Dzień dobry, przepraszam, mam doła

Siedzę. Piję dziesiątą herbatę z rzędu, chociaż każdą słodzę, a przecież cukier to taka biała trucizna. Tyle, że dzisiaj mam w dupie trucizny i w dupie to, czy skoczy mi poziom cukru, a potem nagle opadnie oraz czy te wypite dziesięć herbat spowoduje napad wilczego głodu, czyli ładnie nazwane rzucenie się na lodówkę i zjedzenie najpierw dwóch pasków czekolady (w końcu jestem taka szalona), a następnie plastra szynki wiejskiej, tylko 19,90 zł za kilogram. Tak naprawdę, dzisiaj wszystko mam w dupie. Siedzę i opierając się o dłoń, bezmyślnie gapię się w ekran.
– Smutno mi – mówię na głos.
– Tobie?! – wykrzykuje ze zdziwieniem koleżanka, jakbym co najmniej powiedziała, że mam trzecią rękę albo żyję podwójnym życiem i gdzieś na drugim końcu świata mam męża, trójkę dzieci i psa jamnika.
No tak, zapomniałam. Przecież mi nie wolno się smucić.

Jedną z wad bycia zazwyczaj pozytywną osobą jest to, że kiedy nagle przestajesz się uśmiechać, zabierasz ludziom pewny grunt pod nogami. Świat im się zawala i kompletnie nie wiedzą co z tym zrobić, bo nie wyobrażają sobie, że szczęśliwy człowiek może być smutny (wróć: to znaczy, uważają, że skoro szczęśliwy człowiek czasami jest smutny, to znaczy, że oszukuje z tym swoim całym byciem szczęśliwym i innymi pierdołami). Tak więc, mówiąc krótko, ja nie mam pozwolenia na bycie smutną publicznie.
Więc prawie za każdym razem, kiedy mam smutny dzień, nikt o tym nie wie.

WSZYSTKO BEZ SENSU

Wiele czasu ostatnio poświęcam moim wideo z zestawami ćwiczeń. Dogadałam się z siłownią, udostępniają mi salę. Wydawałam kilka stów na mikrofon, wcześniej na dobry aparat. Co tydzień siadam i przynajmniej godzinę zajmuje mi ułożenie zestawu. Potem jedziemy na siłownię, 2-3 godziny to nagrywanie, następnie czas na montaż – od 6 do 12 godzin. Renderowanie – od 5 do 12. Bardzo to lubię. Kiedy zakładam mikrofon i zaczynam tłumaczyć ruch, czuję się jak ryba, którą właśnie ktoś wrzucił do zajebiście dużego jeziora.
Po prostu dobrze, mimo tego, że własnie użyłam najbardziej oklepanego porównania na świecie.

Mija kilka dni, film ma z tysiąc, góra dwa tysiące wyświetleń. Wchodzę na jakieś wideo z kolesiem zjadającym cynamon – piętnaście razy tyle. I chociaż nigdy tego nie robię, wtedy myślę sobie: to na co to wszystko? Na cholerę?
Po co się starać, kiedy nie ma efektów? Dlaczego coś robić, skoro wystarczyłoby mieć popularnego znajomego, który poleci, albo robić przysiady topless, by zyskać lepszą uwagę? Serio, nie zależy mi na wielkiej sławie i milionach wyświetleń, ale czasami nie ogarniam, jak działa internet. I zwyczajnie, jak człowiek, czuję  się „pokrzywdzona”. A może inaczej – nie pokrzywdzona, raczej mi przykro. I zaczynam się zastanawiać, co jest, do cholery, ze mną nie w porządku, że dwoję się i troję, a i tak nigdy nie wygram z kimś, kto nakłada sobie prezerwatywę na głowę.

11376387_495214580634888_925122019_n

Zresztą, tu nawet nie chodzi o fakt jakiejś konkretnej liczby, że np. 1000 wyświetleń to dla mnie za mało. W ogóle w sumie nie o to chodzi. Chodzi o to, że u mnie nic się nie rusza. Że film, który jest najnowszy i najlepszy, ma 3/4 mniej uwagi, niż starsze. Czyli mimo czasu, większej ilości pracy, nic nie rośnie, nic się nie zmienia. Nie ma efektów.

Nie zrozumcie mnie źle: zazwyczaj jak tylko poruszam ten temat, pojawia się kilka sapiących, oburzonych osób, które krzyczą coś w stylu „zmieniłaś się, patrzysz na statystyki!”, „ważne, że chociaż jedna osoba z tego skorzysta!”. Jeżeli też tak myślisz, proszę wyjdź. Sam fakt tego, że ktoś może mnie uważać za osobę ślepo zakochaną w liczbach i patrzących na cyferki bardziej, niż na pojedynczych czytelników, ludzi z krwi i kości, jest dla mnie tak dużą obrazą, że aż mnie obrzydza.

