Jak znaleźć motywację i dostać kopa w tyłek

Motywacja to inna, ładniejsza nazwa czegoś, co powszechnie nazywamy soczystym kopem w dupę, którego dostaje się wtedy, kiedy nic naprawdę się nie chce.  Tak, to ten moment, w którym wszystkie obowiązki mamy gdzieś, gnijemy na kanapie zajadając czekoladę i oglądając amerykańskie seriale, jeden za drugim, seria za serią.  To wtedy, kiedy cały świat jest nam obojętny tak, jak Adele dieta i najchętniej zaszylibyśmy się w jakiejś ciemnej piwnicy, z łóżkiem, zapasem słodyczy, komputerem i zdecydowanie bez Fritza. […]

Motywacja to inna, ładniejsza nazwa czegoś, co powszechnie nazywamy soczystym kopem w dupę, którego dostaje się wtedy, kiedy nic naprawdę się nie chce.  Tak, to ten moment, w którym wszystkie obowiązki mamy gdzieś, gnijemy na kanapie zajadając czekoladę i oglądając amerykańskie seriale, jeden za drugim, seria za serią.  To wtedy, kiedy cały świat jest nam obojętny tak, jak Adele dieta i najchętniej zaszylibyśmy się w jakiejś ciemnej piwnicy, z łóżkiem, zapasem słodyczy, komputerem i zdecydowanie bez Fritza.



Wtedy właśnie potrzebna nam motywacja.  Szkoda tylko, że jest kapryśna jak prawdziwa kobieta i mimo naszych wołań nie przychodzi, mimo, że przywołujemy ją rozpaczliwymi smsami i plemiennymi tańcami nago przy pełni księżyca. Bo sekret tkwi w tym, że czasami aby ją znaleźć, trzeba najpierw trochę ruszyć tyłek.
I wtedy pojawia się błyskawicznie.


Wszyscy mamy jakieś cele. Pani Zdzisia z warzywniaka chce sprzedać wszystkie pomidory w ciągu tygodnia, Alicja lat siedemnaście chce zacząć biegać, Piotrek z Zadupia Dolnego chciałby zostać astronautą a Marek po prostu pragnie przestać wagarować, ale najzwyczajniej w świecie, jego łóżko ma zbyt dużą grawitację.
Dobrze, jeśli zaczynamy coś w ich kierunku robić: kiedy Marek wreszcie zagryza zęby i jak twardziel z sześciopakiem i bicem wielkości mojej głowy przekracza próg

swojej podstawówki; kiedy pani Zdzisia dzięki wydrukowanym ulotkom rozgłasza wieść o swoim warzywniaku i pomidory schodzą tak szybko, jak bilety na Biebera wśród dziewczyn poniżej trzynastu lat; kiedy Alicja kupuje dres i idzie po raz pierwszy truchtać do parku.

Gorzej jednak, kiedy motywacja ulotniła się wraz z zapałem, który okazał się słomiany niczym kapelusz z letniej kolekcji H&M, a my marzymy tylko o tym, aby rypnąć się na kanapę i leżeć do usranej śmierci.
No, wtedy to już trzeba coś zrobić.

KROK PO KROKU

Nie będę geniuszem, ani nie odkryję Ameryki – mimo, że bym bardzo chciała, może by mi rąbnęli pomnik gdzieś na środku jakiegoś miasta, albo rondo nazwane na moją cześć – ale żeby o czymkolwiek mówić, trzeba to po prostu zacząć.
I wtedy najlepszą motywacją są postępy.
Dobrym sposobem jest prowadzenie dzienniczka – jeśli naszym celem jest schudniecie, uprawianie sportu, zdrowe odżywianie, ukończenie jakiegoś przedsięwzięcia, napisanie pracy licencjackiej/magisterskiej czy cokolwiek, co tylko można dzielić na etapy –  to najłatwiejszy sposób, żeby samemu sobie dać kopa w dupę. Masz zły dzień, za oknem pada, w domu ciepło i przytulnie, na biurku wielkie opakowanie czekolady od chłopaka, który widocznie chce, abyś miała tyłek jak trzydrzwiowa szafa, więc naprawdę, ale to naprawdę nie masz ochoty dziś biegać. Otwierasz dzienniczek i patrzysz, że miałaś już pięć dni pod rząd treningów i jak pójdziesz dziś, to będzie okrągła szóstka, która znaczy dla ciebie tyle, co paczka czipsów dla przeciętnego amerykańskiego dziecka, czyli wiele. Może być też odwrotnie – patrzysz, a w dzienniczku tylko jeden trening w tym tygodniu. Trochę słabo, nie? To do roboty!

LUSTERECZKO, POCHWAL MNIE 

Nie znam lepszego kopniaka w dupę, który zmusi nas do działania, niż pochwała od kogoś innego.  Wow, masz już sześć stron pracy? Nieźle!; Czyżbyś schudła? Fajnie wyglądasz! albo serio, pracowałaś już w trzech miejsach? Musisz mieć doświadczenie – czy to nie brzmi dobrze? Ale żeby ktoś nas poklepał po głowie, tudzież dał cukierka w nagrodę, musimy najpierw na to zasłużyć. I kiedy po staraniach usłyszymy pochwałę, będzie słodka jak miód i co ważne – zasłużona.
A to tylko sprawi, że będziemy chcieli postarać się o więcej.  I więcej.

OD CZEGO JEST INTERNET?

Zresztą, co ja pieprzę o pochwałach i postępach, skoro od paru lat mamy największego motywatora świata – internet? Chcesz schudnąć, wejdź na blogi dziewczyn, które już to zrobiły i postękaj sobie, jak dobrze byłoby tak wyglądać. Masz ochotę jeść zdrowo, wpisz to w wyszukiwarkę i delektuj się zdjęciami tak kolorowych posiłków, że tęcza przy tym wypada niemal blado. Chcesz zostać modelką, piosenkarką, dziennikarzem, informatykiem, aktorką czy grafikiem? Wklep to w komputer, odpręż się i poczytaj, jak komuś innemu się udało, jakie to fajne i co tak naprawdę trzeba zrobić, aby to osiągnąć.
Mało? Nie wiem jak wam, ale mi nigdy nie jest tego mało. A jak już pooglądam wszystkie te zdjęcia sprinterek, to aż głupio potem nie iść na trening.

Bo pamiętajcie: nigdy nie żałuje się, że coś się zrobiło – zawsze, że nie zrobiło!
A Wy jak szukacie swojej motywacji?