Gdyby na tegorocznej gali Oskarów przyznali jedną statuetkę za bycie najgorszą możliwą przyszłą panną młodą – nie miałabym konkurencji. Nie przeglądam codziennie ślubnych portali, nie emocjonuję się każdym szczegółem, ciągle zapominam zaklepać coś więcej niż salę, myli mi się data ślubu i chociaż bardzo bym chciała, to niestety nie mogę powiedzieć, że to najważniejszy projekt w moim życiu.
No bo nie jest. Po prostu. I strasznie mnie wkurza, że niektórym tak trudno to zrozumieć.
Przepraszam, ale branża ślubna to jakiś żart
Rezerwowanie sali dwa lata wcześniej, szukanie kapeli i fotografa półtorej roku przed ślubem, pytanie się fryzjera o terminy rok przed całą imprezą – ludzie! Ja nie wiem, czy za tydzień na pewno będę w domu, nie mówiąc już o tym, że w poniedziałek jest mi trudno określić, czy w środę mogę wyjść na kawę – a tu nagle mam zaklepywać połowę weselnych spraw milion lat przed samym wydarzeniem. W momencie, w którym sama nie jestem pewna, czy mój trochę-boho-ślub-na-dworze będzie mi się tak samo podobał za dwa lata.
Zawsze wydawało mi się, że ludzie opowiadając o ślubie i organizacji wesela przesadzają. No ileż może być z tym problemów? Czy naprawdę to jest takie drogie, czy po prostu panny młode lubią sobie wymyślać rzeczy nie z tej ziemi, a potem dziwi ich rachunek?

No i zwracam honor wszystkim pannom młodym i pukam się w pierś. Ta branża to naprawdę trochę taki wielki rak – terminy są z kosmosu, a z cen to już nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać, bo są tak abstrakcyjne.
Ale w sumie nie to mnie w tym wszystkim najbardziej denerwuje. Do szewskiej pasji doprowadza mnie coś innego…
… “ale jak to jeszcze nie masz orkiestry?”
Oczekiwania ludzi, że ślub będzie dla mnie najważniejszą rzeczą w moim życiu i wielkie zdziwienie, kiedy okazuje się, że tak nie jest.
Mam taką znajomą – poznałyśmy się na studiach. Kiedyś wpadłam na nią parę dni po zaręczynach – pierwsze, co do mnie krzyknęła, to “wielkie gratulacje!”. Ponieważ w tym samym czasie miałam kilka innych projektów (m.in wyszła moja pierwsza książka), na początku nie załapałam, o czym mówi i zapytałam: “ale czego?”
Odpowiedź była piękna: “no jak to czego, Patryk ci się WRESZCIE oświadczył!”.
No tak. Najważniejszy punkt w życiu odhaczony. Strach pomyśleć, co by było, gdyby tego nie zrobił!

To samo dzieje się za każdym razem, kiedy ktoś pyta mnie jak tam ślub, a ja odpowiadam, że mam termin i salę. “Tylko? A orkiestra? Fotograf? Wideo? Fryzjerka? Przecież to już trzeba rezerwować!”.”Jak ty możesz tak się nie przejmować ślubem? Ja to już bym miała wszystko zrobione”.
Ja wiem, że trzeba, ale mam ważniejsze rzeczy na głowie. Nie żyję moim ślubem zbyt mocno. No i tego niektórzy totalnie nie rozumieją.
Cieszę się, że będę żoną, ale jestem też dalej Martą
Nie zrozumcie mnie źle: mega się cieszę na fakt, że będę żoną. I to nie byle jaką, ale żoną konkretnie tego mężczyzny. Ale to, że jestem narzeczoną, czy przyszłą panną młodą, nie oznacza, że nie jestem już Martą.
A Marta ma też swoje własne sprawy.
Bardzo wiele kobiet, które obserwuję, traktuje ślub jako najważniejsze wydarzenie w swoim życiu. Chciałabym myśleć, że to dlatego, że są tak zakochane i szczęśliwe, ale czasami wydaje mi się, że nie do końca o to chodzi.

Że czasami powodem jest fakt, że ślub utożsamiamy z wielkim sukcesem (wtf?), “złapaniem męża”, “ustatkowaniem się” i że jest to powód do chwalenia się tym przez następne 24 miesiące, wrzucając setki zdjęć z wesela. I wiecie co? W sumie nie ma w tym nic złego. Może dla kogoś bycie żoną jest spełnieniem marzeń – i to jest naprawdę okej!
Tylko… nie wszyscy tak muszą mieć.
Dla mnie ślub to tylko kolejne potwierdzenie, że chcemy być razem i tworzyć rodzinę. A wesele – wielka impreza, na której świętuje się razem z rodziną i przyjaciółmi tą miłość, cieszy i spędza fajnie czas. I tak, jest to duże wydarzenie, w końcu wcześniej się je organizuje, ale… na pewno nie większe, niż inne nasze projekty.
