Jestem wielkim, czerwonym balonem, na którego powierzchni ktoś nakleił pełno starych, ubrudzonych plastrów. Balonem, który powoli unosi się ku górze, ale czasami wiatr go spycha wrednie na drzewo, gdzie blokuje się między gałęziami i żałośnie czeka, aż ktoś go wyciągnie i kopnie dalej. Plastry zaś zakrywają dziurki, które ktoś mi zrobił ostrą igłą. Tak, by spuścić ze mnie powietrze.
I wiele razy mu się to udało.

piękne widoki góry niebo kobieta

Wiecie, balony mają to do siebie, że jeśli nikt ich nie nadmucha, to są zaledwie smętną, flakowatą gumą, wywołującą śmiech i głupie żarty u gimnazjalistów. Kolorową, owszem, czasami rzucającą się w oczy, prawda, ale pozostają dalej tylko i wyłącznie oklapłym workiem, który wygląda bardziej żałośnie, niż umalowana pannica w czasie ulewy z makijażem spływającym po całej twarzy. Smutny widok.

Do czasu, kiedy ktoś nie podejdzie i tego balonu nie nadmucha.

BEZTROSKO W POWIETRZUgóry las niebo piękne krajobrazy widoki

A więc jestem takim balonem, który szybuje w przestworzach. Czasami – za przeproszeniem – ptak na mnie nasra, czasami wiatr popchnie w zupełnie inne miejsce, czasami dziecko będzie za mną naiwnie biegło, próbując mnie złapać. Nie przeszkadza mi to zbytnio: ani wredne bombardujące gołębie nie psują mojego lotu, ani chwilowe postoje na drzewach nie sprawiają, że zmienia mi się moja powietrzna trasa.

Lecę do góry, próbując sięgnąć nieba – albo gwiazd, jeszcze nie zdecydowałam.

W pewnych momentach jednak nie ma wiatru, więc staję w miejscu. Nie wiem, czy dam radę frunąć dalej, gubię swoją nawigację, stygnę i czekam, stając się jedynie czerwoną kropką na niebie, którą ktoś tam widzi w czasie spaceru i pokazuje swojej drugiej połówce.

Ale po jakimś czasie zjawiają się inne balony. Podlatują blisko, a następnie złośliwie wkuwają wielką, potężną jak cholera igłę, którą wyciągają nie wiadomo skąd, bo przecież balony kieszeni nie mają. Robią mi wielką dziurę i tylko czuję, jak spuszcza się ze mnie powietrze.
A potem? A potem spadam w dół.

NIE MA SMUTNEGO KOŃCAgóry zima piękne widoki górskie szczyty niebo chmury rodzaje

Na dole staję się znów żałosnym workiem, który leżąc w krzakach przypomina coś zużytego. Na szczęście po jakimś czasie któryś z przechodniów z ciekawością mnie podnosi. Dmucha i widzi, że powietrze ucieka. Przynosi z domu plaster, zalepia, dmucha jeszcze raz i dając ostatniego klapsa na pożegnanie, wypuszcza w powietrze. Wtedy mogę frunąć dalej.

I tak bez końca: frunę, spotykam wredne balony, spadam na ziemię i dostaję kolejny plaster. Od nowa i od nowa.

NARESZCIE ROZUMIEM

Do tej pory więcej razy boleśnie lądowałam, bo wszystkie balony, które spotykałam, miały igły i złośliwy uśmiech. Lubiły też mówić wytarte frazesy: „ale czy na pewno ci się to uda?”, ”nie wiem, czy jest sens to robić!„, „jest tylu ludzi, którzy też próbują„. Zasłuchiwałam się w ich słowach i dostawałam kolejną dziurę.
wieża eiffela paryż ajfla eifla romantyczny widok nad sekwaną

Aż do momentu, w którym zrozumiałam, że nie mogę wiecznie lecieć sama. Że może powinnam tych ludzi, którzy nalepiają mi plastry, zabrać ze sobą. Przestać być Zosią-Samosią, zapomnieć o niezależnym balonie, który, owszem, leci w przestworza, ale upada częściej, niż to ustawa przewiduje.

Doczepiłam sobie sznurek i zaczęłam proponować przejażdżkę. I co się okazało? Ludzie zaczęli odganiać wredne balony. Tworzą mi barierę ochroną, żywą tarczę, która mnie ochrania i krzyczy: nie słuchaj ich, rób swoje! Próbuj dolecieć tam, gdzie zmierzasz!

OD SERCA

I ja próbuję. Dzięki, czytelnicy. Zabieram Was ze sobą na pokład. Zabieram też Pat, Kasię i Patryka – zasługują na wyróżnienie. Zresztą, wszyscy, którzy mnie czytacie i wspieracie, zasługujecie.
Nie chodzi o to, że poklepujecie mnie po plecach i głaskacie po główce. Chodzi o to, że z wami zawsze wierzę, że się uda. I chce mi się lecieć dalej.
Dziś odlatujemy razem.

Blog ma już trochę ponad dwa lata. Pewnie już by go nie było, gdyby nie wy. Chce mi się pisać dalej, chce mi się robić dalej. Ja już mieszkam na tym blogu.
I miejmy nadzieję, że tak zostanie.