Fryzjer rzecz normalna – gdybym do niego nie chodziła, prawdopodobnie w ciągu sześciu miesięcy moje włosy zaczęłyby żyć własnym życiem i nadałyby sobie imię, a potem żądałyby dowodu. Następnie ośmielałyby się coraz bardziej, podbierając mi jedzenie jak nie patrzę i pożyczając mój laptop bez pytania, aż w końcu skończyłoby się na tym, że chciałby zawładnąć światem i nie miałabym nic do gadania, bo przez za długą grzywkę a’la wczesne emo i oplatające mnie końcówki, nie mogłabym się ruszyć. Rozumiecie, dlatego właśnie chodzę do fryzjera – żeby nie doszło do jakiejś katastrofy.
Problem tylko polega na tym, że czasami u fryzjera też się dzieje źle.

Powiem coś.
Przepraszam, ale ja bardzo nie lubię chodzić do fryzjera. Nazwijcie to traumą, złym wybraniem salonów, nieodpowiednim wyczuciem albo dziwactwem, ale nie ufam tym ludziom, bo tyle razy zawiedli to moje zaufanie, że byłabym głupia, gdybym nie podchodziła do nich sceptycznie. To trochę jak z wracaniem do tego samego byłego non stop, chociaż dobrze wiesz, że nie jesteście dla siebie przeznaczeni, bo ciągle potykasz się o jego kulki ze skarpetek i wkurzasz na pozostawiane kubki: nie możesz liczyć na to, że jak za piątym razem obiecuje, że teraz będzie inaczej, to serio się zmieni.
Nigdy się nie zmienia. Tak jak fryzjerzy.

NAIWNIAK

Czasami jednak zachowuję się jak totalny naiwniak i znów pędzę do fryzjera, bo przecież nie chcę, żeby moje włosy przejęły władzę nad światem. Za każdym razem przed taką wizytą drukuję zdjęcia super ładnych gwiazd (bo przecież chcę wyglądać jak one i tym razem NA PEWNO zmienię styl), szykuję się 30 minut wcześniej i z poczucia obowiązku rozczesuję włosy tak, że da się po nich ślizgać, bo wiem, że nie chcę narażać fryzjerki na traumę w postaci utkniętego grzebienia. Idę i myślę: tym razem będzie inaczej! Spotka mnie zupełnie coś innego!

A potem i tak wszystko się kończy w któryś z tych sposobów:

1. PROSZĘ UCIĄĆ CENTYMETR

Siadam, proszę o podcięcie grzywki i boków. Fryzjerka patrzy na mnie osądzającym wzrokiem (zawsze to robią) i zaczyna:
– Muszę pani podciąć końcówki – mówi do mnie Pani Fryzjerka – bo nie mogę patrzeć.
– Ale ja nie chcę – odpowiadam spokojnie.
– Pani da, bo takie zniszczone, że mnie coś trafia.
– Nie chcę, zapuszczam.
– Pani da, szczerze mówię. Centymetr tylko utnę.
– Centymetr?
– Centymetr.
– Ale na pewno centymetr?
– Tak, na pewno, pani nawet nie zauważy.
– 10 milimetrów? Obiecuje pani?
– Obiecuję.
– To niech pani tnie. Ale centymetr.
– Dobrze – mówi Pani Fryzjerka z sadystycznym uśmiechem i obcina piętnaście.

I już nawet nie chodzi o to, czy włosy są zniszczone, czy nie, czy potrzebowały cięcia, czy nie – ale skoro się upewniam, że naprawdę JEDEN CENTYMETR, to chciałabym, żeby to był jeden centymetr, nawet, jeśli to irracjonalne, głupie i dziecinne („bo ja chcę długie włosy”). Jak mam komuś dawać do zmiany swój wygląd, skoro nie mogę mu zaufać? Co innego, kiedy fryzjer cię przekonuje, że trzeba, podaje argumenty, a ty się zgadzasz. Ja się nie zgadzam, a ona i tak tnie po swojemu – czyli analogicznie, jak wybiorę blond farbę, to skąd mam wiedzieć, czy nie pofarbuje mnie na rudo?

