Trzeba przyznać, że pójście na zakupy to prawdziwa wyprawa, która równać może się tylko z ekspedycją do jakiejś egzotycznej dżungli albo, ewentualnie, polowaniem na bardzo rzadkiego zwierza. Przeciętna kobieta musi do sklepu wejść, rzucić okiem, schować się za wieszakiem, kiedy przypadkiem ujrzy swojego eks ze swoją aktualną miłością, a następnie chwycić ostatnią sztukę obcisłych dżinsów tuż przed tą chudą dziewczyną o rudych włosach, która ma niebywale wredny wyraz twarzy. A potem jeszcze dojść do kasy, wygrzebać ostatnie grosze z portfela i jakoś wrócić do domu.
Niby proste i nieskomplikowane. Niby nawet przyjemne.
Do czasu, kiedy miliard rzeczy nie zacznie cię w tym durnym sklepie wkurzać.


KOBIETA + ZAKUPY = SZCZĘŚCIE?

Wiecie, niby kobiety kochają zakupy i najchętniej całe życie spędziły z wypełnionym po brzegi portfelem przechadzając się po korytarzach galerii handlowych.  Że nie marzą o niczym innym, tylko o braniu pięćdziesięciu tysięcy ubrań na ramię, maszerowaniu do przymierzalni i na siłę wciskaniu się w rurki o rozmiarze XXS. Że robią to godzinami, a mogłyby miesiącami, latami i wiekami. I, że w sumie, to są do tego stworzone.
Problem pojawia się wtedy, kiedy kobieta na zakupy idzie więcej, niż jakieś cztery razy w roku. Bo wtedy zaczyna pewne rzeczy zauważać i odnotowywać.
Na przykład, że wszystkie te cholerne sieciówki są tak tragicznie irytujące.

DŻUNGLA Z WIESZAKAMI

Po pierwsze: w większości sklepów wszystko jest tak durnie poukładane, że tylko złapać się za głowę i przydzwonić nią w przymierzalnię. Nie, nie można zrobić jednego wielkiego działu z butami, co wydawałoby się logiczne: ustawmy po jednej parze butów w różnych miejscach sklepu, bo akurat będą pasowały do wszystkich tych stylizacji, które są tak beznadziejne, jak wyrób czekoladopodobny. I co tam, że ktoś sobie coś wypatrzył w internecie i chciałby po prostu po to wejść, kupić i wyjść: wszędzie rozpierdzielmy wszystko tak naprawdę bez żadnego konkretnego uporządkowania: a tutaj trochę kolorystycznie, tutaj trochę według tego czy to bluzka czy spodnie, a tu po prostu rzućmy wszystko na wieszaki i niech będzie jak jest. I właśnie przez to zakupy zamiast trwać godzinę, trwają pięć. Bo przez cztery szukasz cholernych butów, które widziałaś na stronie internetowej, a przez tą jedną czekasz na wolną przymierzalnię, bo wszystkie są zajęte przez krejzolki z gimnazjum.

KOPIA KOPII 

Nie ma jakiegoś konkretnego ubrania, które chcialaś? Nie martw się, na pewno jest w drugim sklepie, bo ogólnie rzecz biorąc, gdyby ktoś zmieszał te wszystkie ciuchy i rąbnął jedną sieciówkę pod wspólnym szyldem, to mało kto by się zorientował, co jest z czego. W każdym sklepie to samo, ewentualnie w nieco zmodyfikowanych kolorach, coby klientowi pokazać różnicę.
Modne są sandały z rzemykami do uda? Wszędzie królują sandały. Na wybiegach królują kołnierzyki? W każdym ubraniu, nawet w spodniach, dajmy kołnierzyki, bo przecież tych nigdy, cholera za mało. Dzień bez kołnierzyka to dzień stracony, czyż nie?

ALEŻ CENA!

