Mama jest najlepsza.

Nikt nie robi takich ciast, jak mama. Nikt też nie przyrządza tak przepysznych kanapek jak mama. Nikt tak nie pocieszy, nie zrobi rosołku, nie pochwali, nie wyprasuje sweterka. Nie mówiąc już o tym, że nikt nie robi takich ratujących życie przelewów jak mama. Głównie dlatego, że musiałoby mu brakować piątej klepki, skoro chciałby przelewać dorosłemu człowiekowi pieniądze tylko za to, że jest.

Rodzice to takie anioły w ludzkiej skórze. Starają się jak najdłużej utrzymać nas przy sobie, byleby tylko było nam dobrze i nigdy nie brakowało na bułkę z pasztetem. Pokazują swoją troskę, raz za razem wysyłając kolejne przelewy i dopytując się po trzy razy z rzędu czy na pewno, ale to na pewno, nie chcemy zabrać słoika z gołąbkami (bo przecież kochana mama zrobiła).

Problem tylko polega na tym, że robią to wtedy, kiedy człowiek powinien wziąć się w garść i jak najszybciej odciąć pępowinę. Dlaczego? Żeby później mu było lepiej.

HEJ, NALEŻY MI SIĘ

Uwaga – przez odcięcie pępowiny rozumiem nie dosłowne odcięcie się od przelewów rodziców i przyjazdów do rodzinnego domu, ale bardziej usamodzielnienie się na wszystkich polach: zdobywanie doświadczenia, rozwijanie się, pracowanie na własne potrzeby (albo całkowite zrezygnowanie z pomocy finansowej rodziców), jeżdżenie z powodu tęsknoty, a nie dlatego, bo trzeba/bo kasa się skończyła/bo nie umiem gotować.

Coraz więcej osób choruje na „należymisię”. Należy mi się ta kasa od mamy – przecież studiuję. To nic dziwnego, że w wieku 22 lat rodzice mi płacą za mieszkanie – powinni. To całkowicie normalne, że tata kupuje mi własne lokum, bo przecież za co ja mam sobie je kupić? Ja studiuję. Należy mi się.

Nowość: nic ci się nie należy.Kiedy dawno temu napisałam wpis na taki temat, zebrało się milion głosów sprzeciwu: nie masz racji, przecież w prawie jest obowiązek pomocy dziecku, które kontynuuje naukę i tak dalej. Może i jest. Ja uważam, że idziesz na studia jako dorosły człowiek i jako pełnoletni obywatel masz możliwości, aby utrzymywać się sam.

A że rodzice chcą ci pomóc – ich święte prawo, które ty powinieneś szanować, a nie traktować jak coś oczywistego. Kiedy widzę, jak ktoś traktuje pomoc rodziców jako coś zwykłego, powszedniego, jak nie szanuje pieniędzy, które mu przesyłają, wydaje je na głupoty i bez wstydu dzwoni po jeszcze – zastanawiam się, co z nim nie tak – jak można być tak roszczeniowym i zapatrzonym w siebie, by kompletnie nie doceniać tego, że ktoś nam pomaga, chociaż nie musi?

Oczywiście, są przypadki, kiedy ta pomoc jest konieczna – kiedy studiujesz naprawdę ciężki kierunek (chociażby medycyna) i czy chcesz tego, czy nie, nie masz czasu na podjęcie pracy, lub kiedy jesteś chory albo pracujesz, ale tej pensji nie starcza na pokrycie wszystkich rachunków.

A reszta? Reszta nawet nie wie, że sama sobie robi krzywdę.

DLACZEGO POWINIENEŚ DOROSNĄĆ

Im dłużej przyssałeś się do pępowiny, tym gorzej dla ciebie, bo tym trudniej będzie ci się ogarnąć w codziennym życiu. To naprawdę proste. Jeśli przez 5 lat dostajesz non stop regularne pieniądze za nic (bądźmy szczerzy – większość studiów nie jest szczególnie wyczerpująca), to masz zupełnie inne podejście do kasy niż ci, którzy sami na siebie pracują.

Przejście na własną kieszeń (albo przynajmniej w połowie czy 1/4 na własną kieszeń) i dorośnięcie jest dobre z kilku powodów:

  • musisz iść do pracy, więc zdobywasz doświadczenie
  • pracujesz, więc bardziej szanujesz pieniądze
  • przestajesz je głupio wydawać i zaczynasz robić to z głową
  • uczysz się gotować, płacić rachunki, prowadzić dom i być rozsądnym
  • przestajesz myśleć jak nakręcony nastolatek, a zaczynasz myśleć jak dorosły
  • i najważniejsze: wchodzisz z rodzicami na zupełnie inny poziom relacji.

Kiedy odcinasz pępowinę, coś się kończy. Rodzice przestają być nadopiekuńczy, nie myślą o tobie jak o małym dziecku, a zaczynają z tobą rozmowę jak dorosły z dorosłym. Wasze relacje się poprawiają, bo mama z tatą przestają ze swoimi dziwnymi wymaganiami, a ty z pretensjami, które zawsze rodziły.Zaczynasz dostrzegać, jaką robotę wykonali twoi rodzice, wychowując ciebie i zaczynasz wybaczać rzeczy, o które miałeś, czasami głupio, żal. Ja się prawie nie kłócę z mamą, kiedyś spięcia były często – o przyjazdy, o decyzje. Tego już nie ma.

Uczysz się, jak funkcjonuje zarabianie, oszczędzanie, prowadzenie domu. Nabierasz doświadczenia, więc masz większe szanse na rynku pracy. Wewnętrznie robisz się dojrzalszy i uwierz mi, tysiąc razy sprawniej radzisz sobie z problemami. Jesteś coraz lepszy, bo musisz się spiąć i zdać tylko na siebie. I to jest w odcinaniu pępowin najlepsze.

Robią z ciebie wersję 2.0.

KIEDY ODCIĄĆ PĘPOWINĘ

To kiedy odciąć pępowinę? To banalne: jak najszybciej. Nie chodzi tu o to, żeby z dnia na dzień grać pewnego siebie koguta, który poradzi sobie w każdej sytuacji. Nikt tak nie ma. Nie chodzi o to, żeby przyjeżdżać do domu na jeden dzień raz na kwartał. Nie chodzi o to, żeby robić rodzicom przykrość, ucinać kontakt, mówić, że nie chce się od nich tych pieniędzy, bo nie. Nie o to chodzi!
Chodzi o to, żeby zacząć zachowywać się jak dorosła osoba. Robić coś w swoim kierunku, zamiast lenić się i być na gotowym.

Przepraszam, jeśli kogoś urażę, ale dorosła osoba nie jeździ co weekend do domu i nie przywozi pięciu słoików – bo umie gotować. Taki sam koszt dla rodzica, żadna oszczędność.

Dorosła osoba nie wydaje całych swoich pieniędzy na imprezie, a potem nie dzwoni do rodziców i bezwstydnie nie prosi o przesłanie kolejnego pakietu.

Dorosła osoba, mająca mało zajęć, potrafi się na tyle ogarnąć, żeby zacząć robić coś w kierunku, który pozwoli jej na rozwój, dobrą pracę albo poszerzenie wiedzy.

