracuję. Nad sobą, oczywiście. Kiedy czuję, że potrzebuję odpocząć – odpoczywam. Próbuję ogarnąć swoje przejmowanie się i stres. Zaczynam rzeczywiście COŚ robić i nawet jeśli jest to 5-minutowe oddychanie na uspokojenie – to już się tak nie zniechęcam, że harmonogram dnia nie był idealny, bo planowałam piętnaście minut, a wyszło pięć.

I może to takie pocieszenie na nowy rok: nawet najbardziej odwlekane i powtarzane postanowienia czasami można zacząć realizować… tylko trzeba je ugryźć z innej strony.