Najbardziej chyba ze wszystkiego śmieszą mnie ceny w niektórych sklepach. Spoglądasz na metkę przy spodniach, całkiem atrakcyjna kwota. Podchodzisz do bluzki obok i widzisz liczbę, za którą jesteś w stanie przeżyć trzy tygodnie. Jedne buty kosztują tyle, że na myśl o takiej kwocie robi ci się duszno i potrzebujesz szklanki wody, patrzysz na drugie – te kolei mogłyby konkurować z ceną kilograma kartofli na rynku. Gdzie jest sens? Jak widzę, że za niektóre szmaty (bo i nie dość, że paskudne jak cholera, to jeszcze jakościowo do niczego) śpiewają sobie trzycyfrową kwotę, to myślę, że coś im się tam na górze nieźle popieprzyło. Albo niektóre wyprzedaże: z 99,99 na 95,99. Wow, naprawdę. Ten spadek ceny kompletnie zmienił moje życie i sprawił, że mój portfel aż prosi, żeby to kupić, bo nie może uwierzyć, że trafił na tak wspaniałą promocję.
                                                                                       Jak widzicie, wróciłam dzisiaj z zakupów 🙂
Powiem Wam, że to jest naprawdę cholernie męczące. Ja dziś próbowałam znaleźć rzeczy, które wcześniej wyszperałam w internecie i to była katorga, serio – tak się dziś nałaziłam, że stopy mi odpadają i muszę KONIECZNIE walnąć się na kanapie i pooglądać jakiś serial, bo przecież trzeba odpocząć, prawda? Prawda 🙂
A Was coś wkurza na zakupach? Piszcie, piszcie, może jest jeszcze coś, co podnosi ciśnienie i obniża cukier we krwi. No i sprawia, że masz ochotę walnąć kogoś torebką w łeb. 

Przeczytaj także:

  • Ewa

    Nienawidzę zakupów – za wyjątkiem książkowych. Albo takich, które nie wymagają przymierzania (torebki, szaliki, okulary p/słoneczne – aczkolwiek i tak zwykle żal mi kasy). Jestem też typem osoby „Po co mi kolejny sweterek, skoro mam już jeden? Nie potrzebuję przecież kolejnego T-shirtu z nadrukiem!”, etc. O bałaganie przyprawiającym mnie o ból głowy, szmatkach do kurzu użytych jako materiał na kolejną bluzkę o beznadziejnym fasonie i dziesięciokrotnie zawiniętych kolejkach do przymierzalni nie wspomnę.
    Gdy znajdziesz coś w necie – polecam zrobić zdjęcie i od razu po wejściu do sklepu uprowadzić wolną ekspedientkę, aby do rączek podała nam odpowiednią rzecz w naszym rozmiarze 😉 ewentualnie powiedziała, że „To już <> ze sklepu”, co oszczędzi nam kupę czasu 🙂

    • Ewa

      w miejscu <> miało być „wyszło” w cudzysłowie, ale jak widać, coś nie wyszło 😛

  • Cytując Niemena: „mam tak samo jak Ty..”. A najbardziej irytujący ze wszystkich tych sklepów jest H&M. Bo tam jest wszystko tak logicznie ułożone jak zadania na próbnych testach z matematyki. (A z tą z kolei męczę się już kolejny rok, a końca nie widać.)

    I bez krejzolek z gimnazjum proszę, w końcu nie wszystkie nastolatki są popieprzone! 😀

  • Najgorsze w sieciówkach jest ogólne ‚rozwalenie’ubrań po całym sklepie i nie chodzi mi o to, że jedne buty są tam a drugie gdzie indziej, ale o to że ekspedientki/sprzedawczynie o te ubrania nie dbają. Co z tego, że dana bluzka leży na podłodze i jest np. deptana przez rozszalały tłum?