Dorosła osoba nie robi nic oprócz łaskawego chodzenia na zajęcia i to nie wszystkie. Dorosła osoba się rozwija – pracuje, uczy się (tak serio).

Dorosła osoba jest dorosłym, a nie dzieckiem z indeksem wyższej uczelni.

JAK TO BYŁO U MNIE?

Mój chłopak odciął pępowinę po pierwszym semestrze, kiedy zrezygnował ze studiów i poszedł do pracy. Ja zaczęłam na drugim roku – od zmniejszenia częstotliwości przyjazdów, od niebrania słoików, od nauki gotowania na pierwszym roku (lepiej późno, niż wcale). Pracowałam od liceum w kierunku, w którym chciałam rozwijać karierę – dziennikarstwa. Najpierw lokalne gazety, potem wojewódzkie. Praktyki, staże. Czytanie książek, rozwijanie blogów. Robiłam sporo rzeczy, bo wiedziałam, że inwestuję w siebie. Dokładałam do pieniędzy na czynsz od rodziców swoją część z mojego stypendium, na które zapracowałam treningami i podium na Akademickich Mistrzostwach Polski. Nie zawsze było kolorowo, czasami miałam w portfelu 17 złotych, a do przeżycia jeszcze cztery dni. W dwie osoby. Dawało radę.

Na trzecim roku zaczęłam pracować w duecie z Patrykiem. Na początku był problem z płynnością – trudno przy freelancerce liczyć co miesiąc na stały, równy dochód. Musiałam się nauczyć, jak oszczędzać pieniądze i jak je mądrze odkładać. Raz wychodziło lepiej, raz gorzej.

W ciągu czterech lat nazbierałam tyle doświadczenia, że naprawdę nie ważne, czy będę chciała być trenerem, dziennikarzem, copywriterem, blogerką, czy pracować z ludźmi (bo tego nauczyła mnie moja praca) – dam sobie radę.

I to jest chyba najważniejsze, czego może cię nauczyć odcięcie pępowiny. Świadomości, że dasz sobie radę, że zawsze jest wyjście, że czasami trzeba kombinować, ale w końcu się uda. Szacunku do przelewu od mamy. Świadomości, że żeby coś mieć, trzeba na to zapracować. Ale przede wszystkim, odcięcie pępowiny daje ci najważniejszą rzecz na świecie:  życiową pewność siebie. 

A tego już ci potem nikt nie odbierze.

  • Karola

    Zgadzam się z tm w 100% – nic tak nie uczy i nie kształtuje człowieka jak samodzielność.
    Ja miałam 18 lat gdy zmuszona zostałam do samodzielności – moja mama wyszła z założenia, że jestem dorosła = dbaj o siebie. Od 11 lat (tak, takie staruchy też czytają Twojego bloga 😉 ) jestem na swoim utrzymaniu. Początkowo byłam sama, potem z partnerem, potem my z dzieckiem, potem jeszcze sama z dzieckiem, a dziś…. Za mną kilka ciężkich lat, które mocno mnie doświadczyły (niestety negatywnie). Od kilku miesięcy szczęście pomału się do mnie uśmiecha. I w sumie cieszę się, że zostałam zmuszona do pełnej samodzielności – wiele mi to dało, wiele nauczyło, wiele pokazało. I jestem dumna z tego co mi się udało osiągnąć 🙂
    Caro

    • Karola, życzę Ci w takim razie coraz więcej szczęścia! 🙂

  • Karolina

    Nie do końca zgadzam się z tym, że rodzice od pewnego momentu zaczynają traktować swoje dziecko jak dorosłą osobę. Dla rodzica – syn czy córka choćby mieli już te 30 lat zawsze będą dziećmi i tak też będą traktowani ( taki „dorosły” z przymrużeniem oka) jedynie z małą różnicą, że nie trzeba za nimi chodzić i prosić aby coś zrobili.

    Owszem są rodziny w których moment „wyfrunięcia dziecka z gniazda domowego” taktują jako nieodłączny element życia. Jednak jest sporo matek – kwok , które nie potrafią odciąć pępowiny i wychowują swe dorosłe pisklęta, bo chcą je chronić przed złym i okrutnym światem, chcą przeżyć życie córki/syna po swojemu czyli tak jakby przeżyć drugą młodość lecz w innym ciele albo jest jeszcze inna wersja rodzica – Generał, który musi mieć pełną kontrolę aby móc samem poprawnie funkcjonować.

    Każda wersja takiego podejścia jest toksyczna dlatego mamy tylu niedojrzałych niby dorosłych osób. Synów (nie bójmy się tego słowa) mięczaków którzy bez zgody mamusi nie zwiążą się z dziewczyną wcześniej pieczołowicie ocenioną przez mamusie. Córek księżniczek oczekujących, że wszyscy powinni padać do jej stóp. To jacy jesteśmy zaczyna się od korzeni : są to nawyki, reguły jakie zostały nam wpojone. Czasami trzeba dostać siarczystego kopa w tyłek aby otrząsnąć się i samemu dostrzec, że coś jest nie tak ale to akurat wymaga bardzo dużego wstrząsu psychicznego i niekiedy pomocy specjalisty.

    • To na pewno też zależy od rodziców – jedni bardziej wypuszczają ptaszki z domu, inni wręcz przeciwnie 🙂 Zgadzam się z twoim komentarzem – bardzo wartościowy!

  • Tak jak do tego dążę, by odciąć pępowinę. Sęk w tym, że czasami mam wrażenie, że rodzice bronią się przed tym faktem. W praktyce jak pomyślę o tym, że miałabym wracać do rodzinnego miasta i co gorsza mieszkać z rodzicami to zbiera mi się na pewnego kolorowego ptaka.

    • Rzeczywiście, rodzice są bronią, dlatego myślę, że trzeba to też robić tak, żeby nie zrobić im przykrości. 🙂

  • Marta, kawał dobrej roboty z tym postem. Sama prawda. U mnie już od początku studiów (od pół roku jakoś) tak zaczęłam robić. I działa. Pozdrawiam 🙂

    • Cieszę się, że post się podoba! Pozdrowienia!

  • Sylwia

    Bardzo ciekawy post, jednak mam wątpliwości co do jednej sprawy. Jeśli osoba studiuje dziennie, to bardzo ciężko tak pracować, aby utrzymać się z tej pracy. Bo przyznajmy, studia dzienne zajmują dużo czasu (oczywiście jeśli ktoś poważnie do swoich studiów podchodzi). A jeśli nawet pracować w weekendy i parę godzin po zajęciach w tygodniu, to nie da się utrzymać z tych pieniędzy. Uważam więc, że jeśli ktoś naprawdę chce ze swoich studiów czerpać jak najwięcej, to pozostaje jedynie dorobić sobie, ale nie jednocześnie utrzymać się i studiować dziennie. Mimo wszystko jest ta zależność od rodziców. Chyba że ktoś idzie na studia zaoczne i idzie pracować, ale moim zdaniem wtedy nie wykorzystuje tych studiów tak do końca. Bo nie ma na to czasu.

