Karolina siedzi. 
Gdzieś w tle słyszy dźwięk przychodzącej wiadomości na facebooku. Powoli sięga po butelkę i bierze duży łyk wina. Krzywi się. Nie lubi tego smaku, ale ma tak parszywy humor, ze żaden inny sposób po poprawienia sobie samopoczucia nie przychodzi jej do głowy. Przechyla się i zero na monitor, chociaż doskonale wie, jaka wiadomość dostala. ‚Sorry. Dzisiaj nie mogę. Może za dwa tygodnie?’ 
Karolina siedzi. I czuje się samotna. 

Nie brzmi znajomo?
Ostatnimi czasy nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ludzie wokół mnie się transformują w bardzo niepokojący sposób – ze stworzeń stadnych zamieniają się w samotne wilki. Takie, które tak są zajęte swoimi sprawami, że stronią od jakiegokolwiek kontaktu i stają się – najzwyczajniej w świecie – dzikie.

SPOTYKANIE JEST PASSE 

Bądźmy szczerzy: w czasach, w których możemy mieć wideorelację live z porodu siostry (dzięki szwagrowi, który nagrywa wszystko telefonem) i w których większość rzeczy załatwia się mailowo i smsowo, nikomu nie chce się już spotykać. Ludzie nie mają ochoty wychodzić ze swojej jamy – tudzież domu – i podejmować jakiekolwiek relacje z innymi. Ot, w bitwie pomiędzy wieczorem ze starymi kumplami a nocą przy kompie, wybierają komputer.

Bo widzicie, spotykanie wiąże się z wysiłkiem. Przecież trzeba się ubrać, wyszykować, założyć buty i – teraz to najgorsze – poświęcić swój czas. Ach, no i trzeba chcieć.
A to jest chyba największy problem.

Sprawa wygląda prosto: większości się nie chce. Bo daleko, bo późno, bo w tym tygodniu są zmęczeni, bo boli ich palec albo kot siedzi im na kolanach. Trzeba przyznać, ze bycie samotnym wilkiem buduje kreatywność: takich ciekawych wymówek nie usłyszysz nawet w szkole, kiedy nauczyciel pyta o zadanie domowe. Ludzie wspinają się na wyżyny swoich możliwości, tylko po to, by ich tekst brzmiał wiarygodnie. By można było, po raz tysięczny, odmówić. Nie dlatego, że kogoś nie lubią – dlatego, że nie chce im się ruszyć czterech liter i zrobić coś więcej, niż napisanie co tam? na klawiaturze.

Tak bardzo ambitne. Tak bardzo denerwujące.

WKURZAJĄ MNIE LUDZIE 

I wiecie co? Mam DOŚĆ. Mam dość tego bez jajowego społeczeństwa. Mam po dziurki w nosie tych wiecznie zajętych ludzi, którzy nie potrafią nawet poświęcić pięciu minut na dłuższą rozmowę, bo ciągle mają coś na głowie, bo wiecznie nie mogą. Nie potrafię już patrzeć na to, jak wszyscy przepełnieni są jakimś cholernym, obezwładniającym lenistwem, które sprawia, że każda akcja związana z ruszeniem tyłka jest dla nich niesamowitym wysiłkiem. Mam po prostu dość tego, że mimo tego, że otacza mnie setka ludzi, na spotkanie przyjdą dwie osoby.

Nie mogę znieść tego, że dwudziestoletni ludzie są mniej społeczni niż stare, schorowane babcie. Te przynajmniej spotykają się regularnie na obgadanie od góry do dołu całego osiedla. W przypadku dwudziestolatków spotkania co jakiś czas to taki rarytas, jak zakupy bez kolejki w PRL-u.

A najbardziej żałuję tego, że przez takich leniwców zaczynam powoli tracić wiarę w ludzi. W to, że te wszystkie paczki przyjaciół czy najlepsze przyjaciółki to relacje, które rzeczywiście można mieć w swoim życiu. To problem – bo kiedy ktoś się z tobą umawia, nie zakładasz, że on przyjdzie – myślisz, że tak jak wszyscy, w ostatniej chwili napisze, że nie ma czasu.

SAM ZE SOBĄ

Jeśli wejdziecie na dowolny portal ogłoszeniowy, zobaczycie, że problem nie jest mały. Ogłoszeń jest mnóstwo: od zwykłych i matrymonialnych, poprzez ludzi szukających kogoś do pogrania w piłkę, a kończąc… kończąc na chłopaku, który szuka dziewczyny, która da mu mały podarunek na Dzień Chłopaka. Nie mówiąc już o panu, który dodaje ogłoszenia z każdej dziedziny sportu, uporczywie szukając towarzystw: szukam partnera do biegania, szukam partnerki do tenisa, szukam partnera do koszykówki… a po drugiej stronie wi-fi jest tylko cisza.

I koniec końców, kiedy nadchodzi wieczór, zamieniasz się w Karolinę, na zmianę sączącą dystyngowanie wino, a następnie wlewającą je do gardła jednym chlustem. Jesteś Karoliną, którą odwiedziła chuda, szara baba ze smutnym wyrazem twarzy.
Samotność.