To powinna być moja decyzja, ale fryzjerki wydają się być specjalnie mylić miarki – jeden centymetr z piętnastoma, dwa z trzydziestoma – w końcu co to za różnica, nie? Odrośnie.

Za rok. Ale to taki szczególik.

2. TO MOŻE STYLIZACJA?

To jedno z moich ulubionych: pani kończy mnie podcinać, patrzy na mnie i proponuje, że mnie wystylizuje. Zaczyna magiczny taniec, polegający na podpinaniu prostownicy i jej odłączaniu (bo kabel zaczepił się o ruchomy stoliczek), szukaniu odpowiedniego grzebienia, patrzenia w lustro, odebrania telefonu, zagadania koleżanki, spytania o coś klientki, która czeka z papierkami czy czymś tam na głowie i wreszcie sięgnięcia po magiczny żel. Potem jest standardowo: pięć machnięć prostownicą, sześć artystycznych mazów żelem czy czymś tam po włosach, psik psik lakierem, ekspresyjne przeczesanie włosów, nałożenie czegoś na końcówki i voila! Gotowe!

Patrzę w lustro i widzę, że wyglądam pięć razy gorzej niż przed. Włosy mi oklapły, są proste jak druty i zwisające smętnie jakbym stylizowała się na Karynę paradującą dumnie przy Sebiksie (jak nie wiecie o co chodzi, to musicie to wygooglować). Pięknie. Stylizacja jak w roku 2000 – Britney Spears, JoJo i te sprawy, brakuje mi tylko krótkiej bluzki nałożonej na taką z długim rękawem i kabaretek na nogach.

Pozdrawiam. Marta a’la gwiazda teledysku z czasów, kiedy byliśmy jeszcze młodzi i chodziliśmy do podstawówki.

3.  I JAK?

I te poważne pytanie, kiedy fryzjerka już kończy się nade mną pastwić: i jak? Patrzę w lustro z podnieceniem, oczekując efektu wow, fajerwerków tego, że nagle z jakiegoś powodu moje odbicie będzie przypominało Angelinę Jolie, ale tak nie jest. Nigdy. Widzę za to, że wyglądam gorzej, niż przed (a przed przecież przypominałam to coś z długimi włosami z rodziny Addamsów). Chce mi się płakać, ale przecież jestem silną, niezależną kobietą, więc zbieram się w sobie, dziękuję, płacę i biegnę do domu popłakać w samotności.

Całe jednak szczęście, że na to „i jak?” jest magiczny sposób – wystarczy umyć po fryzjerze włosy i już wyglądają tak, jak powinny. Dzięki Bogu.

TO RÓB SOBIE SAMA!

I ktoś może powiedzieć: jak ci nie pasuje, to ścinaj się sama!
Problem polega na tym, ze gdybym to zrobiła, najprawdopodobniej skończyłoby się na fryzurze od garnka, którą połowa z nas nosiła w przedszkolu – więc może lepiej nie, dziękuję. Postoję.
A potem znów umówię się do fryzjera.

Ten tekst nie jest poważny, a zbieżność wydarzeń, opisów i zjawisk nie oznacza, że opisałam akurat twoją fryzjerkę. Chociaż – kto wie? Następnym razem zobacz, czy też nawala ci żel na włosy – jak tak, to ją pozdrów ode mnie.
  • Ja też nie przepadam za fryzjerkami, ale dlatego, że one ciągle coś ode mnie chcą. A to co robiłam, a to pogoda brzydka i co Pani sądzi, a to czy słyszałam o najnowszych ploteczkach. Nie, nie, nie. Kobieto nie odzywaj się do mnie! Zrób co masz zrobić i koniec! Chyba że sama będę potrzebowała porozmawiać z kimś lub wyrazić opinię na jakiś temat. 😉

