Zdrowe odżywianie i sport: jak nie zrezygnować po tygodniu

Przez pierwsze dwa dni wszystko idzie nieźle – trzymasz się diety, raz byłeś biegać, a w czasie rozgrzewki przy skłonie udało ci się nawet dotknąć dłońmi ziemi, chociaż potem coś strzeliło ci tak głośno w kręgosłupie, że przechodnie chcieli wezwać karetkę. Nadchodzi dzień trzeci, wstajesz w miarę zmotywowany i nagle spotykasz przeszkodę tak wielką, jak wieża Eiffla albo brzuch zawodnika sumo: koleżankę kuszącą batonikiem, chłopaka zapraszającego na nieziemsko romantyczną kolację do McDonalda, albo uczucie lenistwa, które sprawia, że nawet za […]

Przez pierwsze dwa dni wszystko idzie nieźle – trzymasz się diety, raz byłeś biegać, a w czasie rozgrzewki przy skłonie udało ci się nawet dotknąć dłońmi ziemi, chociaż potem coś strzeliło ci tak głośno w kręgosłupie, że przechodnie chcieli wezwać karetkę. Nadchodzi dzień trzeci, wstajesz w miarę zmotywowany i nagle spotykasz przeszkodę tak wielką, jak wieża Eiffla albo brzuch zawodnika sumo: koleżankę kuszącą batonikiem, chłopaka zapraszającego na nieziemsko romantyczną kolację do McDonalda, albo uczucie lenistwa, które sprawia, że nawet za Chiny i zdjęcie z Madonną nie ruszysz tyłka z kanapy.  No i stało się: zepsułeś. Nie wytrwałeś nawet tygodnia.

Trochę siara, co nie?



KTOŚ POWIEDZIAŁ KOMUŚ, ŻE…

Wiadomo, że zmiana nawyków jedzeniowych czy rozpoczęcie zabawy ze sportem wcale nie jest tak łatwe, na jakie wygląda w kolorowych magazynach. Okazuje się bowiem, że odmówienie sobie kawałka pizzy staje się tak trudne, jak zaniesienie pierścienia do Mordoru, a przebiegniecie stu metrów bez zadyszki, skurczy i stanu przedzawałowego wydaje się być misją niemożliwą.
Ludzie więc przestają nawet próbować: nasłuchają się od koleżanki, że prawie zeszła z tego świata przy próbie przepłynięcia basenu szybszym tempem, albo zobaczą na plotkarskim portalu zdjęcie spoconej gwiazdy, a pod nim masę negatywnych komentarzy i już im się odechciewa. Nic w sumie dziwnego, bo skoro bieganie kojarzy się z kolką i spoconą twarzą z tłustymi włosami, a zdrowe jedzenie z pogryzaniem sałaty cały dzień z miną tak nieszczęśliwą, że chce aż się wrzucić grosika, by wspomóc, to ja przepraszam, naprawdę.
A to wszystko, za przeproszeniem, gówno prawda.

TO NIE JEST REŻIM

Zacznijmy od zdrowego odżywiania: ludzie traktują to jak jakąś dietę, którą trzeba przecierpieć przez dwa tygodnie, a potem wygląda się prawie tak, jak naga Angelina Jolie. To znaczy – przysięgam – nigdy nie widziałam żony Brada Pitta nago, ale jestem skora przypuszczać, że gdybym widziała, to tak bym właśnie chciała wyglądać. To jest pierwszy, podstawowy błąd: zdrowe odżywianie to nie dieta, to raz, a dwa, na pewno nie musicie na niej się głodzić albo połykać waciki nasączone sokiem, jak niektóre zdesperowane modelki. Jedzenie zdrowo to nie etap, który trzeba przejść, aby schudnąć lub poprawić własne samopoczucie: to w jakimś sensie – chociaż nie lubię tego wyrażenia – styl życia, na który się człowiek decyduje.
Z tego płynnie możemy przyjść do mitu numer dwa, który zakłada, że jak ktoś je zdrowo, to znaczy, że żyje cały dzień na jednej marchewce, popijając ją hektolitrami wody. Serio?
Zdrowe odżywianie to po prostu unikanie całego tego syfu pełnego chemii, które fundują nam sklepy i wybranie tego, co dla nas najlepsze. I uwierzcie mi, też się można nieźle najeść, albo nawet – przejeść, i to nie sałatą, a normalnymi posiłkami. Naprawdę.

