Zaczęłam spisywać swoje wydatki… i jestem załamana. Akcja oszczędzanie!

Wszyscy wiemy, że pieniądze łatwo odchodzą. Ot, widzisz coś ładnego na wystawie, kupujesz kolejny kilogram ziemniaków, płacisz za bilet na dworcu albo niespodziewanie koledzy z pracy wyciągają cię na wieczorne piwo i już portfel robi się chudszy. Potem przychodzą rachunki, internety, abonamenty i zobowiązania, ale przecież płacisz kartą, więc nie ma problemu. Tu przelew, tam przelew, a ciebie to tak nie boli, bo przecież fizycznie nie widzisz tego,  ile wydajesz.
Dopóki nie wpadniesz na szalony pomysł, żeby to wszystko spisać i stanąć oko w oko z gorzką prawdą.

Mi takie pomysł wpadł ostatnio do głowy.

Zawsze wydawało mi się, że świetnie zarządzam finansami i że jestem osobą rozsądną i w miarę oszczędną. Nie piję przecież codziennie kawy w sieciówkach, staram się kupować w marketach, zazwyczaj robię listę i wydawałoby się, że gdyby urządzono konkurs na Oszczędną Panią Domu, mogłabym spokojnie brać w nim udział. Nigdy nie potrzebowałam pożyczać pieniędzy, zawsze starcza do pierwszego… brzmi jak rozsądne planowanie budżetem, nie?
Tylko, że… no właśnie, wydawało mi się. Odpowiednie słowo. Bo wystarczyło przez chwilę zapisywać wydatki, by zorientować się, że tak blisko mi do oszczędnej osoby jak stałym bywalcom McDonalda do Ani Lewandowskiej.

CO SIĘ DZIEJE, KIEDY ZAPISUJESZ WYDATKI?

Przez miesiąc po zakupach brałam rachunki i uzupełniałam arkusz, w którym do odpowiedniej kolumny i odpowiedniego dnia wpisywałam kwotę, którą wydałam. Na początku wydawało mi się to żmudne, ale już po kilku dniach proszenie o rachunek było normą. Czasami uzupełniałam arkusz po kilku dniach, jednak bardzo tego nie polecam – łatwo można coś przegapić i czegoś nie dopisać.

Dzisiaj zerknęłam na to, co wyszło (kwoty mi się sumowały – jedzenie osobno, rachunki osobno, wydatki na kosmetyki osobno, telefon osobno i tak dalej) i po pierwsze, poczułam się, jakby ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody i to nie w ramach Ice Bucket Challenge, a po drugie – najzwyczajniej w świecie się załamałam. Czy ja serio tyle wydaję? Kiedy? Jak? Co? Jak to możliwe?
Problem z pieniędzmi wygląda tak, że jeśli starcza ci na wszystko, to nawet zbytnio o nich nie myślisz. Dodatkowe wydatki traktujesz jak coś normalnego,  czasami kupujesz coś drożej, bo nie chce ci się zajść dwieście metrów dalej do tańszego sklepu, bywa, że bezmyślnie szastasz kasą na lewo i na prawo, bo jej wydawanie tak nie boli.
Tyle, że nie po to zarabiam, żeby wszystko rozwalać na głupoty.

Jestem za tym, żeby wydawać pieniądze mądrze. Inwestować – w porządku, ale tracić niepotrzebnie pieniądze na coś, co można kupić w sklepie obok taniej? Albo kupować za dużo? To nie ma kompletnie sensu. O ile wydatki w stylu nowego komputera do pracy, kursu instruktorskiego za 1000 lub więcej złotych, zakupu nowej, dobrej lustrzanki, mikrofonu czy pójścia na szkolenie za pół tysiąca nie uważam za marnowanie pieniędzy (to jest INWESTOWANIE w siebie, muszę kiedyś o tym napisać, bo to filar spełniania marzeń i realizowania celów!), o tyle już codzienne zachcianki i głupie wydawanie pieniędzy jest dla mnie po prostu czymś strasznie złym. Po prostu.