    • Ja nigdy nie wiem o czym rozmawiać i się zawstydzam. 😀

  • Skąd ja to znam? Na moje szczęście ostatnio trafiłam na kogoś kto mnie zadowala. Nie ma to jak fryzjer – FACET! Pozdrawiam! 🙂

    • Raz byłam i opitolił mi włosy do ramion (a w sumie bliżej ucha). 🙁

      • Wściekłabym się! U fryzjera powinna obowiązywać zasada : NASZ KLIENT, NASZ PAN! Ale z drugiej strony. Nie broniąc ich! Gdybym była fryzjerką i zobaczyłabym, że dziewczyna ma zniszczone końcówki to pewnie też bym jej chciała obciąć… Gdyby później wyszła z salonu i ktoś ze znajomych zauważyłby, że była u fryzjera, a ma zniszczone końce to na pewno zapytałby się u kogo była. Wtedy to już źle świadczy o fryzjerce… Ludzie, by pewnie nie patrzyli na to, że fryzjerka obcięła włosy tyle ile ktoś sobie zażyczył, ale że włosy dalej są zniszczone, a fryzjerka nic z nimi nie zrobiła ;/

        • ale w takim wypadku fryzjerka chyba i tak powinna zapytać, czy tego sobie klient życzy, a nie mówić, że utnie 1 centymetr, a ścinać 15. bez jaj.

          • Jasne, że tak. Powinna zachęcić klientkę do ścięcia i dobrać jej taką fryzurę, żeby się w niej dobrze czuła.

  • Magduska

    Taaak 😀 I właśnie dlatego sama wczoraj ścięłam grzywkę, efekt lepszy niż ostatnio u fryzjera 😛 (trochę było strachu przy cieciu 60 cm włosów a jednak wyszło 😀 )

    • Ja chciałabym sama, ale robię to tak krzywo, że… 😀

      • no i nie umiem ich przerzedzić, a to też mi fryzjerka robi

        • Magduska

          To akurat udało się zrobić dzięki stępionym nożyczkom 😛

  • Ostatnio się pokusiłam na darmowe cięcie u praktykantki, chciałam przecież podciąć tylko na prosto tak do 10 cm..ścięła 20, a na ile to było prosto, to też kwestia dyskusyjna.. Cóż, minęły dwa tygodnie, ciut mi już odrosły, końcówki znowu wyglądają po swojemu i już nie zwracają uwagi tym, że są bardziej linią łamaną niż prostą..Pozostaje tylko się modlić, by szybko odrosły chociaż trochę i nosić związane w węzeł.

    • trzymam kciuki za rośnięcie, mnie tak serduszko bolało, jak mi ścięła 🙁

  • Gabriela Żuk

    Marta pod Twoim postem może się podpisać chyba 90% kobiet, o ile nie wszystkie. Ja zapuszczam włosy od kilku lat, o czym nie omieszkają mi przypomnieć znajomi (w tym faceci! – skąd oni pamiętają moje deklaracje sprzed 5 lat, że „zapuszczam”?) i zapuścić nie mogę. Teraz jest trochę lepiej, zmieniłam środowisko – a co za tym idzie: wodę. Stosuję OMO – odżywka-mycie-odżywka i w końcu nie mam ochoty puścić pawia jak dotykam moje włosy. 😛 Przepraszam za kolokwializm.

    A nowa-obecna fryzjerka i tak słysząc: „chciałabym podciąć końcówki jakiś 1 cm” obcina ze 3! A przy moich włosach do ramion i zapuszczaniu od 2010 (o matko!) to tragedyja.

    Łączę się w bólu i ściskam!

    • no właśnie, też chodzi o to, że to jest moja czy twoja decyzja, ile chce podciąć. Nie mówię jej: proszę podciąć tak, jak wg pani jest dobrze, tylko: proszę podciąć x centymetrów.