    • Hej, dlatego napisałam na samym początku:
      Uwaga – przez odcięcie pępowiny rozumiem nie dosłowne odcięcie się od przelewów rodziców i przyjazdów do rodzinnego domu, ale bardziej usamodzielnienie się na wszystkich polach: zdobywanie doświadczenia, rozwijanie się, pracowanie na własne potrzeby (albo całkowite zrezygnowanie z pomocy finansowej rodziców), jeżdżenie z powodu tęsknoty, a nie dlatego, bo trzeba/bo kasa się skończyła/bo nie umiem gotować.

      I: Przejście na własną kieszeń (albo przynajmniej w połowie czy 1/4 na własną kieszeń)

      Ja też uważam, że na niektórych kierunkach to trudne. Nie chodzi o samo pracowanie! Raczej o rozwój, zdobycie doświadczenia. Czasami praktyki są bezpłatne – ale doświadczenie jest dużo warte! 🙂

      • Madix

        Bardzo mi się to spodobało w Twoim poście 🙂

    • Pati

      To jest właśnie zawarte w tekście. Nie ważne ile zarabiasz, ważne, że to robisz, starasz się i dokładasz tę pensję do pomocy finansowej uzyskanej od rodziców. Po prostu niektórzy zakładają, że studia to przedłużenie szkoły średniej, tylko z większą dawką wolności. Nie obchodzi ich jak dużo rodzice muszą wydawać by utrzymać swoje dzieci i jak dużo kosztuje utrzymanie dwóch gospodarstw domowych.

  • Odciecie pepowiny to dla mnie jedna z ważniejszych zeczy jaką udalo mi sie osiągnąć. Uwielbiam moją niezależność:)

  • Nina

    Pracowałam od pierwszego roku studiów, ale w moim przypadku to mama „wyrzuciła” mnie z domu i wtedy zaczęłam utrzymywać się sama. Na początku byłam na nią zła, ale patrząc na to po pewnym czasie ( 5 lat) to było bardzo mądre z jej strony a w dodatku mieszkam od urodzenia we Wrocławiu, więc nawet wynajmować mieszkania na studia nie musiałam.

    • Na pewno było ci na początku ciężko! Fajnie, że sobie poradziłaś – myślę, że to imponujące!

  • Paulina

    Wydaje mi się,że studia to najlepsze miejsce które pokazuje jak stać się samodzielnym. Jednak nie uważam jazdy co weekend do domu za coś złego, spotkałam się już w swoim krótkim okresie studiowana, że wiele osób dojeżdża co dziennie na uczelnie, to mnie dość dziwi. Ja osobiście staram się jeździć co weekend do domu. I teraz pewnie hejty, że córeczka tatusia i jadę po gotówkę czy słoiki. Może czasami nie chodzi tylko to te sprawy. Może powrót częsty do domu wiąże się też z innymi sprawami, jak pomoc rodzicom w gospodarstwie domowym, gdy nagle drugie już ostatnie dziecko wyfruwa z gniazda a oni zostają z wszystkim sami. Na studiach dziennych podjęcie pracy nie jest łatwą rzeczą tym bardziej, że zajęcia są stosunkowo rozwalone po całym dniu, zaczynasz na 8, od 10 trzy godziny przerwy i później idziesz na 15, a i oczywiście o 18 wf. Każdy dzień wygląda inaczej inne godziny. Wiec co weekendowe zjazdy chodź w jednej sprawie są dobre. Z słoikami tez bywa różnie. Akademik 8 grzałek w tym 3 nie działające na 40 osób, czasami trudno coś ugotować np jakieś mięso, które dość długo powinno stać na piecu i tu słoiczek z roladami jak znalazł 😛 Ale wiadomo wszystko w granicach rozsądku. Jednak podziwiam osoby którym chce się co tydzień taszczyć 5 ogromnych słoików jedzenia. Także z tą samodzielnością różnie bywa. I pamiętajmy nie odcinać się całkowicie od rodziców. Moje motto dla którego staram się spędzać dużo czasu z rodzicami „Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą” ks. Jan Twardowski

    Nawet nie zauważymy gdy nie będzie już dla kogo wracać.

    Post dający do myślenia, w sumie jak większość twoich postów 🙂

    Pozdrawiam

    • Hej Paulina,
      tak tylko tłumacząc się, napisałam też w poście: „jeżdżenie z powodu tęsknoty, a nie dlatego, bo trzeba/bo kasa się skończyła/bo nie umiem gotować.” <- jak najbardziej rozumiem jeżdżenie spowodowane pomocą, wiem, jak zostawałam w domu rodzinnym, bo tata miał operację. Myślę, że nikt tego nie traktuje jak pępowiny. Dużo osób jeździ jednak tylko po kasę i słoiki – to jest smutne. Nawet nie spotykają się z rodzicami, wychodzą gdzieś ze znajomymi, a rodzice są dodatkiem koniecznym, bo przecież w jednym domu…

      Nigdy nie powiedziałam, że odcięcie się od rodziców jest odcięciem pępowiny – uważam odwrotnie! Odcięcie pępowiny, samodzielność, dorosłość – tak, relacje z rodzicami – JAK NAJBARDZIEJ! Kocham moich rodziców i nie wyobrażam sobie odcięcia się od nich. Trzeba szanować to, co się ma. 🙂

      Pozdrowienia!

      • Paulina

        Dzięki za odpowiedź 🙂

  • Z tą pracą na studiach, to różnie jest. Sama mam co tydzień inny plan zajęć i w jednym tygodniu potrafię mieć cały tydzień zawalony od rana do wieczora, a w innym dwa dni wolnego. W jednym tygodniu zajęcia tylko rano, kiedy indziej tylko po południu, a jeszcze kiedy indziej na 10 rano seminarium dwugodzinne, cztery godziny przerwy i znowu wykład na nieludzką godzinę. Dlatego małymi kroczkami próbuję wyjść z czymś swoim – ja ustalam sobie godziny pracy, nie płaszczę się przed szefem na rozmowie, czy już w pracy i wszyscy szczęśliwi. Co do innych spraw „domowych”: gotować – umiem, sprzątać – luz, nauka – uczę się, pieniądze – w Anglii jest kredyt studencki, który dostaje się i na czesne i na życie, ale to temat na dłuższą rozmowę.
    W każdym razie, ja tej kasy nie przewalam na jednej imprezie, tylko gospodaruję tym, by starczyło mi i na czynsz, i na jedzenie, i na zabawę, bo dla mnie najgorszym koszmarem byłoby właśnie zadzwonić do domu i powiedzieć „Mamo, przyślesz kasę? Za bardzo zabalowałam”. Za to wkurzają mnie koledzy, którzy właśnie tak robią. Średnia wieku na roku – 20 lat. Nie odmówię, gdy rodzic z własnej woli chce mi „sypnąć grosza” – „Jedź na tą wycieczkę, dołożę ci połowę, poszalej” – albo delikatnie zasugeruję, czy ewentualnie by się do czegoś dołożył jakąś część, ale żadnego roszczenia nie ma. W końcu jestem dorosła w świetle prawa, nie? Już czas pomału, drobnymi kroczkami wychodzić na swoje.