BRAK EFEKTÓW, BRAK MOTYWACJI. MAM WSZYSTKO GDZIEŚ.

Ale wracając: każdy internetowy twórca patrzy na to, czy dostaje jakieś komentarze, czy widzi lajki, czy ktoś wchodzi na jego bloga. To jest feedback, informacja zwrotna, że coś się komuś podoba, lub nie. To jak z napisaniem książki – pisarza też obchodzi, czy ktoś to w ogóle kupił, czy musi to sprzedawać z pakietem gazety dla kobiet w kiosku, bo nikogo to nie interesuje. Norma, uwierzcie mi. Takich rzeczy, jakie robię na drugim blogu, nie robi się dla siebie (bo tak mi kiedyś ktoś skomentował, kiedy napisałam, że jest mi przykro, że tak mało ludzi widzi moje wideo: „robisz to dla siebie, czy dla innych?”. Oczywiście, że dla innych, Sherlocku. Nie muszę siebie nagrywać, żeby ułożyć sobie trening. Robię to, by komuś pomóc albo zarazić innych miłością do sportu, ale nie widząc zmian i efektów, człowiek po prostu traci motywację. Niechby i rosło po 10 wyświetleń co film – to jest jakiś postęp. U mnie wszystko stoi, co sprawia, że nic mi się już nie chce, bo po co?

Wspomniałam wyżej, że dobrze byłoby mieć znanego znajomego, który raz czy dwa cię poleci. Tak jest i nie ma co tego ukrywać. Tak jak pisałam w poście o pracy: nie ma nic złego w tym, że ktoś ci po znajomości coś może ułatwić i pewnie jakbym miała kogoś takiego, to zniosłabym jajko, gdyby mi pomógł. Ale czy mam ból dupy, że wypruwam sobie żyły, a ktoś dostał polecenie? No mam. Bo jestem człowiekiem i chociaż wiem, że nie mogę tak myśleć, to dzisiaj właśnie mam największy ból dupy na świecie.

11417425_938882362842661_570789669_n

Jest dużo rzeczy, które mi ostatnio dało w kość, ale ten pieprzony youtube chyba po prostu był kroplą, która przelała czarę. Staram się na wszystko patrzeć pozytywnie, ale w momencie, w którym nawet czasami nie możesz powiedzieć, że coś cię zwyczajnie wkurza lub smuci, bo ludzie już przypięli ci łatkę wiecznie miłej Marty, zbierasz wszystko po kolei i po prostu któregoś dnia wstajesz z myślą, że masz wszystko naprawdę, głęboko gdzieś i już ci to w sumie obojętne. Dzisiaj coś we mnie pękło i już mi się nawet nie chce udawać albo tworzyć wrażenia, że ja nigdy nie mam negatywnych myśli o kimś albo że nie zazdroszczę czy nie porównuję się do innych. Sorry, nie jestem papieżem. Ani świętym.

Jutro rano wstanę pewnie z uśmiechem, uznam, że ciężką pracą w końcu się na youtube dorobię widzów, pójdę biegać, będę mówić, że świat jest piękny i cieszyć michę do wszystkich wokół. Taka już jestem. Z dołów wychodzę szybciej, niż Nitka biegnie po Whiskasa, a uwierzcie mi, zasuwa naprawdę szybko na tych swoich łapach, które od spodu wyglądają jak urocze fasolki.

Ale dzisiaj się smucę i wiecie co? Mam do tego pieprzone prawo. Być smutną. To nic złego.

Chociaż cały świat próbuje mi wmówić, że powinnam mieć wyrzuty sumienia z tego powodu.

Publikuję to i kompletnie nie mam pojęcia, jak na to zareagujecie. Bardzo się boję, że ten post zostanie źle odebrany, a ludzie przekręcą coś i zaczną myśleć o mnie jako o osobie, której największym hobby jest odświeżanie strony ze statystykami albo patrzenie na liczbę lajków. No nie. Wiem, że można odnieść takie wrażenie, bo jedną z rzeczy, którą się przejmuję jest to, że mało osób ogląda coś, co zajmuje mi masę czasu, ale wydaje mi się, że każda osoba która robi coś z pasji/tworzy coś zrozumie, o co mi chodzi. Tu nie chodzi o liczby, a o zastój. Brak efektów. O to, że mam wrażenie, że nikt nie docenia mojej pracy i że wszyscy mają na nią „wylane”.
Mimo wszystko mam nadzieję, że ten post nie zostanie odebrany na opak. Dobrej nocy!