WYDAWAŁO MI SIĘ, ŻE…

… że skoro na wszystko starcza, to znaczy, że dobrze zarządzam pieniędzmi. Mądrze. Ale tylko miesiąc prowadzenia arkusza z budżetem uświadomił mi, jak wiele pieniędzy tracę – zwłaszcza na nieprzemyślane zakupy spożywcze, regularne doładowania telefonu i jakieś pierdoły, które kupuję na mieście, nie wiadomo w sumie, dlaczego. Gdybym ten arkusz zobaczyła dwa lata temu, kiedy ledwo starczało mi kasy do końca tygodnia, załamałabym się totalnie. Nagły skok finansowy w naszym życiu spowodował, że trochę odpłynęłam i przestałam wszystko obliczać, bo przecież starcza, no i na dodatek kupuję na promocjach – więc chyba jest okej?

Jestem zdania, że dużo łatwiej się oszczędza, kiedy masz mały budżet.  Nie masz wtedy wyboru: musisz się zmieścić w danej kwocie i chociażby skały się waliły, jakoś sobie z tym poradzić. Kiedy była u nas taka sytuacja, byłam mistrzem oszczędzania: zakupy zawsze robiłam z listą, potrafiłam sprawić, że z pustego i Salomon nalał – serio – i mimo tego, że nie mieliśmy sporo kasy, jakoś zawsze nikt nie narzekał. Kiedy masz duży budżet, zaczynasz nie tyle mniej szanować pieniądze, co po prostu traktować je trochę bardziej lekceważąco.
A to źle.

AKCJA OSZCZĘDZANIE

Chciałam zachować tą akcję dla siebie, ale pomyślałam sobie, że może kogoś też to zmotywuje?

Zaczynam normalnie traktować swój budżet i zachowywać się rozsądnie! Chciałabym zmniejszyć wydatki na „życiowe” rzeczy i odkładać więcej – chociażby po to, żeby udowodnić sobie, że mogę, ale docelowo – może na jakieś szalone wakacje czy po prostu świadomość, że mam sporo odłożonych pieniędzy na koncie oszczędnościowym. Zaczynam od prostych rzeczy:

  • dalej regularnie prowadzę budżet;
  • żywieniowe zakupy robię raz w tygodniu z LISTĄ, która powstaje na bazie przygotowanego przeze mnie MENU. <– tutaj jeszcze nie wiem, który patent bardziej się sprawdzi: kiedy oszczędzałam, planowałam menu na 3-4 dni i co te parę dni robiłam zakupy, dzięki czemu unikałam sytuacji, w których np. obiad wyszedł na dwa dni i nie musiałam robić trzeciego; mam zamiar przetestować oba sposoby i zorientować się, który jest lepszy;
  • wybieram się do salonu mojego operatora i reguluję wszystkie moje wydatki na telefon. Włączyły mi się jakieś dziwne pakiety, których nie mogę wyłączyć i które ignorowałam, bo przecież zjada mi pięć złotych, to co się będę przejmować – NIE. Załatwiam to i płacę za komórkę mniej;
  • nie kupuję więcej cholernej wody na siłowni, gdzie kosztuje trzy razy tyle, co normalnie (oraz innych produktów w różnych sklepach, tym bardziej, że pod domem mam tanią sieciówkę marketów);
  • nie płacę wszędzie zbliżeniowo kartą, bo to mnie gubi. NOSZĘ PRZY SOBIE GOTÓWKĘ.
  • ustalam limity – na jedzenie w tygodniu tyle, na kosmetyki tyle, na coś tam tyle. To mi bardzo pomagało w cięższych czasach i myślę, że sprawdzi się też teraz.
  • nie kupuję pod wpływem emocji, chwili, podniecenia, bo widzę fajną czapkę z kotem i omójbożemuszęjąmiećwtejchwiliboumrę. NIE.
  • porównuję ceny;
  • reaktywuję od jutra mój fanpage Student Oszczędza, bo to mnie zmotywuje do przeglądania zniżek!
  • zanim kupię coś w sieci, szukam kodów rabatowych;
  • na uczelni jem tylko z moich lunchboxów;
  • nie chodzę do sklepu głodna (niestety to prawda, że wtedy się więcej kupuje);

Oczywiście nie chodzi o to, aby w życiu cały czas oszczędzać i nie wydawać na przyjemności – coś też trzeba z pracy mieć! Nie wolno wpadać ze skrajności w skrajność. Nie mam teraz zamiaru żyć na suchym chlebie albo wszystkiego sobie odmawiać. Mam jednak wrażenie, że ostatnio nieźle popłynęłam i przyda się chwilowe zaciśnięcie pasa (zwłaszcza, jeśli zamawiam sobie leginsy do biegania za 350 złotych i nie mrugnę nawet okiem).

To co? Akcja oszczędzanie do dzieła!