    • Oczywiście, że z pracą to zależy – myślę, że tak jak pisałam w poście, to wszystko zależy od okoliczności i tak jak pisałam, za odcięcie pępowiny nie uważam tylko podjęcie pracy, różne czynniki. 🙂

      Ale cieszę się, bo myślimy podobnie, sądząc po twoim komentarzu 🙂 Właśnie o taki rozsądek mi chodzi, jakiś szacunek do tego wszystkiego… dojrzałość. 🙂 Fajnie mieć takich czytelników. Miłego wieczoru!

    • Mateusz Majba

      W Polsce też są kredyty studenckie, sam taki mam i jest lepszy niż ten brytyjski. 🙂

  • Madlin

    Jestem dorosła bo umiem gotować (wtf, moja mama nie bardzo umie, ojciec za to bardzo lubi i to robi)
    jestem dorosła bo umiem oszczędzać (helloł, mam jeszcze m.in kasę z komunii – w wieku 11(?) lat byłam dorosła?)
    Jestem dorosła bo nie biorę słoików z domu (que?)
    Jestem dorosła bo pracuję w kawiarni (w zawodzie na pół etatu nie biorą) zamiast poświęcić ten czas na naukę w moim kierunku.
    itp..
    Po przeczytaniu ma się ochotę tylko powiedzieć: dziewczyno, dorośnij 😀
    Nie na tym polega dorosłość… To co opisujesz to początki samodzielności…
    I bardzo się cieszę, że moja mama nauczyła mnie szacunku do ludzi, a nie szacunku do pieniędzy (brrr). I tak, nie pracowałam podczas studiów, pracę zaczęłam miesiąc po obronie, z pensji wydaję 70% a gotowanie jakoś idzie (tak jak i przed studiami, w domu lol…. ) W domu od początku studiów jestem raz na miesiąc i słoik zwykle jeden tacham z powrotem 😀
    Za to przekonanie, że ‚dam sobie radę’ jest ważne, jeśli wcześniej go nie miałaś to dobrze, że nabyłaś.
    Ale lubię Twoich 99% tekstów, na ten jeden przymknę oko 😉

    • Madlin, chyba nie do końca mnie zrozumiałaś. To nie są moje jedyne wyznaczniki dorosłości. To nie jest nawet 1/8, to raz. Po prostu uważam, że samo studiowanie i to takie na odwal się (nie chodzenie na wykładu, brak zainteresowania nauką i czymkolwiek, studiowanie bez wynoszenia czegokolwiek, brak chęci do rozwoju, po prostu tylko przedłużanie sobie dzieciństwa – jest właśnie (uwaga, masło maślane) dziecinne. Nie uważam, że jeśli ktoś umie gotować, to od razu jest dorosły.

      Dorosłość to – moim zdaniem – dużo czynników nachodzących na siebie, dojrzałość wewnętrzna, umiejętność podejmowania decyzji, sposób, w jaki te decyzje podejmujesz i jakie te decyzje są. To, w jaki sposób kierujesz swoim życiem. 🙂

      Miłego dnia!

    • Madix

      A ja uważam, że to są dobre wyznaczniki. Dlaczego?

      Skoro ktoś nie umie ani gotować, ani posprzątać, ani oprać sobie ubrań, tylko potrzebuje do tego służącego, bo inaczej będzie chodził w brudnym albo głodny… nazwiesz kogoś takiego samodzielnym? Raczej nie. A dorosły się od dziecka różni m.in. tym właśnie, że dorosły jest samodzielny, a dziecko zależne od rodzica. Oczywiście, to tylko 1 aspekt z wielu, ale tak – trochę mnie bawią dzieciaki, co się uważają za Bóg wie jak dorosłe, bo dostały dowód i mogą pić alko, ale gdyby rodzice zachorowali poważnie, to by była bida z nyndzą wielka, bo mają 2 lewe ręce do pracy…

      Bawi mnie to, bo sama też kiedyś tak robiłam – pozwalałam rodzicom skakać wkoło mnie i dopiero teraz widzę, jak to było głupie. Fakt faktem, moi rodzice też popełnili błąd wychowawczy, wyręczając mnie w każdej możliwej pierdole, ale cieszę się, że jak podrosłam, to zauważyłam problem i zabroniłam im wokół siebie skakać, zamiast próbować wyrazić swoją dorosłość przez upijanie się do nieprzytomności, branie narkotyków itd.
      Jak ktoś robi wszystko za Ciebie to naprawdę może zrobić z Ciebie kalekę i to jest straszne. Jeszcze straszniejsze jest to, jak nie widzisz, jakim kaleką jesteś, tylko uważasz się za kogoś o nieba lepszego, niż jesteś w rzeczywistości, i zamiast być rodzicom wdzięczny, że Ci piorą Twoje gacie to Ty narzekasz, że nie chcą Ci np. kupić nowej konsoli / laptopa itd. … O tym pisze Marta i ja się tutaj 100% zgadzam, także z tym, że takie ogarnięcie siebie poprawia relacje z rodzicami.

  • Mnie marzy się znalezienie czegoś w zawodzie, ale przy dwóch kierunkach trudno znaleźć czas, nie ma co się oszukiwać – a relaks każdemu się należy. Po skończeniu jednego kierunku w przyszłym roku czegoś poszukam. Ech, nie śpieszy mi się odcięcie pępowiny, i w domu wszyscy bardzo się bronią. Jeżdżę, bo tęsknię, choć zawsze jakiś słoik zabiorę, który służy mi awaryjnie. Ale z pewnością nie jestem typowym studentem – pieniądze wydaję tylko na jedzenie i środki czystości, żyję bardzo skromnie. Staram się nie obciążać zanadto rodziny, chociaż na biedę nie możemy narzekać, wręcz odwrotnie. Staram się poświęcić energię gruntownemu wykształceniu, najlepiej spożytkować czas… i jeszcze trochę być dzieckiem.

    • Nie dziwię się wcale. Tak jak mówię – są sytuacje, w których rzeczywiście lepiej tej pępowiny nie odcinać, bo nie ma czasu. Dwa kierunki, medycyna, jakieś ciężkie kierunki – to rzeczywiście jest powód. Tak naprawdę chciałam zwrócić uwagę w tym poście konkretnie na problem tego, że studenci biorą kasę jakby to było coś naturalnego i nic poza tym nie robią (chodzą na wykład raz dziennie albo nawet nie chodzą, wydają wszystko na przyjemności a nie na przeżycie). Fajnie, że poświęcasz energię na wykształcenie, a nie przebimbanie – przybijam piątkę i życzę powodzenia! 🙂

      • Dziękuję – to miłe, że odpisujesz i nie oceniasz negatywnie takich osób, jak ja. 🙂

  • O.

