Fryzjer rzecz normalna – gdybym do niego nie chodziła, prawdopodobnie w ciągu sześciu miesięcy moje włosy zaczęłyby żyć własnym życiem i nadałyby sobie imię, a potem żądałyby dowodu. Następnie ośmielałyby się coraz bardziej, podbierając mi jedzenie jak nie patrzę i pożyczając mój laptop bez pytania, aż w końcu skończyłoby się na tym, że chciałby zawładnąć światem i nie miałabym nic do gadania, bo przez za długą grzywkę a’la wczesne emo i oplatające mnie końcówki, nie mogłabym się ruszyć. Rozumiecie, dlatego właśnie chodzę do fryzjera – żeby nie doszło do jakiejś katastrofy.
Problem tylko polega na tym, że czasami u fryzjera też się dzieje źle.

Powiem coś.
Przepraszam, ale ja bardzo nie lubię chodzić do fryzjera. Nazwijcie to traumą, złym wybraniem salonów, nieodpowiednim wyczuciem albo dziwactwem, ale nie ufam tym ludziom, bo tyle razy zawiedli to moje zaufanie, że byłabym głupia, gdybym nie podchodziła do nich sceptycznie. To trochę jak z wracaniem do tego samego byłego non stop, chociaż dobrze wiesz, że nie jesteście dla siebie przeznaczeni, bo ciągle potykasz się o jego kulki ze skarpetek i wkurzasz na pozostawiane kubki: nie możesz liczyć na to, że jak za piątym razem obiecuje, że teraz będzie inaczej, to serio się zmieni.
Nigdy się nie zmienia. Tak jak fryzjerzy.

NAIWNIAK

Czasami jednak zachowuję się jak totalny naiwniak i znów pędzę do fryzjera, bo przecież nie chcę, żeby moje włosy przejęły władzę nad światem. Za każdym razem przed taką wizytą drukuję zdjęcia super ładnych gwiazd (bo przecież chcę wyglądać jak one i tym razem NA PEWNO zmienię styl), szykuję się 30 minut wcześniej i z poczucia obowiązku rozczesuję włosy tak, że da się po nich ślizgać, bo wiem, że nie chcę narażać fryzjerki na traumę w postaci utkniętego grzebienia. Idę i myślę: tym razem będzie inaczej! Spotka mnie zupełnie coś innego!

A potem i tak wszystko się kończy w któryś z tych sposobów:

1. PROSZĘ UCIĄĆ CENTYMETR

Siadam, proszę o podcięcie grzywki i boków. Fryzjerka patrzy na mnie osądzającym wzrokiem (zawsze to robią) i zaczyna:
– Muszę pani podciąć końcówki – mówi do mnie Pani Fryzjerka – bo nie mogę patrzeć.
– Ale ja nie chcę – odpowiadam spokojnie.
– Pani da, bo takie zniszczone, że mnie coś trafia.
– Nie chcę, zapuszczam.
– Pani da, szczerze mówię. Centymetr tylko utnę.
– Centymetr?
– Centymetr.
– Ale na pewno centymetr?
– Tak, na pewno, pani nawet nie zauważy.
– 10 milimetrów? Obiecuje pani?
– Obiecuję.
– To niech pani tnie. Ale centymetr.
– Dobrze – mówi Pani Fryzjerka z sadystycznym uśmiechem i obcina piętnaście.

I już nawet nie chodzi o to, czy włosy są zniszczone, czy nie, czy potrzebowały cięcia, czy nie – ale skoro się upewniam, że naprawdę JEDEN CENTYMETR, to chciałabym, żeby to był jeden centymetr, nawet, jeśli to irracjonalne, głupie i dziecinne („bo ja chcę długie włosy”). Jak mam komuś dawać do zmiany swój wygląd, skoro nie mogę mu zaufać? Co innego, kiedy fryzjer cię przekonuje, że trzeba, podaje argumenty, a ty się zgadzasz. Ja się nie zgadzam, a ona i tak tnie po swojemu – czyli analogicznie, jak wybiorę blond farbę, to skąd mam wiedzieć, czy nie pofarbuje mnie na rudo?

To powinna być moja decyzja, ale fryzjerki wydają się być specjalnie mylić miarki – jeden centymetr z piętnastoma, dwa z trzydziestoma – w końcu co to za różnica, nie? Odrośnie.

Za rok. Ale to taki szczególik.

2. TO MOŻE STYLIZACJA?

To jedno z moich ulubionych: pani kończy mnie podcinać, patrzy na mnie i proponuje, że mnie wystylizuje. Zaczyna magiczny taniec, polegający na podpinaniu prostownicy i jej odłączaniu (bo kabel zaczepił się o ruchomy stoliczek), szukaniu odpowiedniego grzebienia, patrzenia w lustro, odebrania telefonu, zagadania koleżanki, spytania o coś klientki, która czeka z papierkami czy czymś tam na głowie i wreszcie sięgnięcia po magiczny żel. Potem jest standardowo: pięć machnięć prostownicą, sześć artystycznych mazów żelem czy czymś tam po włosach, psik psik lakierem, ekspresyjne przeczesanie włosów, nałożenie czegoś na końcówki i voila! Gotowe!

Patrzę w lustro i widzę, że wyglądam pięć razy gorzej niż przed. Włosy mi oklapły, są proste jak druty i zwisające smętnie jakbym stylizowała się na Karynę paradującą dumnie przy Sebiksie (jak nie wiecie o co chodzi, to musicie to wygooglować). Pięknie. Stylizacja jak w roku 2000 – Britney Spears, JoJo i te sprawy, brakuje mi tylko krótkiej bluzki nałożonej na taką z długim rękawem i kabaretek na nogach.

Pozdrawiam. Marta a’la gwiazda teledysku z czasów, kiedy byliśmy jeszcze młodzi i chodziliśmy do podstawówki.

3.  I JAK?

I te poważne pytanie, kiedy fryzjerka już kończy się nade mną pastwić: i jak? Patrzę w lustro z podnieceniem, oczekując efektu wow, fajerwerków tego, że nagle z jakiegoś powodu moje odbicie będzie przypominało Angelinę Jolie, ale tak nie jest. Nigdy. Widzę za to, że wyglądam gorzej, niż przed (a przed przecież przypominałam to coś z długimi włosami z rodziny Addamsów). Chce mi się płakać, ale przecież jestem silną, niezależną kobietą, więc zbieram się w sobie, dziękuję, płacę i biegnę do domu popłakać w samotności.

Całe jednak szczęście, że na to „i jak?” jest magiczny sposób – wystarczy umyć po fryzjerze włosy i już wyglądają tak, jak powinny. Dzięki Bogu.

TO RÓB SOBIE SAMA!

I ktoś może powiedzieć: jak ci nie pasuje, to ścinaj się sama!
Problem polega na tym, ze gdybym to zrobiła, najprawdopodobniej skończyłoby się na fryzurze od garnka, którą połowa z nas nosiła w przedszkolu – więc może lepiej nie, dziękuję. Postoję.
A potem znów umówię się do fryzjera.

Ten tekst nie jest poważny, a zbieżność wydarzeń, opisów i zjawisk nie oznacza, że opisałam akurat twoją fryzjerkę. Chociaż – kto wie? Następnym razem zobacz, czy też nawala ci żel na włosy – jak tak, to ją pozdrów ode mnie.