  • Karola

    Tłumy, nie znoszę tłumów w sieciówkach.
    A w mniejszych butikach sprzedawców „czy-mogę-w-czymś-pomóc”. Pewnie, proszę za mnie przymierzyć, a jak Pani zapłaci to na pewno tu wrócę…

    • panie „czy-mogę-w-czymś-pomóc” najgorsze są w drogerii Hebe. Wiadomo, w drogerii czasami przydaje się pomoc w wyborze czegoś, ale za każdym razem jak tam jestem podchodzą do mnie co najmniej 4 razy, mimo że za każdym razem mówię, że się tylko rozglądam.

  • Zakupy tylko podczas wyprzedazy! Niejednokrotnie lapie sie za glowe kiedy widzę, ze ta super, hiper ultra modna sukienkę moge mieć za 40 zl a nie za 189,99. Da sie? Da! Cena adekwatna do jakosci

  • Ogólnie rzecz biorąc nie przepadam za zakupami, no chyba, że kupuje książki. Co do ubrań – idę jak muszę. Fakt we wszystkich sieciówkach jest mniej więcej to samo. Różnica polega na tym, że w jednych te wszystkie szmatki wiszą ładnie na wieszakach, pomiędzy którymi można swobodnie przejść. A w innych natomiast nie dość, że nie ma jak przejść, to jeszcze te ubrania walają się po podłodze! Poza tym, są sklepy, które przyprawiają o palpitację. Nie z powodu cen, ale tych szmat, za które żąda się niebywałych sum, a które wyglądają gorzej niż te z second handu! A najgorsza jest czasem w tym wszystkim obsługa – jak ich nie trzeba, to co pięć sekund pytają, czy coś pasuje, jak by się ktoś przydał, żeby przynieść inny rozmiar, to znikają jak kamfora i jeszcze na bezczelnego udają, że nie widzą jak na nie patrzysz!
    I bardzo przepraszam, że się uniosłam.

  • Muszę się zgodzić. Zwłaszcza z tym nieuporządkowaniem, wszędzie wszystko, w dodatku w każdym sklepie danej sieciówki inaczej 😉 jak wchodzę do H&Mu to się gubię, nie potrafię tam kupować. Milion rzeczy porozkładanych bez żadnego pomyślunku.

  • Ogólnie to lubię robić zakupy- takie spożywcze, książkowe, gadżetowe, buty też lubię kupować (tylko i wyłącznie w obuwniczym- takie w sieciówkach są dla mnie fatalne jakościowo) ale z całego serca nienawidzę kupować ciuchów to jest gorsze od wybierania zaprawy murarskiej w markecie budowlanym z tatą.

  • ja lubię czasem chodzić na zakupy, raczej jednak dość rzadko mi to się dzieje. Czasem mam ogromną ochotę połazić i już 🙂 A potem ochota odchodzi an dłuższy czas. Ceny w porównaniu do jakości to rzeczywiście kupa po prostu. No i te poukładanie rzeczy też w sumie kijowe. Bo latasz po cąłym, czasem nie malym sklepie,spodoba Ci się 7 rzeczy, po przymierzalni możesz wziąc tylko 3, te 3 źle leżą bo wszędzie są rózne rozmiarówki, więc te okazują się za małe/za duże i tak w kołko. Ale szczerze da sie to wszystko przeżyc pod jednym warunkiem – że będzie spokojnie w sklepach. A nie wszędzie tyle ludzi.
    Ps. mnie najbardziej denerwują napastujące sprzedawczynie, które wręcz wręczają Ci wszystko co się da, a Ty stoisz i nawet nie zdażysz powiedzieć – i tak nie mam pieniędzy

  • Ola

    prawo zakupów – najlepsze rzeczy znajduje się z pustym portfelem. zawsze, gdy mam dużo kasy i idę na zakupy – NIC nie znajduję 🙁

  • Ja nie przepadam za zakupami, ale nie drażnią mnie aż tak sieciówki. Jeśli do nich idę to z pełną świadomością, że jest głupio poukładane i trzeba się trochę nachodzić i naszukać.