    Główna myśl jest bardzo ważna i z nią się zgadzam, ale z drugiej strony też obserwuję wiele osób, które odciąć chcą się na siłę. Pracują byle gdzie (tak, wiem, że żadna praca nie hańbi), często olewając przy tym studia. Wydaje mi się, że są przypadki, kiedy lepiej jest skupić się na studiowaniu i rozsądnym wykorzystywaniu środków, które zapewniają rodzice, może delikatnym dorabianiu, ale nie koniecznie na absolutnie samodzielnym utrzymywaniu się. Studenci często też zapominają, że zamiast pracować u obcych ludzi mogą pomóc w pracy rodzicom, dla nich to często podwójny zysk- dziecko pomoże, robota zostanie zrobiona, a nie muszą zatrudniać dodatkowej osoby, co wiąże się przecież z dodatkowymi składkami i podatkami.

    Ogólnie rzecz ujmując zgadzam się, i lepiej lub gorzej staram się sama powoli usamodzielniać (albo chociaż poprawiać swoje perspektywy zawodowe przez dodatkowe kursy), ale nie wydaje mi się, by jakakolwiek skrajność była zdrowa i bezpieczna. Po prostu mam w swoim otoczeniu kilka osób, które chcąc być super-dorosłe przedłużyły sobie przez przypadek o rok czy dwa studia i w swoim docelowym zawodzie są na mniej satysfakcjonującej pozycji, niż prawdopodobnie by były, gdyby skupiły się bardziej na nauce czy inwestowaniu w samego siebie.

    • Oczywiście, wydaje mi się dokładnie tak samo – mam też wrażenie, że studenci wolą wziąć byle jaką pracę, ale łatwą, niż zacząć coś w zawodzie, nie zdając sobie sprawy, że doświadczenie będzie potem naprawdę kluczowe… nikt nie ocenia już pracowników po tym, jakie studia skończył, ale jakie ma doświadczenie – już tak 🙂 Tak jak i Ty, uważam, że wszystko w granicach rozsądku – skrajność nie jest dob ra i tyle 🙂

      Pozdrowienia!

  • Zgadzam się z tym, że jeśli mamy możliwość podjęcia pracy, to powinniśmy z niej korzystać. Praca jak nic innego otwiera oczy i muszę przyznać, że od podjęcia pierwszej pracy dziesięć razy zastanawiam się, zanim wydam na coś pieniądze. A dobrą opcją dla tych, którzy w ciągu roku pracować nie mogą, jest wyjazd za granicę na dwa miesiące. Pracowałam w Anglii przy zbieraniu truskawek z dziewczyną, której wprawdzie rodzice finansowali całe studia (ich specyfika nie pozwalała na pracę normalnie), ale ona za to przylatywała co roku na truskawki i siedziała na wyspach przez trzy miesiące. Wracała bogatsza o kilkanaście tysięcy i… nie wydawała z tego ani złotówki, tylko odkładała na przyszłość. I to nie był jej pierwszy raz 🙂 Myślę, że jeśli ktoś naprawdę chce, to będzie szukał sposobu, a nie wymówki.

  • Marta

    Od kilku dni biję się z myślami, czy lepiej jest iść do pracy dorywczej typu wykładanie towaru i zarobić kilka groszy, czy pracować ” za darmoszkę” bardziej w tym kierunku który się studiuje?

  • Zgadzam się w zupełności (jak zwykle zresztą :D). Mi było po prostu głupio brać od Rodziców na wszystko pieniądze! Teraz mamy super kontakt, bo jestem i będę zawsze wdzięczna z to, że tak mi pomogli, ale tak jak piszesz- traktują mnie jak dorosłą 🙂

  • Czytam komentarze i jestem trochę załamana. Trudno podjąć pracę na studiach dziennych? Na jednym kierunku? To jakieś kpiny? O ile to nie medycyna czy inny trudny kierunek można pracować w weekendy przecież! Albo dorabiać w wolnych godzinach np. jako opiekunka dziecięca czy dawać korki… Możliwości jest multum! Na pierwszym roku pracowałam przez trzy miesiące w weekendy jako hostessa. Stałam 5, 9 i w niedzielę 8 godzin. W końcu odpuściłam, bo ani to rozwijające, ani przyjemne- pracodawca zaczął robić przekręty i nieprzyjemności. Na drugim roku przez 9 miesięcy chodziłam na wolontariat do świetlicy środowiskowej, pracowałam tylko w wakacje na słuchawce- nienawidziłam tej pracy i atmosfery, ale gdzieś musiałam zarobić a z wielu CV nikt inny się nie odezwał. W końcu od października pracuję jako opiekunka i to najlepsza praca jaką miałam. Nie dość, że zbieram doświadczenie, to zarabiam całkiem sporo jak na poprzednie stanowiska i dopasowuje godziny pracy do zajęć. Co prawda mieszkam i studiuję w rodzinnym mieście, mieszkam z mamą, ale umiem gotować, dostaje pieniążka od taty raz w miesiącu i głównie z tego opłacam swoje zobowiązania typu telefon czy bilet miesięczny, nowy tusz czy buty, czasem dostaje coś od dziadków, ale nikt już mi nie powie, że mam zawód: córka 🙂 jasne, czasem mama zrobi mi pyszne kanapki po pracy czy da wałówę jak idę do chłopaka („my i tak nie zjemy tyle we dwie, a jemu będzie smakowało”), nie dajmy się zwariować 😉

    • Madix

      Cóż, tylko to jest praca dorywcza, z której nie da się utrzymać, a z tego co widzę w komentarzach – nie chodzi o to, że problem jest z pracowaniem w ogóle, lecz utrzymaniem się na studiach samodzielnie. Widzisz, mieszkasz u mamy. A co z osobą, która musi się sama utrzymać w obcym mieście albo pożegnać się ze studiami, bo oni się uparli, że jak pójdziesz na studia, to odetną źródełko (albo nie będą mieli z czego pomóc)? Niestety, zdarzają się takie osoby…

      Z pracy dorywczej to naprawdę nie za bardzo można się utrzymać. Dorobić – jasne. Sama w liceum zarabiałam ok. 1000 zł/msc, pracując na pół etatu. Byłam mega zadowolona, bo nie dość, że mi na wszystko starczało, to jeszcze odłożyłam kupę kasy, dzięki czemu na studiach nie muszę pracować w jakimś MacDonaldzie (nie to, że hańbi, ale kurczę – to ciężka praca!) i mogę się skupić na nauce. Właśnie – pracowanie w wakacje, by podczas nich odłożyć na utrzymanie się na studia, też jest świetnym patentem na usamodzielnienie się, jeśli studiujesz trudny kierunek 😉

      To, że rodzice pomagają, to naprawę ogromny komfort, ale pamiętaj, że nie każdy go ma. Moi rodzice np. nie mieli… Moja mama, kiedy wyprowadziła się za pracą do dużego miasta, spała w piwnicy u pracodawcy (na workach, po których biegały szczury), bo nie miała mieszkania, żadnych znajomych ani żadnego wsparcia od rodziców, którzy sami nie mieli sobie co do gara włożyć, a co dopiero wysłać coś córce która sobie wymyśliła, że chce pracować z dala od domu, zamiast zostać na roli… W takich warunkach (zerowa pomoc rodziców) naprawdę ciężko studiować dziennie trudny kierunek i jednocześnie samemu się utrzymywać, i to jest nadal aktualne, mimo tego, że moja mama emigrowała do miasta kilkadziesiąt lat temu.