Skoro tak, to dlaczego nie zwykły obiad?
Kiedy dzielę się moim podejściem do ślubu z innymi, często dostaję pytanie, dlaczego w takim razie nie zdecydowaliśmy się na zwykły obiad zamiast wesela i tyle. Skoro tak mi nie zależy, to po co w ogóle to wszystko organizować?

Nie będę kłamać: rozważaliśmy tę opcję wiele razy, ale koniec końców chyba wygrały jakieś moje marzenia o białej sukni, gromadzie bliskich osób i typowym przyjęciu. Mimo, że mój rozsądek uważa, że to naprawdę głupie, wydawać tyle pieniędzy na jedną noc, to moje serce mówi: “hej, ale ja też chcę sukienkę, bukiet i zabawę do rana.”
Czy to durne? Myślę, że trochę tak – a przynajmniej mało rozsądne. Ale wychodzę z założenia, że skoro wszystko finansujemy sami, to nikomu takie spełnianie zachcianek (błagam, nazwijmy to wreszcie po imieniu – żeby zostać małżeństwem naprawdę nie jest konieczna huczna impreza) krzywdy nie robi.
Najgorsza przyszła panna młoda gotowa!
Mam wrażenie, że te moje lekkie podejście do ślubu sprawia, że wiele osób myśli, że mi na tym nie zależy, albo że jest mi to wszystko obojętne: a nie do końca o to chodzi. Zależy mi, cieszę się, chcę to wszystko zorganizować.
Ale nie będę udawać, że to najważniejszy projekt w moim życiu i chciałabym, żeby świat przestał ode mnie tego wymagać.
Biorę na klatę etykietę najgorszej przyszłej panny młodej, oraz obiecuję ją nosić z dumą!

Kurcze naprawdę lubię Twojego bloga i uwielbiam Cię czytać. Jesteś dla mnie niesamowitą inspiracją! Jednak mam pewien problem czytając ten wpis i porównując go z poprzednim ( lipiec 2018), w którym pisałaś… ”
Już mi nieśli suknię z welonem… wróć. Właściwie – to nie nieśli. Po prostu, jak na osobę z XXI wieku przystało, stworzyłam jakieś pięćdziesiąt tysięcy folderów ze zdjęciami: sukien, stołów, zaproszeń oraz Bóg wie, czego jeszcze. Wyznaczyliśmy datę, pojechałam zaklepać salę, w głowie miałam już wizję strojów moich druhen…(…) Jak to większość narzeczonych (a przynajmniej tych, które są bardzo stereotypowe – a okazało się, że ja jednak jestem) zrobiłam duży research, obdzwoniłam wszystkie interesujące mnie sale, na Pintereście założyłam odpowiednie tablice z inspiracjami, zrobiłam sobie konto na ślubnym portalu i zaczęłam działać. Słowem: zachowałam się jak typowa panna młoda ze schematu.”
Przepraszam ale nie rozumiem… dla mnie to trochę niespójne 🙁
To nie jest niespójne! 🙂 To jest bardzo zyciowe!
Za pierwszym razem przy organizacji wesela bardzo się napaliłam! Chciałam mieć super wesele, fajnie zorganizowane, zaczęłam gromadzić tony inspiracji na pintereście i chciałam zorganizować fajne wesele! Ślub jednak ani wtedy ani teraz nie był dla mnie najważniejszym wydarzeniem w życiu.
Po przełożeniu ślubu i wesela na kolejny rok, nabrałam też do sprawy trochę dystansu – i ot, dlatego ten nowy wpis. Z perspektywy czasu i tego, że odepchnęliśmy sprawę ślubu jako rzecz mniej istotną niż reszta naszych zajęć i obowiązków, przestałam też przykładać taką wagę do spraw organizacji wesela i naprawdę nie jestem najlepszą panną młodą w tym wypadku 🙂
Ok, już rozumiem 🙂 Po prostu czytając te teksty jeden po drugim miałam niesamowity zgrzyt 🙂 Ale przynajmniej teraz wiem z czego wynikał 🙂
A mnie niesamowicie denerwuje wylewanie hejtu na osoby, które chcą mieć to niemodne, tradycyjne wesele, z dużą ilością osób. Wszyscy się chwalą, że robią tylko obiady dla rodziny i to jest takie super, bo takie niesztampowe, bo się wyłamał z tradycyjnego kanonu wesela i chwali się tym w każdym możliwym miejscu o tematyce ślubnej. A co jeśli ktoś po prostu chce mieć duże i tradycyjne wesele? Bo ma rodzinę, z którą cały czas utrzymuje dobry kontakt? Ja miałam zupełnie tradycyjne wesele na 140 osób, które połowa osób tutaj zaraz by skrytykowała. Rezerwowałam wszystko wcześniej, podporządkowywałam się tym “chorym” obecnym trendom na terminy z kosmosu i generalnie robiłam większość z tych rzeczy, które teraz są takie niemodne. I absolutnie nie uważam, że było to najważniejsze, co w życiu zrobiłam, nie żyłam tym na 100%, nie chwaliłam się koleżankom i wbrew pozorom nie przeglądałam miliona stron o ślubnej tematyce ani nie inspirowałam się na pintereście. Nie wszystko jest czarno białe, osoby, które organizują tradycyjne wesela nie zawsze muszą mieć weselną sraczkę. Nie podoba mi się takie szufladkowanie.