  • Mnie najbardziej denerwuje upychanie miliona wieszaków w jednym miejscu, co bardzo utrudnia zobaczenie czegokolwiek. Teraz dużo sklepów, nawet tych trochę droższych, działa wg zasady „wyciągnijmy z magazynów wszystko co mamy, co tam, że nie ma tego gdzie powiesić”. W takich sklepach czuję się jak w bardzo drogim lumpeksie…

    No i jeszcze te ceny z kosmosu, za towar niskiej jakości. Wrrr.

  • To by było piękne, gdyby polegało na chwytaniu ostatniej czy nie ostatniej pary czegokolwiek i maszerowaniu do kasy. Ale nie – to trzeba jeszcze przymierzyć… Do przymierzalni idzie się z naręczem szmat, często takich samych, w tym samym rozmiarze, bo co, jeśli jeden egzemplarz będzie leżał lepiej, niż inny? Trzeba założyć jeden, później drugi ciuch, następnie trzeci, znowu pierwszy – i za każdym razem pytać, jak to leży? jak wygląda? lepiej? gorzej? A przecież wygląda tak samo! Na sam koniec nie ma jak dojść do wniosku, że lepiej się jeszcze porozglądać. W innych sklepach, w których, jak zauważasz, znajdzie się z grubsza to samo.
    To takie obserwacje faceta, który towarzyszy dzielnie na zakupach swojej kobiecie.

  • ja w sieciówkach nie potrafię kupować, mój facet zastanawia się wtedy czy jestem kobietą. najchętniej uciekałabym z wszelkich galerii, to mnie kompletnie nie rajcuje.

  • Mieszkam w małym mieście, gdzie z „modnych” sklepów jest tylko Cropp, House, Mohito i Yups. Kupię tam coś, jak mi się spodoba, ogólnie nie ma dużych tłumów, ale mało miejsca = mało rzeczy. Niestety, większość jest według mnie po prostu brzydka. Chodzę na większe zakupy jakieś 2 razy w roku – koniec lata i gdzieś w zimie. Wtedy idziemy z moją Mamcią do malutkiego sklepiku, gdzie ubrań jest o wiele więcej niż w sieciówkach, są wszystkie rozmiary, ubrania wiekowo od malutkich niemowlaczków przez nastolatki i studentki do starszych pań.
    Nie są to jakieś super modne ubrania, ale trwałe, dobre do prania, często nawet nie trzeba ich prasować, bo się nie mną (sic!), na lata i w sumie ładne i eleganckie 🙂 Sam fakt, że w jednym sklepie możemy się ubrać i ja, i moja Mama dużo znaczy 🙂

  • Mnie też denerwują sieciówki. Nigdy nie wiem, na którym wieszaku ze wszystkim są akurat takie spodnie, jakich potrzebuję. Na zakupy wolę chodzić do sklepów bez nazwy, w których przeważnie jest porządek i nie ma dzikich tłumów. I jakość ciuchów znacznie lepsza za tę samą cenę.

  • dzikie tłumy podczas pierwszego dnia wyprzedaży w Zarze! Ludzie, przecież wtedy obniżają tylko o 30%. Przechodzę obok ZARy codziennie jak idę do pracy i myślę jak tym ludziom się chce czekać w tych kolejkach do przymierzalni! I jak to się dzieje że mają na to czas?

    Jeszcze mnie denerwuje to, że po 50% obniżce majtki z Intimissimi nadal kosztują 35-45 zł. !!!

