Jak internet zrobił mi krzywdę

Internet – wiadomo, zbawienie ludzkości. Świat się staje globalną wioską, związki na odległość mają większe szanse przetrwania, a zamówienie bluzki z Chin zajmuje jakieś pięć minut. To właśnie dzięki internetowi nikt już nie musi czekać na powtórki seriali, każdy może zostać ekspertem na jakimś forum i bez konsekwencji można wreszcie podglądać, co robią nasi byli partnerzy. No i wreszcie: internet pozwolił naszej koleżance z podstawówki bombardować nas zdjęciami swoich dzieci, samotnej cioci Krysi znaleźć pana Przemka, który na nowo spowodował u niej motylki w brzuchu, a naszemu irytującemu znajomemu wrzucać co chwila zrzuty ekranu z Endomondo, bo każdy kilometr zasługuje przecież na lajka, koniecznie z hasztagiem #fit, bo inaczej trening się nie liczy.
Tyle, że internet ma też wady. Na przykład taką, że przewraca życie do góry nogami.

Nie zrozumcie mnie źle, kocham internet. Gdyby nie sieć, nie pracowałabym tam gdzie pracuję, nie blogowałabym i prawdopodobnie nie rozkręciłabym kilku moich hobby.  Poza tym, nie poznałabym wielu świetnych znajomych i nie spędziłabym kilku wieczorów rycząc ze śmiechu przy memach z kotami (zawsze NIEWYOBRAŻALNIE mnie bawią).

Ale bycie online prawie cały czas ma też swoje wady. Całkiem spore. Coś za coś, prawda? Za darmo, jak mówi moja mama, to można dostać tylko po ryju.

W każdym razie – co takiego złego zrobił mi internet (oczywiście, poza tymi wszystkimi razami, kiedy widziałam coś, co bardzo chciałabym odwidzieć i zapomnieć, a nie mogę) ?

NIE POTRAFIĘ SIĘ SKUPIĆ

W sieci dzieje się dużo. Na raz. Standardem jest dla mnie dziesięć otwartych zakładek, muzyka lecąca ze Spotify, trzy czaty ze znajomymi i jednoczesne pisanie maili oraz czytanie jakiegoś artykułu. Z jednej stroni multizadaniowość wydaje się być czymś wspaniałym, z drugiej jednak problem zaczyna się, kiedy wylogowuję się z sieci i, na przykład, chcę obejrzeć film.

Nie potrafię usiedzieć na tyłku. Robię jednocześnie herbatę (mam aneks kuchenny), przygotowuję sałatkę, piszę z kimś na facebooku, zaczepiam kota, próbuję zrobić szpagat (z tragicznym skutkiem, dobrze, że się nie zabiłam),a w kryzysowych momentach zastanawiam się, czy czasami nie wisieć głową w dół na żyrandolu, bo samo oglądanie filmu jest dla mnie czymś za mało absorbującym.

Jak strasznie to brzmi? Rozumiecie, jak duży to problem? Nie potrafię się skupić na głupim filmie! Oczywiście, jeśli jest to Harry Potter albo Hobbit, to rzeczywiście mnie to wciągnie na tyle, że nie robię nic innego, ale przy każdej innej produkcji, której nie jestem psychofanką, jest mi naprawdę ciężko.  Tak samo ciężko jest mi się skupić na czytaniu (robię przy tym pięćdziesiąt innych rzeczy, a kiedyś potrafiłam zamknąć się z książką w pokoju i nie było mnie przez kilka godzin), graniu (jak czekam na ekran ładowania, to automatycznie szukam dla siebie zajęcia). Mój mózg tak się przyzwyczaił do tego, że robię kilka rzeczy na raz, że trudno mi się skupić na jednej, jedynej rzeczy. Nawet pisząc ten wpis jednocześnie smsuję. Nie potrafię już oddać się cała jakiejś czynności i w spokoju coś zrobić nie odrywając się od pracy.

I to jest problem, nad którym chcę popracować. Zresztą, nad kolejnymi punktami też i w sumie właśnie dlatego piszę ten post.

MNIEJ CZYTAM

To jest coś, do czego nie chciałam się przyznać przez długi czas, nawet sama przed sobą. Zawsze byłam typem mola książkowego i 10-12 książek miesięcznie było dla mnie standardem. Książki też rozwijały moje pisanie: dzięki nim miałam niesamowity zasób słów i bardzo łatwo mi przychodziło tworzenie tekstów na każdy możliwy temat.

Teraz jak przeczytam dwie książki na miesiąc, to mam święto. To strasznie smutne i dołujące. Jedną z przyczyn jest brak czasu, ale nie czarujmy się – gdybym chciała, to miałabym go więcej. Często chcę coś czytać, a potem internet wciąga mnie na tyle, że robi się noc i czas już się położyć spać. Poza tym, dręczy mnie punkt pierwszy: nie potrafię się skupić i strasznie ciężko mi się wciągnąć w jakąś powieść.

Chcę z tym walczyć i planuję na blogu wyzwanie czytelnicze, ale nie wiem, co Wy na to? Dajcie znać.

JESTEM ZAWSZE ONLINE

Świątek, piątek, niedziela – zawsze jestem w sieci. Trochę wynika to ze specyfiki mojej pracy (pracuję online i bez internetu trudno byłoby mi to robić), ale nikt nie wymaga ode mnie ślęczenia nad pracą także w weekendy, a właśnie to robię. Non stop siedzę z odblokowanym telefonem i od razu zaglądam na maila, gdy dostanę powiadomienie o nowej wiadomości. Po pierwsze, to jest na pewno denerwujące dla moich znajomych, po drugie, sprawia, że nie mogę odpocząć, bo nie mam momentu odcięcia się od pracy – wręcz przeciwnie, zabieram ją wszędzie ze sobą. Cały czas jestem ja i zasięg, a co gorsza, denerwuję się, kiedy ktoś mi zwraca uwagę, ba, ja się obrażam! „To przecież tylko sekunda, odpiszę klientce na maila”. Straszne.

WALKA

Może większość z was mnie nie zrozumie, bo nie musi pracować online, jednak tu nie do końca chodzi o uzależnienie od sieci. Kiedy jedziemy gdzieś i nie mam na głowie pracy – dobrze mi się żyje bez internetu i nie mam parcia, żeby wejść w telefon i jak najszybciej połączyć ze światem. Robię to, bo czuję potrzebę, że muszę pracować, odpisać, coś zrobić – i to sprawia, że internet oddziałuje na mnie w negatywny sposób. Oczywiście, sieć ma też dużo plusów i myślę, że napiszę wpis na ten temat, żeby trochę to zrównoważyć, ale z drugiej strony – ten artykuł powstał po coś. Po to, by uświadomić sobie, że coś jest nie tak i z tym walczyć. Chcę się normalnie skupiać, a nie mieć ADHD, chcę więcej czytać i lepiej pisać. Nie chcę też spędzać całej doby w pracy, bo to sprawia, że potem mam doła tak wielkiego, jak wybryki Miley Cyrus. Nie o to mi chodziło, kiedy zdecydowałam się na pracę w domu. Dlatego staję twarzą w twarz z problemem i mówię mu: „lepiej się zwijaj, bo skopię ci tyłek”.

A Wy odczuwacie jakieś wady korzystania z sieci?