Kiedy cztery lata temu wysiadłam z wielką walizą na wrocławski peron, w życiu nie sądziłam, że mieszkanie tutaj wywróci moje życie do góry nogami.
A jednak.

To trzeba przyznać: od kiedy zamieszkałam we Wrocławiu, moje życie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni, potrząsnęło mną trzy razy, a potem mnie wypuściło – zmieniając w kompletnie inną osobę. Można o tych czterech latach spędzonych w dużym mieście powiedzieć wiele, ale najważniejsze jest to, że nauczyły mnie trzech istotnych rzeczy:

NIE MA CO SIĘ PRZEJMOWAĆ OPINIĄ INNYCH

Wiecie, w małym mieście jest trochę inaczej, niż w dużym. Na przykład, każdy twój znajomy zna jakiegoś znajomego, który ma znajomego, który ciebie zna. Moje miasto miało 30 tysięcy mieszkańców, a mimo to każdy każdego kojarzył- albo inaczej, każdy przynajmniej znał ploty na czyiś temat. I to było całkowicie normalne.

Jeśli się kogoś nie znało, to się przynajmniej kojarzyło, kim on jest. Nie dało się wyjść wieczorem, żeby nie spotkać znajomej twarzy. Nie mówiąc już o tym, że zawsze, kiedy decydowałaś się pójść do sklepu wyglądając jak ziemniak, napotykałaś na kogoś, kogo akurat za żadne skarby nie chciałaś spotkać.

20160522_170251

We Wrocławiu tego nie ma. Pewnie dlatego, że jest duży – co jest logiczne. Ale to nie jedyny powód: mam wrażenie, że tutaj ludzie chyba mają więcej do roboty i bardziej zajmują się sobą, a mniej innymi. Nikt się na ciebie nie patrzy, jak wydziwiasz jakieś cuda na treningu w plenerze, chociażbyś nawet robiła pięć gwiazd i salto, nikt nie lustruje cię wzrokiem, kiedy schodzisz dziwnie ubrana po bułki, a przez to, że twoi znajomi są z różnych środowisk, najczęściej kompletnie nie wiedzą o swoim istnieniu.

Wrocław nauczył mnie, że nie ma co się przejmować opinią innych ludzi, bo… oni wcale o tobie nie myślą tak często, jakby ci się mogło wydawać. Po prostu. Bądźmy szczerzy, nie jesteśmy pępkami świata, a jeśli ktoś ma coś do roboty, to na pewno nie jest to rozmyślanie o tym, co akurat my robimy. 🙂 Po co więc w ogóle się tym przejmować?

ZAWSZE JEST COŚ FAJNEGO DO ZROBIENIA

W sensie… ZAWSZE. Codziennie jest tu coś, na co można pójść, zwiedzić, zobaczyć, obejrzeć. I to jest coś, co docenia się wtedy, kiedy pochodzi się z małego miasta, gdzie w niedzielę wszystko jest nieczynne, a większość miastowych rozrywek przeznaczona jest dla rodzin i dzieci, a nie dla młodych ludzi.

Kocham to, że w dużych miastach ciągle coś można. Ma się jakąś alternatywę, zawsze. Na dodatek, teraz w ramach tego, że Wrocław został Europejską Stolicą Kultury 2016, w tym roku dzieje się JESZCZE WIĘCEJ. Tak naprawdę, nie okłamię was, jeśli powiem, że dzieje się cały czas. Zresztą, zerknijcie sobie sami na kalendarz.IMG_1045

W tą sobotę byłam na przykład na wydarzeniach w ramach Flow – wydarzenia złożonego z różnych happeningów i występów, które miały pokazać historię budowy, zniszczenia i odbudowy miasta w XX wieku. Z Patrykiem wybraliśmy się Strefę Granic (plac Uniwersytecki), gdzie mieliśmy posłuchać historii Ukraińców mieszkających w Polsce.

Szykowałam się na jakieś przedstawienie, czy coś w tym stylu i strasznie się zdziwiłam, bo gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że to nie aktorzy, tylko prawdziwe osoby z prawdziwymi historiami – czy dla eks dziennikarza jest coś ciekawszego?

IMG_1062

Osoby pochodzenia ukraińskiego opowiadały, w jaki sposób wylądowały we Wrocławiu. Było różnie: niektórzy za pracą, inni za miłością, nauką albo w poszukiwaniu rodziny. Jedna kobieta znalazła się we Wrocławiu, bo zmusiła ją do tego wojna… o której przecież tutaj prawie się nie mówi.

Tutaj Pan opowiadał, że razem z „pieską” przyjechali do Polski, bo mamy najsmaczniejszy boczek. „Pieska” zadecydowała 😀

I kurczę… fakt, że wszystko opowiadały „żywe” osoby – jąkające się, stresujące, wzruszone, radosne, smutne – to wszystko sprawiało, że słuchało się tego jak opowieści babci albo wujka o „starych czasach” – wiecie, o co mi chodzi.IMG_1083 IMG_1094

Po zakończeniu całego… występu (który polegał na tym, że chodziliśmy od jednej budki granicznej do drugiej, a w każdej był inny człowiek i inna historia) wracaliśmy na rynek w ciszy. Miałam straszną rozkminę, bo to, jak ci ludzie opowiadali o Wrocławiu, sprawiło, że zrozumiałam dwie rzeczy: po pierwsze, że Wrocław jest moim domem i kocham go dokładnie tak samo, jak bohaterzy tych historii, a po drugie – że wszyscy Wrocławianie to jedna drużyna, niezależnie od charakteru, doświadczeń czy pochodzenia.

I to uczucie było naprawdę super.

IMG_1119 IMG_1173 IMG_1208

Jeśli jesteście z Wrocka (piąteczka!), albo zamierzacie go odwiedzić, to koniecznie zerknijcie sobie na projekty, które odbywają się w ramach ESK – może akurat coś was zaciekawi i wybierzecie się na to któregoś dnia 🙂 Program ESK znajdziecie tutaj.

WSZYSTKO SIĘ DA, JEŚLI SIĘ BARDZO CHCE

Da się znaleźć w niedzielę o 24 otwarty sklep, da się też kupić najdziwniejszą możliwą rzecz we osiedlowym warzywniaku, da się też znaleźć grupę dotyczącą twojego hobby, które uważałeś za strasznie egzotyczne i myślałeś, że interesuje tylko i wyłącznie ciebie. Da się przypadkiem znaleźć bratnią duszę, spełniać marzenia, dostać się na staż, mieć okazję pracować gdzieś, gdzie chciało się pracować, da się także wylądować na jakiejś domówce, na której w środku nocy zjawi się Francuz z couchsurfingu i będzie pytał, gdzie jego kanapa.

Wrocław nauczył mnie dwóch rzeczy: że życie jest pełne niespodzianek (wiem, że sztampa, ale gdybym zebrała wszystkie moje historie do kupy, byłby materiał na niezłe fantasy) i tego, że jeśli się człowiek uprze, to wszystko znajdzie (lub zrobi).  Ludzie nie boją się tu marzyć. I pracować na te marzenia.

I to największa motywacja, jaką Wrocław może dać 🙂

A Was czego nauczyło Wasze miasto? 

Wpis powstał w ramach współpracy z Wrocław 2016 ESK