  • Mnie sieciówki strasznie irytują, tak po prostu. Wchodzisz, a tam tysiące kobitek lata jakby to było nie wiadomo co i te ceny! tak jak mówisz, często gruba przesada. Dlatego też rzadko bywam w galeriach 😉

  • Ja kupuję ubrania tylko na wyprzedażach :/ Ewentualnie jak coś taniego znajdę. Tak to chodzę głównie na lumpy 🙂
    W sieciówkach irytują mnie właśnie ceny. Kurde nie rozumiem jak można żądać 49,99 za jakąś szmatę wykonaną z takiego materiału, że rozwali ci się po pierwszym praniu -.-

  • Nienawidzę kupowania ubrań, nigdy tego nie cierpiałam. Przymierzanie podoba mi się tylko wtedy, jeśli chcę kupić sobie jedną i określoną, upatrzoną rzecz, w stylu glany, kurtka czy męskie spodenki moro. To taki horror dzieciństwa i młodości – rodzina mówiąca ci, że masz iść z nią na zakupy i coś sobie kupić, bo potrzebujesz ;_;
    Co do zmieszania – nikt by się nie zorientował, w każdym sklepie praktycznie to samo, jak chciałam sobie kurtkę dżinsową kupić, to w każdym sklepie jakieś były, bo moda akurat była. Dokładnie, jak coś jest w jednym miejscu, to w każdym innym sklepie też.
    Mnie wkurza jeszcze to, że nigdy nie ma normalnych rozmiarów, bo wszystkie są wykupione, a oczywiście najwięcej sprowadza się XXS, bo ładnie na manekinach wyglądają i na wieszakach fajnie wiszą, zostaje też parę wielkich ciuchów, które chowają się gdzieś smętnie z tyłu.

  • Jestem niewymiarowa i nie cierpię zakupów. Znaczy buty to co innego. Ale i tak zawsze wybieram trampki bo w nich zawsze najlepiej się czuję. Komuś pomóc w zakupach – czemu nie. Ale dla mnie samej to horror xD I mówi to kobieta 😀

  • dlatego polecam zakupy online 🙂
    wszystko poukładane, pełna rozmiarówka, możliwość bezproblemowego zwrotu i co najlepsze: oszczędność czasu i pieniędzy. 🙂

  • Już myślałem, że będzie o biletach miesięcznych, a tu o modzie…

    😉

  • Ja nienawidzę tego, co potocznie nazywamy szopingiem. Dlatego 98% moich zakupów to Internet, z czego 90% – na Allegro 😉 Jeszcze mi się nie zdarzyło, żebym była niezadowolona 🙂
    Zgadzam się, że sieciówki to jakiś koszmar.

  • Ja kupuję tylko przez internet. Do szału mnie doprowadzają galerie. W większości sieciówek są same szmaty. Ściereczki do kurzu mam lepszej jakości. Ani to z jakąś szczególną modą nie zgodne ani ładne ani praktyczne.

  • Och, znam to! Jeszcze w tym tygodniu byłam w galerii i jedyne, co kupiłam to buty – bo po to tylko zmierzałam, na dodatek wzięłam jeszcze bluzkę w Housie i szorty w Cubusie. Szorty i koszulkę kupiłam bez szukania, bo w całej masie tych ubrań to były jedne z pierwszych rzeczy, które zauważyłam. Potem ubzdurałam sobie jeszcze sukienkę, ale… Ale wchodząc do H&M, Stradivariusa, Reserved czy gdzie bądź, doznawałam szoku. No niby są ubrania, ale gdzie…? Wszystko jest tak narzucone na siebie, że przypomina brudne rzeczy wysypane z kosza na pranie, kiedy takowe ma się zamiar robić. Wszystko takie pogniecione i z pewnością nie warte swojej ceny przez samo ‚pierwsze wrażenie’. A, i obsługa? O rany, jak już im płacą za stanie w tych sklepach, to niech przynajmniej dobrze wykonują swoją robotę, albo choćby się uśmiechają i nie obdarzają klientów spojrzeniem typu ‚idź sobie’.

  • A ja nie cierpię zakupów!