To samo ze sportem: „ja nie mogę niczego robić, bo miałabym czas na to tylko dwa razy w tygodniu”. Powiem wam pewną rzecz, która może niektórych sceptyków zdziwić tak, że spadną im kapcie: lepsze dwa razy w tygodniu, niż jedno, wielkie, ogromne zero. Z wykrzyknikiem, który mówi: ja pierdzielę, ale z ciebie jest cholerny leń!
Dwa razy w tygodniu to dużo, jeśli tylko tyle czasu macie. Ba, dziesięć minut w ciągu dnia to dużo. Głupie rozciąganie przy oglądaniu serialu, szybszy spacer z przyjaciółką, dziesięć serii pajaców i kilkadziesiąt przysiadów – to już jest, do cholery, coś. A coś to więcej niż nic. Nikt nie każe wam rzucić wszystko i trenować siedem razy w tygodniu po dwie godziny, bo to wcale nie jest droga do sukcesu.
Grunt to robić cokolwiek, naprawdę.

NIKT NIE JEST IDEALNY

Druga rzecz, która sprawia, że ludzie od razu rezygnują: czasami jest tak, że ktoś zaczyna biegać, albo zdrowo się odżywiać i przyjdzie dzień, w którym nie pójdzie na trening albo wszamie całą dużą pizzę, popijając trzema litrami coli. I co? TRAGEDIA. Już biegnie kończyć dietę, płacze, wyrzuca buty do biegania i zaczyna narzekać, jakie to te zdrowe odżywianie/uprawianie sportu nie jest trudne. Że cały wysiłek, jaki włożył – zaczął dwa dni temu – poszedł na marne, bo dał się skusić tym pięknie pachnącym, czosnkowym sosem i bąbelkami w coli.
Ludzie, wrzućcie na luz. Jeden dzień nic nie znaczy, naprawdę. Śmiać mi się chce, jak widzę czasami posty na sportowym forum ,a tam „zjadłam dziś duży obiad, czy przytyję?”. Ważne, żeby po pierwsze, nie dręczyć się tym odstępstwem bez sensu – bo przecież nic takiego się nie stało – i po drugie następny dzień zacząć według planu.  A dla osób, które się odchudzają, mam dobrą wiadomość – jeden taki dzień na jakiś czas (to znaczy nie na tydzień, ale na trzy tygodnie, na miesiąc i tak dalej)  w jakiś sposób daje kopa dalszemu spadkowi wagi, także polecam.

MOTYWACJA, CZYLI POGOTOWIE ZDJĘCIOWE

Czasami jednak rzecz nie rozchodzi się wcale o zniechęcanie się po nieudanym dniu albo strach przed rozpoczęciem. Niektórzy po prostu mają problem z motywacją i chociaż rano bardzo chcą zmienić swój styl życia, to już po południu nie mogą odmówić sobie paczki czipsów czy maratonu seriali, zamiast ćwiczeń na siłowni.
Ja sobie zawsze z tym radzę w jeden sposób: oglądam zdjęcia wysportowanych dziewczyn, którym zazdroszczę figury, fotki zdrowych, smacznych jak cholera posiłków albo czytam artykuły o wpływie odżywiania na zdrowie. To zazwyczaj pomaga: po takiej sesji obrazków pięknych kobiet przestaję mieć ochotę na te frytki z McDonalda, a artykuł o tym, ile chemii jest w jakimś produkcie sprawia, że mój apetyt na to ucieka tak szybko, jak Justin Bieber przed napalonymi, nastoletnimi fankami.

PRZYDAŁABY SIĘ JAKAŚ PUENTA


Ludzie albo zniechęcają się od razu, albo po paru dniach, bo zdarzyło im się zgrzeszyć, zjeść kajzerkę zamiast razowego chleba i poczęstować się czekoladą na przerwie w szkole. Serio, w życiu są większe tragedie, to raz, a dwa, to naprawdę nie jest powód, żeby się poddawać, bo NIC SIĘ NIE STAŁO. Co więcej – zdrowe odżywianie to wcale nie odmawianie sobie wszystkiego, co najlepsze i najsmaczniejsze: nikt przecież wam nie zabroni zjeść na drugie śniadanie czegoś słodkiego. Nie musicie jeść zdrowo w stu procentach, tak samo, jak nie musicie ćwiczyć codziennie. Warto przynajmniej spróbować, bo się opłaca, naprawdę.
W końcu – ciało ma się tylko jedno, czyż nie?


WAŻNE. Po prawej stronie macie baner z biednym, smutnym, głodnym kotem. Proszę Was o pięć minut i zarejestrowanie się, by wspomóc zwierzaki z wrocławskiego schroniska. W nagrodę każdy otrzymuje dwa bony: jeden do Empik School w wysokości 500 zł, drugi do Answear.com na 100 zł. 
Pamiętajcie o aktywowaniu maila pod koniec i podawaniu poprawnych danych 🙂
 Z góry dziękuję i zwierzaki pewnie też!