      Chwała Ci, że pracowałaś, ale nie udawałabym, że studia nie przeszkadzają w usamodzielnieniu się i podjęciu pracy, bo przeszkadzają.

      • Jeśli masz dobrego i normalnego pracodawcę, który chce Cię zatrudnić nie na tydzień, a na szerszą perspektywę (nie ukrywajmy- żeby dziecko zaakceptowało nową ciocie najpierw musi ją poznać) to da się utrzymać. Serio się da. Jakbym brała każdy dzień w jaki potrzebuje mnie mama dziecka, to mogłabym spokojnie podziękować tacie za pieniążki i się utrzymać. Z tym, że jest to normalne 8 godzin dziennie i prawie codziennie. Niestety (a może na szczęście :D) chcę zachować trochę czasu dla siebie, na napisanie licencjatu, wyjście ze znajomymi czy wyleżenie się jakiś dzień w łóżku i obejrzenie serialu. Oczywiście, nie każdy na taką dobrą pracę trafi, mnie niejako spadła z nieba i jestem za nią wdzięczna bardzo, ale znam przypadki moich koleżanek z roku gdzie muszą pracować z dwójką czy trójką dzieci naraz (!) za dyszkę na godzinę (ogólnie przyjęta stawka za godzinę to dyszka przy jednym dziecku)…

        Jak musi się utrzymać sama- pozostają weekendy albo wieczory/popołudnia przed wolnym dniem albo zmiana od rana przed zajęciami. Da się szybko znaleźć taką pracę jak ktoś musi na już. Z tym, że trzeba serio ruszyć tyłek a nie marudzić. Też kiedyś taka byłam i ciągle marudziłam że nie pójdę do pracy, bo zajęcia. Moje koleżanki dorabiały na inwentaryzacjach, kasie w markecie, na hostessowaniu, na słuchawce i miały na swoje potrzeby, a ja musiałam się ograniczać do dostawanych pieniążków (za które również jestem wdzięczna, ale są to tzw. umowne alimenty więc nic od nikogo nie ciągnę na siłę). No i praca w wakacje o ile opłacalna, bo ja za te 5zł na słuchawce coś tam niby sobie dorobiłam, ale za półtora miesiąca 1300zł to nie szał 😉 nie dało się więcej pracować, bo miesiąc szukałam bezowocnie, a pół miesiąca miałam praktyki.

        Przecież napisałam, że o ile to nie trudny kierunek to można iść do pracy. Przez te łatwe rozumiem na przykład moją pedagogikę (chociaż jest czasochłonna w projektach manualnych, ale to inna sprawa :D), dziennikarstwo i inne powszechnie uznawane za łatwe kierunki. Jasne, nauka nauką i zadania zadaniami. Wtedy pozostają weekendy w pracy. Nie ma łatwo niestety- znajomy studiuje właśnie taki techniczny kierunek, prawie codziennie robi jakieś przestrzenne cuda w formacie A1, makiety, projekty, rysunki, plus nauka, a co weekend dyma na budowę żeby sobie dorobić. Pracą fizyczną oczywiście 😉

        Nie porównuję swoich studiów do wszystkich, ale jak widzę że studia dzienne zajmują trochę czasu to owszem, ale umówmy się- zawsze jest wyjście jak ktoś chce/musi, a umówmy się że na większości studiów nie trzeba być na każdym wykładzie, a większość nie wymaga więcej niż nauczenia się z notatek. A szkoda, bo potem z mojego kierunku wychodzą „przedszkolanki”, które podejścia do dzieci nie mają, z zajęć nic nie wyniosły oprócz skserowanych notatek. Żadnej pasji, żadnego zaangażowania.

        Ogólnie jestem wdzięczna, że nie muszę pracować jeszcze żeby się utrzymać, że mogłam odbywać jakiś wolontariat zamiast zachrzaniać w sieciówce (podziwiam te dziewczyny, ja chyba bym się pochlastała, praca nie dla mnie a szkoda!) żeby mieć na bułkę i pasztet, że jak mam gorszy miesiąc to po prostu nie kupię sobie czegoś dla siebie. Jestem wdzięczna, że mogę mieszkać i studiować w jednym mieście. Najważniejsze, że sama umiem gotować, posprzątać, ogarnąć kasę- kiedyś głupio przepieprzałam każdy grosz, teraz jest lepiej (chociaż czasem jak zobaczę tą piękną pomadkę i NO MUSZĘ ją mieć :D).

  • Wróbel Zwyczajny

    Ja właśnie teraz jestem na etapie odcinania mojej „finansowej” pępowiny. O ile pod względem emocjonalnym i kucharskim już dawno się odcięłam, o tyle finanse nadal są moją piętą Achillesową. W całym swoim życiu tak naprawdę nie przepracowałam ani chwili i teraz z zerowym doświadczeniem trochę się boję, szczerze mówiąc. Mam niemalże 21 lat i zero pojęcia o pracy, jednakże mam zamiar zmienić to w tym roku. Ta ciągła finansowa zależność od rodziców jest dla mnie po prostu uwłaczająca – jak śmiem się nazywać dorosłą osobą, skoro nie potrafię zapracować na swoje utrzymanie? Nie chodzi mi naturalnie o całkowite uniezależnienie się, bo to chyba jeszcze niemożliwe na tym etapie, ale zarobienie chociażby na wyżywienie i własne wydatki byłoby dla mnie już sporym osiągnięciem.
    Muszę przyznać też, że jesteś dla mnie w tej kwestii sporą inspiracją Marto 🙂 Widząc, jak wiele czasu poświęcasz pracy i własnemu rozwojowi oraz jakie sukcesy dzięki temu odnosisz, czuję się po prostu głupio! Bo przecież jesteś niewiele starsza ode mnie, a wydajesz się tysiąckrotnie zaradniejsza w życiu! Także jesteś trochę takim moim motorem napędowym 🙂

    • Madix

      Możesz zacząć także od pracy u rodziny / znajomych 😉

  • Madix

    Bardzo mi się podoba ten post 🙂
    Jest taki wyważony – piszesz o sprawach naprawdę ważnych, bez wymądrzania się w stylu: „po zakończeniu matury powinieneś już wyprowadzić się od rodziców i być niezależny!” a w sumie mogłabyś, bo sama uniezależniłaś się nader szybko 😉
    Bardzo jednak doceniam, że zrezygnowałaś z takiego osądzania przez pryzmat własnego nosa.