  • Kasia

    ja ostatnio poszłam do fenomenalnej podobno fryzjerki, chciałam wycieniować włosy bez mycia bo umyłam w domu i bez modelowania, żeby było taniej szybciej i żebym wychodząc od fryzjera widziała jak wyglądam bez modelowania. nie dość, że fryzjerka MUSIAŁA mi umyć głowę to jeszcze wyciela mi grzywkę na 2 cm i sterczała jak głupia to jeszcze skończyło się na modelowaniu bo bez teho wyglądałam fatalnie. skasowała 70 złotych gdzie w mojej okolicy fryzjerzy biorą za takie coś max 30, więcej się nie zobaczymy… wizjonerka od siedmiu boleści:/

    • o, dlatego jak już chodzę, to do mniejszych salonów, bo te większe robią jakieś dziwne cuda ĘĄ na głowie!

  • Uśmiałam się, czytając. Ale jest to śmiech przez łzy, bo właśnie tak wygląda każda moja wizyta u fryzjera( dowolnego) Strach przed pójściem do fryzjera jest chyba jedną z bardziej powszechnych fobii.

    Życzę Ci, żebyś w końcu trafiła na Tego Jedynego Fryzjera!
    Pozdrawiam 😉

  • Dlatego właśnie ja, mimo że już ponad dwa lata mieszkam w Warszawie, jestem wierna mojej fryzjerce z Krakowa. Tylko jej ufam i wiem, że centymetr to będzie centymetr i że nie uprze się na to, że moje włosy jednak trzeba wymodelować. Największą traumę przeżyłam w dzieciństwie, kiedy fryzjerka miała mi podciąć grzywkę tylko odrobinę a z salonu wyszłam wyglądając, jak z filmu Głupi i Głupszy… 🙂 Od tamtej pory nikomu nie pozwalałam dotykać mojej grzywki aż właśnie trafiłam na obecną fryzjerkę. To chyba właśnie kolejny powód tego, dlaczego jestem jej tak wierna. Potrafi zdziałać cuda z moją grzywką, praktycznie jej nie podcinając a tylko minimalnie wyrównując. Życzę Ci, żebyś kiedyś też trafiła na fryzjera, któremu będziesz mogła pozostać wierna 🙂
    A tak przy okazji – zapraszam do nas po odbiór nominacji do Liebster Blog Awards :):)
    Kinga

    • Ja ogolnie zwykłe cięcia robię też u tej zaufanej, ale tego dnia jak ścięła mi więcej niz obiecala, to się zdenerwowałam. O ile przy cieniowaniu jej ufam, o tyle przy skracaniu już nie ;/

  • Kelpia

    Ja na szczęście mogę sobie pozwolić na cięcie samemu – mam falowane włosy i nie musi być idealnie. Kupiłam przez internet nożyczki fryzjerskie i żadnego salonu nie odwiedziłam od ponad 3 lat 🙂

  • Jak miałam długie to podcinałam sama – rozczesałam i pod pachą przełożyłam i ciach ciach, zrobione, grzywka – fajt fajt i podcięta. Teraz mam krótkie i podcina mi fryzjerka, ale moja kurat na oczy widziała linijkę 😀

  • Widzę, ze mamy dużo wspólnego z tą fryzjerką. Może chodzimy do tej samej?
    Ale tak poważnie, to mam uraz do fryzjerki od dzieciństwa, bo to wtedy mama mnie wysyłała samą (bo zakład mieliśmy po sąsiedzku), żebym podcięła włosy, bo nie lubiła jak miałam długie.
    A ja zawsze chciałam (może nawet na przekór mamie) zapuszczać włosy. I gdy siadałam na fotelu, to prosiłam zawsze o minimalne podcięcie, a wracałam z całkiem krótką fryzurą. Nienawidziłam chodzić do fryzjerki i ten uraz został mi do dziś.
    I gdy i dziś wstaję z fotela i oglądam fryzurę, to nie pałam entuzjazmem.
    Twój wpis w wielu momentach opisuje też mnie i moje zmagania z fryzjerką 🙂