  • Ja kiedy idę na zakupy wiem konkretnie co chce kupić i wiem mniej więcej w jakim sklepie to znajdę, wchodzę biorę z półki, nawet nie muszę przymierzać bo doskonale znam swój rozmiar płacę i wychodzę.

    Denerwują mnie natomiast ludzie którzy każdy weekend od rana do wieczora spędzają w jakiejś galerii całe dnie na tzw. zakupach a i tak do domu wracają z niczym lub w każdym sklepie do którego wejdą muszą coś kupić.

  • Punkt ‚Dżungla z wieszakami’ – totalnie się zgadzam! chyba aż opiszę moje wczorajsze wrażenia powyprzedażowe

  • Denerwują mnie ludzie, niestety. Ale nie wszyscy i nie zawsze;) Po prostu ludzie w dużych ilościach, którzy akurat postanowili zrobić zakupy w tym samym terminie co ja;)

  • Prosty sposób na brak frustracji – wizyta w sklepie raz na miesiąc. Wszystko jest wtedy piękne i idealnie uporządkowane.

  • Dlatego nigdy nie chodzę do sieciówek. Dostaje dużo ubrań po starszych kuzynkach, znajomych, ewentualnie przemierzam do ciucholandów, bo tam można czasem coś fajnego upolować. Po za tym chadzam na jarkmaki i giełdę i i tak nie lubiąc się stroić, mam trzydrzwiowa szefa, która się nie domyka od naporu ubrań. Wszystkiego szkoda, choć najbardziej lubię dżinsy T-shirt i sweterek, ewentualnie jakiś polar:D

  • Mnie wkurzają na zakupach ludzie. Pchają się, łypią spode łba, kiedy chwycisz jakąś rzecz… A jeszcze gorszy element takiej zakupowej wyprawy to rozmiarówka. Ostatnio odwiedziłam sklep X, fajne spodnie, kolory jak najbardziej w moim guście… Grzebię, szukam, a przez moje palce przeskakuje raz po raz metka z rozmiarem XXS XS… masakra jakaś:/

  • Co jest nie tak w XXS i XS? To moje rozmiary, na które trafienie jest cudem. Raz w życiu widziałam XXS. RAZ. 85% ubrań w sklepach na mnie nie pasuje 🙁

    • Ja własnie też mam problem, żeby je znaleźć – zwłaszcza na promocjach…. Są M, są L, a XS jak na lekarstwo 🙁

  • I właśnie dlatego się chodzi na zakupy z kimś. Jak przynajmniej czegoś się nie znajdzie, to można świetnie tracić czas na narzekaniu 😀

  • Justyna Niepsuj

    Mnie osobiście wkurza, że wszystkie ubrania są na jedną sylwetkę. Chcesz bez problemu kupić ubrania w sieciówce? Musisz być średniego wzrostu, mieć chude nogi i mały biust. Jak wyglądasz inaczej, no to masz pecha, bo spodnie są krótkie i tak wąskie w nogawkach, że jak już znajdziesz parę, w którą się wciśniesz to musisz się pięć razy obwinąć paskiem, bo w pasie są za duże. Twórcy bluzek koszulowych z kolei nie przewidują możliwości, że dziewczyna może mieć rozmiar stanika większy niż b. Jeśli los dał ci duże cycki, to guziki w KAŻDYM po prostu modu będą ci się rozchodzić. Amen. No a jeśli chodzi o ceny, to na prawdę nie mam nic do tego, że porządne wyroby kosztują dużo. Logicznym dla mnie jest, że skórzane buty będą kosztowały sporo. No ale jak widzę akrylowe swetry za 200zł to bez jaj. Tyle kasy za badziew, w którym tylko się zapocisz i zbiegnie się po pierwszym praniu.

