Prędzej czy później, każde z nas wyrasta.  Ze spodni, które kiedyś były za duże. Z miłości do ukochanych zespołów.  Ze starych przyzwyczajeń, ulubionych skarpetek i pewnych idei, które z wiekiem rozmywają się i ustępują miejsca innym.  Czasami wyrasta się z butnego przekonania, że ma się we wszystkim rację.
A bywa i tak, że nagle i niespodziewanie, wyrasta się ze wszystkiego. 

Przez dłuższy czas nie mogłam się z tym wszystkim pogodzić.
Z tym, że nie mam już szesnastu lat, tylko dwadzieścia. Z tym, ze pewne rzeczy się zmieniają, w moim liceum jestem już tylko gościem, a niektóre przyjaźnie zniknęły z mojego życia w mgnieniu oka. Z tym, że już dawno skończył się czas trzymania Marci za rączkę, załatwiania czegoś później i tego, że moim największym problemem było kiedyś to, dlaczego Patryk, wtedy jeszcze nie-mój-chłopak, mi tak długo nie odpisuje.

I to było widać. Widać było po tekstach, które tu lądowały w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Emanowałam wręcz przerażającą tęsknotą za beztroskim dzieciństwem tak bardzo, że gdybym była żarówką, z pewnością musielibyście nosić okulary, żeby móc na mnie spojrzeć. Zamieniłam się w wielki, rażący napis PRZERAŻONA. Przerażona nowym życiem, przerażona nowymi wyzwaniami, przerażona tym, co mnie czeka za bezpieczną granicą. I  chociaż parłam do przodu – przynajmniej to mi się udało – to ciągle robiłam to z sercem walącym tak mocno, że dziwię się, że pewnego dnia nie wyleciało mi z piersi.

Ale do rzeczy.
Prowadzę tego bloga od dwóch lat i pięciu miesięcy i dopiero teraz jestem w stanie przyznać przed sobą, że niektóre rzeczy już nie są moje. Że wyrosłam już z tekstów w stylu pięć typów ludzi, którzy mnie wkurzają, a gdy przypomnę sobie jeden z moich pierwszych wpisów – czy kobiety lubią chamów? oblewam się rumieńcem. Że tak jak ja dorastam, czuję, jak to miejsce dorasta razem ze mną. I że chcę, żeby było takie, jak ja teraz.

I że nie ma kompletnie nic złego w tym, że czasami rzeczy, za którymi stało się murem, nie pasują teraz do ciebie prawie tak, jak stare jeansy. Że to, że człowiek z czegoś wyrasta albo w jakimś stopniu się zmienia, nie jest przestępstwem. I że nie należy się bać tego, jak na zmianę zareagują inni.

Co to dla Was zmienia? Prawie nic – to znaczy, dalej mam zamiar pisać teksty w moim, martowym klimacie, o tych oczywistych sprawach, o których czasami zapominamy. To zostaje i się nie zmienia.
Chcę jednak wykorzystać to, co umiem i to, czego się nauczyłam jeszcze bardziej. Dodać też inne tematy i inne artykuły – takie, które przydadzą się osobom, które chcą DZIAŁAĆ.

Chcę, żeby ten blog był przyjaznym miejscem dla wszystkich, które chcą, a czasami się boją. Którzy pragną spełniać swoje cele i marzenia, ale może nie mają wsparcia z zewnątrz.
Chcę, żebyście wszyscy się tu tak dobrze czuli, jak ja zamierzam się czuć.

A ten wpis jest chyba dla mnie. Bo to, że zaakceptowałam wreszcie swoje „wyrośnięcie” jest już OFICJALNE.

Ważne: zastanawiam się nad uruchomieniem Disqusa i odświeżeniem fanpejdża. Proszę, daj mi znać, co o tym wszystkim myślisz, odpowiadając na trzy pytania tutaj – KLIK . Zajmie ci to sekundę, a ja będę wiedziała, jak Wam jest wygodniej 🙂