  • Katarzyna Patrycja Piotrowska

    Byłam u fryzjerki, która spaliła mi kiedyś włosy podczas farbowania. Siano no głowie miałam przez mega długi czas (włosy wolno mi rosną). Potem poszłam do profesjonalnego stylisty, który podobno czesał znane osoby. Wyszłam oskubana jak kura z grzywka o długości 1 cm. Teraz od kilku lat chodzę do mojej fryzjerki. Generalnie jest ok gdyby nie uwagi „a czemu ty cały czas prostujesz te włosy i je niszczysz?”. Pech chciał, że nie używam żadnego urządzenia a moje włosy są mega podatne na zniszczenia :(. Nie dociera do niej, ale te uwagi jestem w stanie przeżyć na koszt ładnie ściętych włosów.

  • Hm, w sobotę miałam iść do fryzjera… Chyba muszę to jeszcze poważnie przemyśleć. 😀

  • Haha, to ja jestem szczęściara. Po przeprowadzce bałam sie iść do jakiegokolwiek salonu, bo nie wiedziałam, czy fryzjer sie na mnie z siekiera nie rzuci, żeby łba nie odrąbać (tylko koncoweczki). Przy wizycie konsultacyjnej pierwszy raz w życiu usłyszałam słowa „jak zapuszczasz włosy, nie ma potrzeby ścinać, bo są w dobrym stanie”. czasem mam wrażenie, ze fryzjerzy chcą podcinać „bo tak sie robi”

    • I jeszcze stylizacja – stylizacja, to stylizacja. A nie odbębnione „modelowanie na szczotkę”…

  • Zapuszczanie włosów to syzyfowa praca 😉 Ale jeszcze gorzej jest z farbowaniem – dlaczego żadna fryzjerka nie może zaakceptować faktu, że chcę zimny, wręcz szary blond? Obojętnie ile razy bym tego nie powtórzyła – i tak wychodzę ze złocistym. A po pierwszym myciu w domu jest już po prostu żółty.

  • Oj ja nigdy nie lubiłam fryzjerów. Jak byłam mała to zawsze uciekałam z fotela u fryzjera i dentysty. 😀
    Ostatnim razem jak byłam u fryzjera podciąć włosy to pilnowałam ile włosów mi ścina, fryzjerka mówiła, że tylko centymetr a jak już się przymierzała do ścięcia to chciała ściąć co najmniej 10 ale w porę zareagowałam i ścięła tylko tyle ile chciałam. A kilka miesięcy temu wstałam sobie rano, spojrzałam w lustro i doszłam do wniosku, że mam dość długich włosów, wzięłam nożyczki i sama sobie obcięłam. Wyszło w miarę prosto, wystarczyło troszkę wyrównać i obyło się bez fryzjera, chociaż następnym razem już raczej nie będę spontanicznie skracać włosów o ponad połowę 🙂

  • http://mmmbooksmovies.blogspot

    Znajomo brzmi 😉 świetnie piszesz

  • Wyszłam tylko jeden jedyny raz zadowolona od fryzjera, za zwykłe ścięcie włosów wydałam 70zł, co dla mnie było ceną kosminczą, i jak zapytałam o to co mogła bym użyć na moje kłaki fryzjer mi powiedział, że za poradę to 30zł bierze dodatkowo, to spasowałam, ale byłam tak zadowolona, że hej, był to FRYZJER, nie fryzjerka, i no przyrzekam, że teraz się też tam wybiore, trudno 70 zł wypłaczę ale pójdę. 🙂 bo pan zrobił mi dosłownie taką fryzurę jak chciałam!

    blog klik

  • Marlena

    http://www.boredpanda.com/great-gift-ideas-for-cat-lovers/?utm_source=facebook&utm_medium=link&utm_campaign=BPFacebook jak wpadłam na tą stronkę to od razu pomyślałam o Tobie !! 😀 PS: Pomysły na prezenty dla miłośników kotów 😛