    • Madix

      Świetny komentarz! 🙂 Ja miałam zawsze „ubaw” ze spodniami. Pomijając długość (mam zdolną mamę, zawsze mi skróci tyle, ile potrzebuję), bardzo często spodnie dobre w biodrach… były za luźne w udach, trolololo 😀 Problem z koszulami też znam 😉

      Co do cen, to mnie bardzo drażni, że w sieciówkach cena wcale nie równa się jakość. Czasem kupisz top z fajnej, porządnej bawełny za 20 zł, a czasem za 700 zł proponują Ci eko-skórę… To jakaś masakra, nie ma w tych cenach żadnej logiki :/

  • Karola Pałgan

    Nie cierpię zakupów i na myśl o nich dostaję gorączki. Jak się jest wysoką dziewczyną, z biustem większym niż przeciętny i wąską talią to się okazuje, że w 9/10 sklepach nie da się nic kupić :/ Bo jak spodnie leżą na tyłku jako tako, to w pasie odstają na kilometr. A jak w pasie jest dobrze, na biodrach poprawnie, to się nagle okazuje, że łydki mam za „grube”. O bluzkach to się aż boję wypowiadać – jak mi ktoś znajdzie firmę szyjącą bluzki w biuście XL, a w talii S to zapłacę za nie choćby i tą trzycyfrową kwotę.

    • Grzywcia

      mam tak samo -.-

  • Miałk

    A mnie wkurzają te wszystkie panie ekspedientki co, jak tylko wejdziesz, rwą się do ciebie i „Może w czymś pomóc?”, „Szuka pani jakiegoś konkretnego fasonu?”, a jak im powiesz „Niee, dziękuję, ja tylko oglądam” to mają minę jakbym im ojca zabiła.

  • Madix

    No dokładnie… :/ Sieciówki w teorii usprawiedliwiają wysokie ceny „wysoką jakością” ubrań właściwie po to, by podczas wyprzedaży (i to zazwyczaj wyprzedaży z okazji wejścia nowej kolekcji, kiedy stara kolekcja to nadal są przecież nowe ubrania, mało wymemłane przez klientów, bez wad fabrycznych itp.) obniżyć ceny do tych bazarowych… wniosek odnośnie jakości tak przecenionej odzieży nasuwa się sam, i co gorsza, jak ktoś chodzi po bazarach to łatwo pozna, że część rzeczy sprzedawanych w sieciówkach za astronomiczne kwoty są wykonane z materiałów jeszcze gorszej jakości niż te, z których są zrobione ciuchy sprzedawane na bazarkach…
    Wniosek taki, że płacimy nie za jakość, a za „modę”, „bycie trendy”.

  • Madix

    Niesamowicie zgadzam się z akapitem:
    „KOPIA KOPII
    […] Modne są sandały z rzemykami do uda? Wszędzie królują sandały. Na wybiegach królują kołnierzyki? W każdym ubraniu, nawet w spodniach, dajmy kołnierzyki, bo przecież tych nigdy, cholera za mało. Dzień bez kołnierzyka to dzień stracony, czyż nie?”

    Jak strasznie mnie to denerwuje, to aż szkoda gadać :/ Najgorszym skutkiem jest dla mnie to, że jak wchodzę do sklepu z zamiarem kupienia czegoś bardzo konkretnego (typu krwistoczerwona marynarka), to tego nie dostanę… bo aktualnie modne są marynarki pistacjowe i w kolorze prosiaczkowatym, krwistą czerwień wyprzedaliśmy w poprzednim sezonie i wtedy trzeba było przyjść W prosty sposób robią wtedy z człowieka niewolnika trendów – przychodź na zakupy regularnie i oglądaj nowości, bo zalejemy nimi rynek po to, by go w ciągu kilku miesięcy całkowicie z niego wydrenować (aby mieć szanse na sprzedaż, kiedy wpuścimy ten sam produkt na rynek ponownie w przyszłym roku, w nieco odświeżonej wersji)… arghr…

  • Grzywcia

    Ja mam liste z internetu, podchodzę do obsługi i proszę o znalezienie tego co chce;p