Hmm, tylko że w tekście Marty nie ma żadnego hejtu na takie osoby – a wręcz przeciwnie… W komentarzach też nie widzę hejtu a jedynie narzekania, że rodzina wywiera presję. W ogóle dziwnie wg mnie odebrałaś ten tekst – on nie jest o tym, że jaranie się swoim własnym ślubem jest złe (a jest raczej zupełnie normalne), ale o brak tolerancji i zrozumienia wobec osób, dla których to nie jest najważniejszy dzień w życiu…
Jak dla kogoś jest to najpiękniejszy dzień w życiu, jest to super i osobiście nic nie mam do takich osób, a nawet zazdroszczę, bo jak dla kogoś wesele to takie wielkie marzenie, to zapewne warto wtedy na nie wydać to kilkadziesiąt tysięcy złotych… Ale ludzie są różni i nie powinno nikogo dziwić, że mają różne preferencje i marzenia.
Niektórzy nie lubią być w centrum uwagi i takie wielkie fety ich krępują i stresujące. Jak ktoś nie znosi disco polo i nie uznaje picia wódki to też jest między młotem a kowadłem, bo może zrobić albo wesele bez disco polo i alkoholu tak, jak jemu się podoba, ryzykując jednak, że impreza będzie klapą, albo zrobić imprezę pod gości, ale samemu się na niej męczyć… I jeszcze zapłacić za to kilkadziesiąt tysięcy złotych, które nie każdy może sobie pozwolić wydać ot tak, na zmarnowanie…
Niektórzy mają rodziców po rozwodzie, albo zmarłego np. tatę, a wtedy myśl o weselu na którym tradycyjnie ojciec prowadzi córkę do ołtarza i tańczy pierwszy taniec może wywołać ból zamiast ekscytacji… I trzeba to uszanować, a nie mierzyć innych własną miarką zakładając, że każdego uszczęśliwi to samo, co nas uszczęśliwia. Nie widzę w takim stwierdzeniu najmniejszego hejtu na osoby, które mają “tradycyjne” marzenia.
Brawo ! Mam takie samo podejście do ślubu. Ufff….. 🙂 ulżyło mi, że nie jestem sama 😀
Strasznie celny tekst :/ Mnie też wkurza to nadmiernie pompatyczne podejście do związków. Słysząc teksty pewnego pokroju naprawdę trudno nie odnieść wrażenia, że dla niektórych kobiet naprawdę najważniejszym celem w życiu jest wyjść za mąż i rodzić dzieci… I ok, tylko po co to zakładanie, że każdy chce tego samego? Mnie też to strasznie wkurza.