  • Marek

    Niszczycie mój stereotyp dziewczyny :(( Myślałem, że wszystkie kobiety uwielbiają fryzjerów. Lubią jak ktoś „robi coś” z ich włosami. Ale niespodzianka. Pozdrawiam wszystkich

    • Beata S.

      ale ścina nie „po uszy” się do tego „coś” nie zalicza 😉

  • Oj, a ja kocham chodzić do fryzjera 🙂 Ale może to dlatego, że mam naprawdę dobrą fryzjerkę, chodzę do niej od jakiś 10 lat (czesała mnie na wszystko, razem ze studniówką). Zna mnie, moje włosy, doskonale wie, w czym mi jest dobrze itd. A jak przychodzi do obcinania końcówek, to zawsze mówię, żeby cięła tyle ile trzeba i nigdy nie ucięła za dużo. No i fryzury robi magiczne.
    Myślę, że to jest naprawdę kwestia trafienia na naprawdę dobrą fryzjerkę – a wiadomo, że nie każda która wykonuje swój zawód, taka jest.

  • Karolina Sołtys

    Mieszkam w Holandii juz ponad 3 lata i nie chodze to do fryzjera bo :1 szkoda mi tyle pieniedzy (mam dlugie wlosy),2: boje sie im dac moje wlosy w ich rece.
    Do fryzjera nie chodzilam dobre kilkanascie lat , bo nie bylo po co , a jako nastolatka lubilam sobie poeksperymentować . Gdy sie w koncu przemoglam poszlam do fryzjerki mojej mamy , ta zrobila mi pasemka , a pomocnica skonczyla.Nie bylam z tego faktu zadowolona , bo przeciez umowilam sie do „szefowej” , no ale wyszlam zadowolona.Nastepnym razem zapisalam sie do „szefowej” i co ? Dalam mnie dla tej uczennicy ,ktora spalila mi wlosy, nie mogla mi ich nawet rozczesac , ogolna tragedia . Wiecej mnie juz tam nie zobaczyly 😉 Teraz chodze do fryzjera raz na rok , czasem pol roku . Wkoncu znalazlam fryzjerke ktora wie ile to 1 cm i nigdy mnie nie zawiodla, a ja ja polecam i jestem jej wierna :))

  • Znam ból… ja dopiero w wieku 28 lat znalazłam tego jedynego… albo jedną Panią Fryzjerkę. Ale jak mi spartoli fryz weselny to będzie trauma do końca życia 😛

  • Przy okazji, bo widzę, że jest tu masa komentarzy nt. praktykantek. Klient ma prawo się nie zgodzić na czesanie/obcinanie przez praktykantki! One są po to żeby się uczyć, a my możemy nie wyrazić zgody, by uczyły się na nas.

    • A mi się trafiła ostatnio super praktykantka, co prawda trochę się bałam jak mój fryzjer powiedział, że to ona mi wysuszy i wyprostuje włosy (kiedyś już byłam przypalona prostownicą). Dziewczyna spisała się wspaniale, nawet pokuszę się o napisanie, że bardziej podobało mi się jak ona to zrobiła niż jej szef 😉
      Ale obciąć włosów komuś uczącemu się zawodu to już bym nie pozwoliła.

  • Raz w życiu wyszłam niezadowolona od fryzjera, w gimnazjum. Czyli od jakichś 7 lat odwiedzam fryzjera raz-dwa razy do roku (dobra, od ostatnich dwóch trzy :D) i zawsze wychodzę zadowolona. Trafiłam na dziewczynę, która dwa razy w tygodniu tnie za dwie dyszki, zawsze jej żal jak każę ciąć więcej niż 5cm, pyta, czy może użyć prostownicy, nie poparzyła mi głowy prysznicem… szok i niedowierzanie, co? 🙂 z mojego doświadczenia wynika, że warto dać szansę małym salonikom, no ale trzeba szukać, szukać, szukać… 🙂

