Wyobraź sobie samego siebie w wieku 40 lat.  Dzieci? Pewnie są. Praca? W tych czasach żartem byłoby jej nie mieć – musisz, żeby przeżyć. Zamknij oczy i zastanów się chwilę: jak wygląda twój dzień? Pewnie standardowo: budzik, śniadanie, samochód i do pracy. Potem robota, przerwa, robota, wracasz, dzieci, chwila, obiad, myk i jest już wieczór. Siadasz w fotelu, patrzysz przez okno i… jesteś zadowolony? Sam siebie rozlicz: jak tam twoje marzenia?

John ma 46 lat. Od dwudziestu pracuje jako bankier – bo to taka stabilna praca, przynosząca stałe dochody. Zajmowała mu tyle czasu, że ominął nawet pogrzeb własnego ojca. Niedawno dowiedział się, że jego nastoletnia miłość, ukochana żona, zdradza go od dziesięciu lat. Wrócił do domu i zorientował się, że jego syn – własna krew, te same geny – ma go kompletnie gdzieś. John wreszcie znalazł czas na refleksję. Usiadł i pomyślał: o sobie, o swoich marzeniach, o tym, jaki był jeszcze niedawno – dosłownie dwadzieścia lat temu.
John stwierdził, że nie jest już tym samym człowiekiem. Bo widzicie, tamten młody John umarł.
Nie wytrzymał życia, którym nie chciał żyć.

PRZEGRAĆ ŻYCIE

Jakiś czas temu na jednym z amerykańskich stron wyżej wspomniany John napisał post – o tym, jak zauważył, że całe życie rozleciało mu się na kawałki. O tym, że ostatnie dwie dekady spędził jako zombie – harując na stabilność finansową, która wydawała się cholernie potrzebna. Tyle, że poświęcając się pracy, którą nawet nie lubi, John stracił wszystko, co było ważne: miłość kobiety swojego życia, uczucia syna i marzenia, które porzucił tak samo, jak dziecko w piaskownicy zostawia zabawki.

Wczoraj moja żona przyznała się do zdradzania mnie przez ostatnie 10 lat. 10 lat! Wydaje się, że to dużo czasu, ale nie potrafiłem tego pojąć. To nawet nie zabolało. Powiedziała, że to dlatego, że się zmieniłem, że nie jestem osobą, którą byłem. Co robiłem przez te ostatnie 10 lat? Poza pracą – mogę powiedzieć, że nic. Nie byłem dobrym mężem. Nie byłem MNĄ.

Kim jestem? Co się ze mną stało? Nawet nie poprosiłem o rozwód, nie krzyczałem na nią, nie płakałem. Nie czułem NICZEGO. Teraz, gdy to piszę, czuję łzy. Ale nie dlatego, że żona mnie zdradziła. Dlatego, że zorientowałem się, że umierałem w środku siebie.

Smutne, nie?
A najsmutniejsze jest to, że takich Johnów jest mnóstwo. Setki. Tysiące. Tysiące pojedynczych Johnów, które świadomie zrezygnowało ze swoich marzeń, bo świat im wmówił, że najważniejsza jest cholerna stabilność finansowa i mnóstwo zer na koncie. Którym ktoś wkręcił, że jedyne, co się liczy w życiu to stała praca i spokój. Tyle i aż tyle. Że każdy, porządny, szanujący się John powinien iść na studia – nawet, jeśli nie chce – bo tak być powinno.

NIE BĄDŹ JOHNEM

A potem tak wychodzi. Uczelnie produkują kolejnych Johnów, którzy idą do pracy, której nie chcą, bo muszą wyżywić rodzinę, która przyszła za wcześnie albo za późno. A potem, nagle, zamiast zawierać małżeństwo z kimś, kogo kochają, wkładają pierścionek ślubny własnej pracodawczyni, bo przecież nie mogą zrezygnować z roboty – kto to widział? A kto mnie przyjmie w takim wieku? Kto mnie będzie chciał z brakiem doświadczenia? A jak mi się nie uda w nowej pracy? A jak nowy kierunek studiów też mi się nie spodoba? A jeśli zrezygnuję z tej roboty i zostanę bezrobotny?

Nie chodzi o to, żeby zaraz rzucać pracę, mimo, że ma się rodzinę na utrzymaniu. Nie chodzi o rezygnowanie z etatu – bo bądźmy szczerzy, nie każdy nadaje się do posiadania firmy – nie chodzi też o to, żeby mieć „niezwykły” zawód, bo równie dobrze możesz się spełniać jako pełnoetatowa mama, opiekująca się dzieckiem bądź pani domu, zajmująca się gospodarstwem. Tu w ogóle nie chodzi o zawód, swoją drogą. Chodzi o to, żebyś nie rezygnował z marzeń jak John.

BO…

Przecież John mógł wziąć wolne raz na jakiś czas, żeby pisać swoją powieść. John mógł też poświęcać więcej czasu żonie, zamiast zostawać w pracy w pogoni za awansem. John mógł zrozumieć szybciej, niż po dwudziestu latach, że NIE LUBI swojej pracy.

Jeżeli przez jakiś czas robisz coś, czego nie chcesz, bo musisz –  to w porządku. Czasami ktoś traci pracę, czasami trzeba wykarmić rodzinę, czasami pieniądze są ważniejsze w życiu, niż każdy z nas jest w stanie to przyznać.
Ale jeśli gnijesz w miejscu, którego nie znosisz przez dwadzieścia lat jak John, to robisz to dla własnej wygody.

W głowie Johna snuje się mnóstwo „a jeśli”, bo John woli podążać bezpieczną, uklepaną ścieżką. Żeby rodzice byli zadowoleni, żeby znajomi nie gadali, żeby koleżanki i koledzy nie obgadywali po kątach.

John jest nieszczęśliwy. Chcesz być Johnem?
Bo ja nie.

Muszę coś wyjaśnić. Dużo było już takich postów na blogu, ale nie mogłam się powstrzymać – wpis Johna jest tak przejmujący i łamiący serce, że nie da się tego czytać i przechodzić obok tego obojętnie. Nie da się. Zwłaszcza, kiedy publikujesz dobre kilka miesięcy temu wpis „Mam 20 lat i nie lubię swoich studiów” i dalej dostajesz dziesięć zrozpaczonych maili tygodniowo od ludzi, którzy nie dają sobie psychicznie rady. Którzy nie chcą rano wstać z łóżka, bo boją się iść na uczelnię, a nie mogą zrezygnować, bo rodzice się pogniewają, znajomi zdziwią, a cały świat odepchnie, bo przecież każdy musi mieć studia. Te wiadomości ruszają mnie każdego dnia i sprawiają, że czuję się bezradna, bo chciałabym pomóc, a nie mogę. A co mogę? Napisać wpis. Może jakiś John się obudzi.
Jeżeli ktoś chce przeczytać cały list Johna (po angielsku), znajdzie go tu: klik.