    Temat jest trudny, bo faktycznie – każdy studiuje co innego, niektórzy studiują w rodzinnym mieście, a inni na drugim końcu Polski i to też jest różnica – każda sytuacja jest inna. Rzeczy, o których napisałaś, są jednak na tyle uniwersalne, że powinny IMO trafić do każdego 🙂

  • Justinee

    Bardzo dobry tekst, tekst i komentarze! Tak naprawdę od III roku studiów licencjackich dorabiam dorywczo. Przeprowadzka do innego miasta i zupełna zmiana kierunku studiów magisterskich spowodowała, że właściwie odkąd się wprowadziłam szukałam dorywczej pracy. Nie oszukujmy się: nie da się całkowicie utrzymać, ale wiem, że mam pieniążki na przyjemności typu książka, nowe buty. Staram się odciążyć rodziców jak mogę,oszczędzać, mam młodsze rodzeństwo więc i tu są wydatki. Samodzielność? Tak, dopiero teraz ją w pełni( z naciskiem na słowo w pełni) poznałam,a praca, która rozwija, którą lubię i dzięki której zdobywam doświadczenie, pewne obycie to najlepsze co może być 🙂

  • Dagmara

    Mądre słowa! Zresztą jak zwykle! Pozdrawiam cieplutko :*

  • Nawet nie wiesz jak mi się marzy odcięcie pępowiny i chociaż częściowo utrzymywać się sama bo teraz mi nawet głupio poprosić o pieniądze na jakieś dodatkowe, ekstra wydatki- prezent dla przyjaciółki czy nową torebkę gdy wszystkie inne już się zniszczyły bo wiem ile pieniędzy idzie na samo opłacenie mojego akademika i codziennego życia.

    Choć studiuję mega absorbujący kierunek- jeden z technicznych kierunków i często spędzam całe dnie na uczelni to w zeszłym roku udało mi się to pogodzić z płatnym stażem i nie było, że boli chociaż nawet 5 razy w tygodniu dojeżdżałam na uczelnię oddaloną o 100 km- co wiązało się tym, ze w drodze byłam nawet po 5h dziennie (na staż załapałam się w rodzinnej miejscowości a studiuję w Krakowie a ze względu na cały rozkład studiów i stażu nie opłacało mi sie płacić za mieszkanie w Krakowie i dodatkowo płacić za dojazdy w dni w które musiałam być na stażu) więc zdarzały się sytuacje, ze do domu wracałam późnym wieczorem a następnego dnia wstawałam o 4:30.
    Niestety nie w każdym semestrze na moim kierunku da się jeszcze pracować i być w miarę na bieżąco ze studiami jednak teraz uparcie rozglądam się za jakimiś ofertami pracy jednak na razie idzie mi kiepsko bo czas miewam tylko późnymi popołudniami.

  • Gabriela Zybek

    To prawda, w pewnym wieku należy odciąć pępowinę. U mnie na roku większość osób pracuje. Fakt, jesteśmy już na 4 roku, więc wypadałoby. Ale wiem, że niektórzy pracują od pierwszego roku. Są też i tacy, którzy w ogóle nie pracują, i nie miałabym nic przeciwko, tylko to właśnie tamte osoby robią największe problemy z przestawianiem zajęć. Zdarza się, że nagle wyskakują z pomysłem, żeby jakies zajęcia przełożyć, zrobić w innych godzinach itp. Co dla mnie jest np mega chamskie, bo w momencie,gdy mam już ustalony grafikw pracy, to nagle się okazuje że przekładamy zajęcia na dany dzień. Tak mnie to wkurza 😛

    Co do utrzymania się za dorywczą pracę – faktycznie, może być ciężko, ale nawet jeśli zarobi się na połowę wydatków, to już jest coś. Poza tym, nic tak nie pomaga w samoorganizacji jak dużo obowiązków! Wiem po sobie i np mojej współlokatorce. Ja pracuję tak średnio4 dni w tyg, raz w tygodniu jeżdżę na korepetycje do chłopca, no i mam jeszcze 2 * w tyg zajęcia z dziećmi w ramach wolontariatu. Czasem też dostaję zlecenia (copywritnig), mogę wtedy szybko i przyjemnie zarobić jakąś dodatkową kasę. Udaje mi się czytać książki specjalnościowe, biegać. Ahaa, zapomniałabym, jeszcze robię podyplomówkę w międzyczasie. I zdążam ! A moja współlokatorka studiuje ze mną, raz w tyg ma zajęcia z dzieckiem, i ciągle tylko ogląda seriale. Jak czasem widzę jak leniuchuje, to zazdroszczę, ale z drugiej strony, nie mogłabym tak.

    Z drugiej strony zazdroszczę też trochę koleżance, która może pozwolić sobie na intensywny (i drogi) kurs anielskiego przygotowujący do tega TOEFLa (czy coś). Moją pasją też są języki, zwłaszcza włoski, ale na jego naukę (w ramach jakiegoś kursu) nie mam co liczyć, bo i kasy brak i czasu niestety. I to jest ten minus…

  • U mnie tak jest. Odcięłam pępowinę na 100% 😀 Przy studiach dziennych podjęłam się pracy 3 razy w tygodniu. Dobrze, że weekendy chociaż mam wolne, bo czasami nie wiem jak się nazywam.
    Ale jestem pewna jednego – gdybym nadal mieszkała u mamy, nie miałabym tego, co mam teraz. 🙂

  • Doma

    W dzisiejszych czasach mało ludzi myśli o usamodzielnieniu się przed 30, a to studia, a to brak pracy, a to nie możność dostania kredytu… Wszystko prawda ale im dłużej tkwi się w tym zamkniętym kole tym gorzej wziąć życie w swoje ręce i przestać siedzieć u rodziców na garnuszku.

    http://handy.waw.pl/

  • Marta K.

    Wszystko ładnie pięknie ale co jeśli to rodzice wręcz Ci zabraniają się usamodzielnić? Zgadzam się z tym z tym co piszesz tylko trochę denerwuje mnie linczowanie osób które np. nie pracują w trakcie studiów. Sama byłam taką osobą a nie chciałam żeby tak było. Od początku zamierzałam pracować i uczyć sie zaocznie Niestety rodzice dowiedzieli się o tym że miałabym szansę dostać stypendium socjalne na studiach dziennych i namówili mnie na te studia. Na początku było fajnie – swoje pieniądze praktycznie za nic. Problem się zaczął gdy po pierwszym roku miałam możliwość pracy na stanowisku związanym ze studiami.. Zaczęło się: „Nie dasz sobie rady”, „Masz jeszcze czas na pracę”, „Za rok twoja siostra pójdzie na studia, poczekaj z pracą żeby ona chociaż przez rok coś dostawała”, „Przez Ciebie zabiorą mi zniżkę na mieszkanie”… Jednocześnie było coś w rodzaju wypominania: „Na co wydałaś tyle pieniędzy”, „Gdzie się podziały twoje pieniądze ze stypendium” (pomimo że nawet połowy nie wydałam, żyłam naprawdę bardzo skromnie), „Ja to sobie na wszystko sama musiałam zapracować”… Odpuściłam. Ostatecznie siostra studiuje zaocznie, nie pracuje i rodzice ją utrzymują. Po kolejnych uwagach dotyczących wydawania przeze mnie pieniędzy przez połowę licencjatu pracowałam na czarno u rodziców koleżanki o czym rodzice i większość znajomych nie wie a po obronie postawiłam się i pracuję do teraz w zawodzie. Niestety dla części znajomych jestem „nierobem” bo nie chcialo mi się przez studia pracować… 🙂