  • Ja dopiero rok temu trafiłam na fajną fryzjerkę, niestety mogę korzystać z jej usług tylko jak jestem w rodzinnej miejscowości, a ostatnio niestety rzadko mogę tam być. Ale zawsze bałam się wizyt u fryzjera, dokładnie wiem o cym mówisz. Ostatnio jedna wysuszyła mi na wiór włosy pasemkami (według niej to był jedyny sposób na schodzenie do mojego naturalnego blondu) i kiedy po kilku miesiącach poszłam do mojej fryzjerki z zamiarem dalszego farbowania, powiedziała, że włosy są tak zniszczone że nie da rady i ratowała mnie olaplexem, miałam przyjść po pół roku pięlegnowania włosów, żeby można było obciąć mnie na normalną fryzurę i pofarbować… Niestety nie mogę bo nie dane mi jest tam być przez najbliższych kilka miesięcy i znowu musze skorzystać z usług innej bo moje włosy kiepsko dają się ratować. Chcę ściąć bardzo dużo i znowu strasznie się boję…

  • Sylwia

    Jedna jedyna fryzjerka, której ufam to moja koleżanka 😛 Skończyła szkołę fryzjerską i jest świetna w tym, co robi 🙂

  • Wybacz, rozumiem, że to życiowa trauma, ale mega się uśmiałam jak to czytałam 😀 Fryzjerzy to trochę sadyści 😀 Ja ostatnio dostałam ostry…no, reprymendę i trochę się teraz boję kolejnej wizyty. O dziwo podziałało i regularnie używam odżywki 😀

  • Agata

    Sprawa z włosami wygląda tak samo jak z odchudzaniem. Jeśli chcesz schudnąć paradoksalnie musisz jeść. Jeśli chcesz aby włosy urosły musisz od czasu do czasu poświęcić te nieszczęsne 2-3cm. Już pomijam fakt, że rozdwojone końcówki wyglądają po prostu nieestetyczne, bo to kwestia gustu. W takie postrzępione końcówki nie mają jak wniknąć te wszystkie drogie odżywki, bo po prostu nie mają do tego warunków. Tak samo jak wygłodzone ciało nie będzie nigdy szczupłe i wysportowane, tak samo włosy zaniedbane u podstaw nie będą nigdy zdrowe i długie 🙂 Mam nadzieję Marta, że cię przekonałam 🙂 Aha i nie jestem żadną z tych szalonych fryzjerek 😀

  • Moją najlepszą wizytą u fryzjera była właśnie taka, kiedy pani chlasnęła moje włosy za krótko. Miałam je wtedy, w różnych układach, od ramion po linię szczęki. Chciałam coś z tym zrobić, bo stroszyły się okrutnie. Pani coś porobiła i zanim się zorientowałam miałam równą linię przy linii szczęki. A że mam pełną twarz, to wyglądałam jeszcze pełniej. Horror. Mówię jej co o tym myślę a kobiecinka czerwona i że źle zrozumiała. Ok, rozumiem. Ale ja tak chodzić nie mogę. Psy będą do mnie w nocy wyły, bo z księżycem pomylą. Po tym porównaniu niewielki uśmiech na twarzy pani fryzjerki się pojawił i podsunęła gazetkę, że może coś z tym zrobimy. I od fryzjera wyszłam z krótkimi włosami, z podgolonym bokiem, zadziorną i mocno wycieniowaną grzywką. I teraz cały czas już do niej chodzę, bo okrutnie się przy mnie pilnuje, żeby znów do nieporozumienia nie doszło.

  • Ja od wieków nie byłam u fryzjera. Kilka razy wykorzystałam siostrę i wyszło całkiem nieźle. Jeżeli chodzi o fryzjerów to straszna ze mnie sknera- trochę szkoda mi wydać 50-60 zł za niewielkie podcięcie a z drugiej strony boję się pójść do taniego fryzjera w Krakowie. Byłam raz i to było straszne.

