W pewnym momencie mojego dwudziestoletniego życia, wszystkie związki wokół zaczęły się rozpadać. Najpierw te, które i tak miały się skończyć- bo przecież wszyscy im to wróżyli w piątkowe wieczory przy trzecim piwie – a następnie te, które wyglądały jak historia z bajki i nie miały prawa się rozwalić.
A jednak to zrobiły.

Kiedy nagle jesteś bombardowany informacjami o tym, ze pary będące ze sobą kilka lat i zachowujące się jak stare małżeństwo, się rozpadają, jesteś w szoku. Bo.. jak to? Przecież tak do siebie pasowali! Przecież mieli być razem! Mieliśmy się bawić na ich ślubie, a tu wszystko pozamiatane, rzeczy powkładane do tekturowych pudełek z Ikei, kartki walentynkowe podarte, a o ślubie to sobie co najwyżej można pomarzyć.

A CO, JEŚLI MIŁOŚĆ NIE ISTNIEJE?

A po fazie szoku i analizowania – w samotności i w gronie znajomych, którzy też nie mogą uwierzyć w wielkie rozstanie pary-która-przecież-była-idealna-i-nawet-się-nie-kłócili, przychodzi faza zastanawiania się. Bo jeśli rozchodzą się ludzie, którzy byli ze sobą rok, to nie ma sprawy. Ale kiedy w przeciągu kilku miesięcy zaczynają rozpadać się związki, które trwały kilka lat i nic nie zapowiadało ich nagłego zepsucia, człowiek zaczyna się niepokoić.

A co, jeśli rzeczywiście licealne miłości nigdy nie przetrwają?
A co, jeśli jest jakaś klątwa, która ogarnia wszystkie młode związki i nasz też w końcu dopadnie, jak stonka te cholerne ziemniaki w ogródku?
A co, jeśli miłość nie istnieje, a to wszystko to rzweczywiście tylko procesy chemiczne i nasz stłamszony instynkt, który teoretycznie mówi, że poligamia jest super, ale rozsądek woli monogamię?

A co jeśli niedługo nasza kolej?

Co wtedy?

I człowiek zadaje sobie takie durne pytania, bo przecież NO NIEMOŻLIWE BYŁO, ŻEBY AŚKA I MARCIN ZERWALI ZE SOBĄ. No nie ma mowy! Przecież byli idealni, i wzrostowo, i na zdjęciu, i zawsze grzeczni, mili, nigdy się nie kłócili i dawali całuski kiedy trzeba (czyli kiedy wszyscy patrzą na ich czułość i łapie ich zachwyt oraz wzruszenie).

I nawet mieli oznaczony związek na fejsie. A tu nagle zerwali.
Czyli miłość nie istnieje.

Jest tylko jeden szkopuł, który nie wpadł nam do głowy.

NIGDY NIE WIESZ, CO JEST ZA DRZWIAMI

Nie przychodzi nam do naszych bardzo zamyślonych głów, że może te związki, nawet kilkuletnie, które uważaliśmy za idealne, wcale idealne nie były. Że może idealna to była otoczka, jaką wokół siebie tworzyła para, ale kiedy zamykały się drzwi i znikały osoby trzecie, to otoczka pękała i nagle okazywało się, że po kilku latach nie ma nic.

Tylko wiatr wieje przez szparę w oknie.

Może wszystkie te idealne całuski były z przyzwyczajenia, a bycie sobą – z wygody. Bo przecież lepiej mieć kogoś przy sobie, nawet, jeśli ten ktoś nie wzbudza w tobie motylków w brzuchu i przyspieszonego tętna. Ale jest, stabilny, pozmywa naczynia, wyniesie śmieci, pójdzie jako partner na zabawę sylwestrową i upije się razem jakimś winem kupionym w piątek wieczorem, a następnie, po tym winie, może nawet mocniej przytuli i wybełkocze coś miłego.