  • Joanna

    Bardzo wiele uczuć wzbudził we mnie, Marto, ten wpis. Niekoniecznie dobrych, choć sam wpis uważam za mądry, prawdziwy i bardzo pouczający. Ja wciąż nie mogę do końca odciąć się od pomocy rodziców, za co ja mam żal do siebie, oni do mnie. Moje studia oceniam jako średnio wymagające, przez 3 lata dostawałam niemałej wysokości stypendium, dzięki któremu od 1,5 roku nie korzystam już z bezpośredniej pomocy rodziców. W trakcie studiów również nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby dzwonić po pieniądze, czy je bezmyślnie wydawać. A za każdy „słoik” byłam wdzięczna. Sama zaoszczędziłam dużo, oni pomagali mi równie dużo, mimo trudności finansowych, ale…teraz dopiero dotarło do mnie, że od problemu psychicznego nie można uciekać całe życie. Jedni powiedzą: lenistwo, życiowe nieogarnięcie, brak ambicji. Ja mówię: zaawansowany neurotyzm, dla którego studia były tylko przykrywką i próbą „wyleczenia” na własną rękę. Totalna apatia i nieumiejętność, gorzej, niechęć do znalezienie najprostszej pracy. Pracę magisterską przez to obroniłam rok później. Z lęku przed życiem. Najchętniej położyłabym się w łóżku i już z niego nie wstała, niestety, trzeba coś jeść i opłacać rachunki.

    Zarobiłam kilkaset złotych na pisaniu tekstów na zlecenie (copywriting), próbuję rozkręcić własnego bloga, ale pracy w zawodzie nie chcę i tak naprawdę nigdy nie chciałam. Pytanie, co teraz? Telefon milczy, a wysyłanie CV kończy się łzami. A najgorsze, że wciąż miotam się między poczuciem winy (wzbudzanym między innymi przez takie jak, twój, skądinąd bardzo mądry tekst) za nieogarnięcie swojego życia od ponad 7 lat, a poczuciem choroby i potrzebą pomocy. A może to właśnie dziecinność?

    Piszę to chyba po to, żeby trochę się usprawiedliwić, a trochę pokazać, że są też osoby, które z różnych przyczyn są wciąż zależne od rodziców i niekoniecznie przez własną bezmyślność. Pozdrawiam ciepło.

  • Róża Wiatrów

    Pracuje i zarabiam konkretnie pieniądze, jak na studentkę, ale bez pomocy rodziców nie dałabym sobie rady. Opłata za mieszkanie, za studia, dojazdy do szkoły w innym mieście. Jak to sobie kiedyś policzyłam to musiałabym zarabiać ponad 2000, żeby starczyło mi na same rachunki i zobowiązania, nie mówiąc o przyjemnościach. Dlatego uważam, że rodzice – jeżeli tylko mają taką możliwość – powinni pomagać! Znam osobiście przypadki, w których rodzice, pomimo szerokich zasobów finansowych, odmawiali dzieciom pomocy przez co, ktoś nie poszedł na studia, na wymarzony kurs, czy nie kupił sprzętu potrzebnego do pracy i teraz bieduje, jest nieszczęśliwy. To przykre, naprawdę. Jednak zgadzam się z Tobą, że w pewien sposób pępowinę trzeba odciąć. To szczęście mieć własne pieniądze i nie czuć się zależnym od rodziców, gdy chcemy kupić sobie choćby nowe buty czy pojechać na wakacje 🙂

  • petyniaq

    Pierwsza prace podjęłam jak miałam 15 lat. Pracowałam w restaracji/domu weselnym i z moją mamą (jej szef płacił mi osobna pensje). Było to nieźle źródło utrzymania. Szłam do liceum daleko od domu, odkładam sobie na życie (mimo że na to miałam stypendium które pokrywalo wiele wydatkow). Nie zarabiam kokosow, czasami pracowałam cała noc i cały dzień w restauracji, a o 3 nad ranem musiałam wstać z mamą do pracy. Dało się. Nie brałam żadnych pieniędzy od rodziców, a nawet to j byłam domowym bankiem pożyczkowym. Rok później pracowałam ttlko w restauracji, ponieważ bardziej się opłacało niż z moją mamą. Sytuacja wyglądala analogicznie. Następnego roku również. Po skończeniu liceum długo szukałam pracy, ale znalazłam w lodziarni. I znow- nie zarabialam milionów, ale miałam swoje pieniądze i mama nie dokładają się do mojego utrzymania. Od września zaczęłam pracę w szkole, wyprowadziła się z domu i żyje na własny rachunek. Studiuję (co prawda zaocznie i te studia pochłaniają większość mojej wyplaty), ale radzę sobie z moim chłopakiem. Da się? A no da się. Moja mama nigdy dla mnie specjalnie nie gotowana i nie robiła kanapeczek, dlatego usamodzielnilam się dosyć wcześnie. Nie było i nie jest superkolorowo, ale żyje i radzę sobie. I uważam, że każdy po skończeniu szkoły średniej powinien wziąc swoje życie w swoje ręce. Moze nie trzeba się od razu wyprowadzac, ale przynajmniej się dokładać do rachunków i robić zakupy. Nic mnie tak nie denerwuje jak, dorośli ludzie mający dwie lewe ręce i narzekają y, że „przecież nie ma pracy”. Jest i to masa. Tylko trzeba wykazać się inicjatywa i poświęcić czas imprezowy na pracę. Tyle w temacie z mojej strony.

  • Justyna Barańska

    Zgadzam się jak najbardziej ze wszystkim. Sama chciałabym się już wyprowadzić od rodziców,ale no właśnie jest jedno Ale, za jedną wypłatę nie da rady utrzymać siebie, płacić rachunków, wynajmu, za uczelnię i jeszcze utrzymać auta. Z dwóch wypłat jakoś da radę funkcjonować,ale z jednej niestety nie…

  • shuapppeyr

    Gratuluję świetnego bloga, świetnego postu ;D coś czuję że będę zaglądać tu częściej 🙂

  • anonim

    świetne Marta, świetne. Inspirujące. Mam 24 lata, w zeszłym roku skończyłem studia i wróciłem do mojego rodzinnego miasta, by wyremontować mieszkanie po dziadkach i zacząć życie z moją kobietą. Zacząłem remont. Napisałem inżynierkę. Skończyłem studia. Podjąłem pracę. Wiesz, do czego mnie doprowadził powrót i chęć rozpoczęcia życia u boku rodziców? Zwij to jak chcesz, nie miałem siły na nic. Wiecznie kłótnie. Z narzeczoną i rodzicami. Ona chciała tak, rodzice tak. W końcu nie wytrzymała. Odeszła. Ja w międzyczasie zmieniłem pracę, pracowałem z Jej ojcem. Nie wytrzymałem. Wywalili mnie. Zostałem sam w niewyremontowanym do końca mieszkaniu, próbując ogarnąć życie na nowo. U boku rodziców. Nie da rady. Czas wziąć się w garść. Wyprowadzić z rodzinnego gniazda i małej mieściny.