  • Madzia Migoń

    Ja na fryzjera mam jeden sposób: zawsze przy gadce że trzeba podciąć itp mówię coś w stylu: Ok niech pani tnie ale ja płacę tylko za to o co proszę, jak pani to pasuje to ok. I zawsze jest tak samo: Nie no jak Pani nie chce to ja na siłę cięła nie będę. Ale ostatnio końcówki podcinałam sama chociaż wczoraj już nie wytrzymałam i moje włosy do pasa ścięłam, a raczej ściął mi je mój narzeczony. I powiem szczerze, że zrobił to lepiej niż zawodowy fryzjer 🙂

  • Całkowicie rozumiem Twój strach. Mi włosy podcinała zazwyczaj mama. U fryzjera byłam dwa razy w życiu. I nigdy to co robił mi z włosami ktoś inny mi się nie spodobało. Bo nie. Mama zawsze obcinała zbyt dużo, bo moje włosy się szybko niszczyły. Fryzjerka samym uczesaniem i umyciem włosów sprawiła, że wyglądałam jakbym była ruda. No nie da rady.
    Dlatego przestałam oddawać włosy komuś innemu. Myję je sama, odżywiam je sama. I tnę też sama. I bałam się okropnie za pierwszymi kilkoma razami. Ale wiesz co? Nie ma czego. Po pierwsze, widzisz ile obcinasz. Sama potrafisz zdecydować czy tyle chcesz czy mniej, czy więcej.
    Po drugie – to proste. Jasne, nie będzie tak fajnie jak u fryzjera, z rozpuszczonymi włosami, ale!
    Potrzebujesz czterech gumek do włosów, grzebienia i nożyczek, które przeznaczysz tylko i wyłącznie do włosów. Mogą to być zwykłe nożyczki, tylko takie nowe, którymi nie tniesz nic innego. Po to żeby były ostre.
    Grzebieniem robisz przedziałek. Po zdjęciach wnioskuję, że raczej nosisz go na środku głowy – to Ci znacznie ułatwia sprawę.
    Włosy związujesz w dwa, bardzo ciasne kucyki zaraz przy szyi. Rozczesujesz kucyk porządnie i zawiązujesz na nim kolejną gumkę – na tej wysokości na której chcesz włosy ściąć. A potem delikatnie, powolutku nożyczkami sobie włosy poniżej tej gumki odcinasz. Jak jest krzywo – poprawiasz, żeby były równe. Jak stwierdzisz, że jest już wystarczająco równo – ściągasz gumkę i powtarzasz to samo z drugiej strony kucyka.
    Druga opcja, która pozwala na cieniowanie włosów – wszystkie włosy zbierasz w ciasnym kucyku na środku czoła. Reszta kroków analogiczna, włosy są w tym kucyku różnych długości, więc jedno cięcie załatwia cieniowanie.
    Jesteś kobietą obytą w nowoczesnych mediach – poszukaj filmów na youtubie, gdzie dziewczyny pokazują jak to zrobić krok po kroku. 😉 Nie ma się czego bać, najgorsze co możesz zrobić to krzywo ściąć.

    Ja od siebie polecam jeszcze cięcie „na prosto” za pomocą maszynki. Robi cuda dla końcówek. 😉

  • Całe szczęście, że mam jedną jedyną zaufaną fryzjerkę, w sumie to moja ciocia, mam za darmo, kupuję przez jej zakład kosmetyki, bo ma rabaty w hurtowniach i nigdy nie obcięła mnie inaczej niż bym tego chciała 😉

  • Blog To Wake Up Baby

    Ja się nigdy nie potrafię zrelaksować u fryzjera.. a jak już mam iść obciąć włosy to w ogóle jestem przerażona 😛

  • Kaśka Fronc

    Miałam to samo 😛 Chyba przerabiałam każdy koszmarny scenariusz fryzjerski. Grunt to znaleźć serio dobry salon, ja jeżdżę teraz specjalnie na drugi koniec Warszawy (do Studio Tamka). Jeszcze zdarzają się dobrzy fryzjerzy 😉