Jeżeli ludzie potrafią ukryć anoreksję, bulimię czy depresję, to jestem przekonana, że potrafią też ukryć związek, który jest do dupy i zamaskować go tak, że wszystkim innym się wydaje, że jest perfekcyjny.

NIC SIĘ NIE DZIEJE BEZ PRZYCZYNY

Nic się nie dzieje bez przyczyny. Deszcz pada, bo coś się dzieje w chmurach, kwiat usycha, bo po raz piętnasty z rzędu zapomniałeś go podlać. Związek się rozpada, bo przestaje być dobrym związkiem, a ludzie zauważają, że już się w nim nie dogadują.
Albo ich drogi się rozchodzą.

Dobre związki się nie rozpadają. Tak uważam. I nawet, jeśli to jest opinia kontrowersyjna, to będę się jej trzymać. Bo dobre związki, czyli takie w których ludzie są szczęśliwi i się dogadują, potrafią załatać dziurę albo kryzys, który gdzieś wpadł.

Problemy wpadają, wypadają, ale jeśli związek ma być na zawsze, to będzie na zawsze. Nie ma tu żadnej filozofii. Pamiętacie: po internecie krąży taka grafika, ze starymi ludźmi trzymającymi się za ręce i podpisem: bo kiedyś rzeczy się naprawiało, zamiast wyrzucać i kupować nowe.

Gówno prawda.

Jeżeli rzeczy się naprawia, to jest to dobry związek, który trwa. Jeżeli stało się coś, co sprawia, że rzeczy nie da się naprawić… to chyba nie jest.

 

BĘDZIE TAK, JAK POWINNO BYĆ

Kiedy pierwszy raz zderzyłam się z boomem na rozstania – gdzieś na drugim roku studiów – to też się martwiłam. Rozpadło się kilka par, które uważałam za wzorcowe, ba! Które uważałam za lepiej dogadujące się, niż my. Bo one się nie kłóciły, a my czasami mamy spięcia i potrafimy powiedzieć poważnym głosem: idę na spacer. I wyjść na pięć minut, głośno trzaskając drzwiami.

A teraz widzę, jakie to było głupie. Jestem zdania, że jeżeli związek się rozpadł, to widocznie tak miało być. Może nie był taki doskonały, jak się wydawało. Może to nie był odpowiedni moment. Może okazało się, że nie mają tematów do rozmów.

Ale to, że związki gdzieś się rozpadają i że ktoś rozgoryczony życiem mówi, że miłość nie istnieje, a bycie z kimś jest do dupy, nie oznacza, że twój też się rozpadnie i że masz czekać z paczką chusteczek i pudełkiem lodów na cios.

Nie wiem, czy będziemy ze sobą całe życie i czy kiedyś wstawię na instagram zdjęcie naszych starych, pomarszczonych 70-letnich rąk, trzymających się kurczowo. Chciałabym, żeby tak było, mam nawet w sobie taką pewność, ale jeśli nie będzie, to też z jakiejś przyczyny i widocznie tak już miało być.

TAM DOM TWÓJ, GDZIE TWOJA MIŁOŚĆ

I tylko jedno, na koniec już, może bardziej pozytywnie: wiele osób zastanawia się – „czy to na pewno to”, „czy to ten jedyny”, „czy to miłość czy przyzwyczajenie”. Kiedyś spotkałam się w sieci z artykułem, który tłumaczył, że miłość jest wtedy, kiedy nie dom jest twoim domem, ale staje się nim każde miejsce, w którym jest twój partner.

Czyli: nieważne gdzie, ale ważne, że on jest z tobą.

13109078_263280767350157_461325988_n

I wiecie co?

Uważam, że to twierdzenie jest lepsze niż tysiąc psychotestów i pięćdziesiąt przeczytanych książek o związkach (swoją drogą, kto to czyta?!). Bo w życiu będziesz miał milion różnych mieszkań, miejsc, noclegowni i domów, ale jeśli obecność drugiej osoby sprawia, że w każdym czujesz się tak samo dobrze, to…

… to jesteś w domu.

I przy okazji, mocno zakochany.