Sorry, nie możesz być idealny

Naprawdę się starasz. Ćwiczysz, jesz zdrowo, pracujesz, uczysz się, spotykasz ze znajomymi, zaliczasz wszystkie życiowe góry i przeskakujesz z rozpędem przez trudności. Robisz to, tamto i jeszcze jedno, jednocześnie pijąc kawę, jedząc obiad i kolację, bo osobno to nie masz na to czasu oraz odpisując na wiadomość. Wydaje się, że jesteś uosobieniem organizacji, sukcesu i tych wszystkich mentorskich cytacików, które mają przekonać człowieka, że wszystko można i można idealnie.

A potem coś się wali i zaczynasz rozumieć, że byłaś w wielkim błędzie.

Nie da się być alfą i omegą. Tak samo, jak nie da się robić wszystkiego idealnie i być we wszystkim dobrym. To wydaje się być bardzo logiczne, ale gdy dochodzi co do czego, trudno to wybić sobie z głowy. Bo człowiek chce.

Człowiek ma dużo zajęć i najchętniej złapałby wszystkie sroki za ogon. Więc zaczyna artykuł, miesza łyżką w garnku obiad, w międzyczasie robi dwa przysiady i wygląda za okno, by powitać swoją połówkę czułym całusem na odległość.

Ten człowiek to na przykład ja.

11273022_864424270283852_1013910629_n

 

Lubię robić dużo. Sprawia mi to przyjemność. Lubię być aktywna, żyć ładnie, równo, może nie od linijki, ale prawie. Ale to, że lubię robić dużo nie jest problemem. Problemem jest to, że lubię robić dużo i perfekcyjnie.

A to już kłopot. Dość poważny.

PO PROSTU PERFEKT

Zawsze staram się, żeby wszystko wyszło. Idealnie, oczywiście. Żeby wszystko było na czas, żeby było dobre, żeby innym się podobało, żebym ja była zadowolona. I w większości się udaje. Do momentu, w którym nagle życie dowala ci miksem wszystkiego, wielkim combo, jakąś śmieszną kompilacją, która pewnie dla życia jest niebywale zabawne, ale dla mnie trochę przerażające. Nagle budzisz się rano i nie chcesz wychylić nawet dużego palca od stopy spod kołdry, bo wiesz, że ten palec zaraz się zmęczy działaniem.

Bo przecież wszystko trzeba zrobić. I trzeba to zrobić dobrze.

Nie lubię się użalać nad sobą, więc czy mój duży palec tego chce, czy nie, wypycham go spod kołdry i bosymi stopami zasuwam. Znowu. Robię, staram się, ale kiedy uderza mnie te combo, to i tak wiadomo, że nie zrobię wszystkiego. I zaczyna się tragedia. Bo przecież tak nie można. Bo to nie perfekcyjne. Bo to nie tak, jak miało być.

I to mnie gubi.

Nie lubię słuchać o tym, że biorę na siebie za dużo – nie uważam tak. Nie lubię też przyznawać się do błędu, bo wtedy jedyne co widzę, to to, że ten błąd popełniłam ja – i że nie powinno tak być. Ciągle wymagam od siebie więcej i więcej, i o ile dla rozwoju człowieka to dobrze, o tyle za duży bagaż może sprawić, że połamie ci się kręgosłup.

Albo po prostu w pewnym momencie pękniesz i zaczniesz płakać. I zamiast zrobić chociaż jedną rzecz z tego miliona, nie robisz żadnej, bo spędzasz czas stresując się, obgryzając paznokcie i zamartwiając się, jakim jesteś leniem i nieudacznikiem.

NIE MOŻNA MIEĆ WSZYSTKIEGO

Podstawowa życiowa zasada: nie można mieć wszystkiego. Ja jej nigdy nie wierzyłam. Bo jak nie można, jak ja daję radę? Wiecie, jak to jest – może inni nie mogą, ale JA przecież mogę! Przecież ogarniam życie, studia, pracę, chłopaka, treningi, dietę, relacje z innymi, blogi i wolny czas.

Gówno ogarniam.

Bo jeśli nie ma combo, to jest dobrze. Ale jeśli combo się pojawia, to robi się problem, bo Perfekcyjna Marta nie wyrabia i świat się wali.

A, czekajcie. Jednak się nie wali.

Jednak nagle nie porywają nas kosmici, kiedy nie oddam czegoś na czas. Jednak ziemia się nie rozstępuje, kiedy na którymś z blogów nie ukaże się wpis. Nie ma końca świata i paskudnych zombie, gdy nie zrobię treningu. Totalne zdziwienie! Jak to możliwe, że tak można, nieperfekcyjnie, nie na czas, nie wszystko, nie zawsze?

Jednak można. I niesamowicie się cieszę, że wreszcie zdjęłam sobie tą uprząż i mogę sobie odetchnąć pełną piersią.

Człowiek uczy się całe życie. Zwłaszcza najbardziej oczywistych rzeczy.