Sama mam znacznie większe ambicje, niż być po prostu żoną i matką i zupełnie szczerze – wkurza mnie sprowadzanie kobiety tylko do takiej roli, tak jakby to było najważniejsze… A co gorsza, wręcz obowiązkowe! Wkurza mnie więc zarówno taki tradycyjny model rodziny, ale jeszcze bardziej – wpychanie go komuś do gardła na siłę, i traktowanie ludzi, którzy chcą żyć inaczej, jako tych gorszych i dziwnych. A takie nuty wybrzmiewają z takich pasywno – agresywnych komentarzy: “ślub nie jest najważniejszym wydarzeniem Twojego życia? Jesteś jakaś dziwna…”
Jak ktoś nie ma takich toksycznych (przynajmniej pod tym względem) osób w swoim otoczeniu, to tego nie zrozumie. Ale to dobrze, bo to nic przyjemnego słuchać takich dziwnych tekstów i być pod taką dziwną presją, w którą wpasowywać się nie masz zamiaru…
U mnie źródłem rakowiska akurat nie są znajomi, lecz rodzina. I to nie ta najbliższa, a dalsza, z którą widzę się raz na rok… Naprawdę ciężko jest nie poczuć się źle, kiedy zapytana o to, co u mnie, zaczynam opowiadać: “wszystko bardzo dobrze, akurat udało mi się znaleźć nową pracę i jest zajebiście, bo to dokładnie taka praca, jaką chciałam od dawna mieć, a w dodatku super warunki”, a ktoś nie dość, że przerywa w połowie (to po co pytasz, jak cię to nie interere?), to jeszcze przerywa pytaniem “no to fajnie… Ale kiedy ślub?” -.-
A tak się składa, że ja w ogóle jeszcze nie wiem, czy tego ślubu chcę, a jak już, to na pewno nie będzie to ani biała suknia, ani ślub kościelny… Jesteśmy z chłopakiem ateistami, a klasyczne wesela nas nie kręcą. Dzieci też nie wiem, czy chcę, a dla niektórych nie do pomyślenia, że możesz chcieć od życia czegoś innego :/
Najbliższi akurat na szczęście potrafią być taktowni i czekają, aż sami wyjdziemy z tematem ślubu, kiedy będziemy gotowi, ale reszta rodziny to pod tym kątem dramat – oni lepiej od nas wiedzą, jak mamy żyć, kiedy się hajtać, kiedy robić dzieci, oczywiście musimy mieć dyplom ukończenia szkoły wyższej (chociaż pytający nas o studia sami mają tylko wykształcenie zawodowe i słabe pensje -.-), ale choć nie są dla nas żadnymi autorytetami, to się za takich uważają… Jest to niesamowicie wkurzające – takie narzucanie własnego światopoglądu i nieproszone rady.
W dodatku trudno jest mi opierać się wrażeniu, że takie głupkowate pytania i komentarze są podyktowane ukrytą zazdrością i zawiścią… Mam wrażenie, że są zadawane na zasadzie: “a, może tu jej się nie układa i tu ją boli, to o to zapytam…” Bo jak inaczej wyjaśnić pytania typu “no kiedy sobie w końcu chłopaka znajdziesz?” do dziewczyny, o której wiadomo, że jest singlem i nie trzeba być wytrawnym dyplomatą by wiedzieć, że to może być temat drażliwy? Tak samo pytanie bezrobotnych “a kiedy sobie pracę znajdziesz?”, bezdzietnych “a kiedy dzieci?” i konkubinatu “a kiedy ślub?”
Tak jakby nie można było ograniczyć się do zwykłego “co tam u was, jak wam się wiedzie?” :/
Ja naprawdę mam wrażenie, że te wszystkie nietaktowne pytania i stwierdzenia są celowo wredne… Bo jak można świeżo zaręczonej powiedzieć “NO W KOŃCU Ci się oświadczył!” zamiast: “Ale super! Cieszę się waszym szczęściem!”???
Wg mnie ta obsesja na punkcie ślubów i związków też nie jest przypadkowa, tylko jak ktoś jedyne, co osiągnął to to, że założył rodzinę… To trując innym o to pupę próbuje się w ten sposób dowartościować, sztucznie zawyżając rangę ślubu i wesela do jakiegoś wielkiego życiowego sukcesu :/
PS. Nie mam nic do osób, których faktycznie największym marzeniem jest założyć rodzinę i opiekować się nią. Mam za to dużo do osób, które próbują narzucić swoje wybory życiowe innym jako jedyne najlepsze :/
Ja bym nie była szczęśliwa, poświęcając się tylko rodzinie, ale doskonale rozumiem, że ktoś może i nie uważam tego za mniej ambitne czy gorsze – pisałam o moich ambicjach jako o tym, czego ja chcę od życia i w odróżnieniu od osób, które opisuję, wiem, że to, co uszczęśliwia mnie dla kogoś innego może być nudą lub męczarnią, więc nie przyszłoby mi nigdy do głowy narzucać komukolwiek mój plan na życie jako “jedyny słuszny i obowiązujący” :/
nie pamiętam swego wesela, tyle wódy było, że już przed północą pod stołami legli co poniektórzy weselnicy, dwa razy interweniowała straż pożarna – raz, jak zapalił się podest dla orkiestry, później hajcowały się firany, trzy razy policja – panie zaczęły sobie udowadniać, co która ma do pokazania, później dyskutanci polityczni nie mogli dojść do zrozumienia swoich poglądów, a potem doszło do różnic przy ocenie drużyn piłkarskich, cztery razy interweniowało pogotowie ratunkowe, ale to typowe działania, bo ktoś się przy tanecznych piruetach wywalił i rozbił głowę o parkiet, dwie zapaści alkoholowe i zwykłe zadławienia się wymiocinami, no i wizyta w firmie pożyczkowej, bo trzeba było dopłacić za przedłużenie wynajęcia sali weselnej no i zapłacić za szkody. Ale moje wesele było zapamiętane w okolicy na długie lata, jako najlepsze. Czyli można się bawić? Można!