Kiedy miałam czternaście lat, kupowałam gazety dla dziewczyn i zaczytywałam się w artykułach, które w pewnym stopniu prały mi mózg. Z zapartym tchem oglądałam wielkie zdjęcia ślicznych nastolatek, które pokazywały propozycje makijażu na każdą okazję. Ja też chciałam być tak urocza jak dziewczyna z okładki. Kiedy więc w kiosku zobaczyłam gazetę z tuszem do rzęs, to kupiłam ja od razu. A potem bardzo boleśnie wsadziłam sobie ten tusz w oko.

 Takich prób kończących się wsadzeniem sobie całej szczoteczki do oka i zabarwieniem białek na czarno było tysiące. Kiedy doszła kredka, problem tylko się powiększył – no bo jak namalować sobie linię w środku oka i nie stracić wzroku? Zawsze byłam artystyczną sierotą: nie potrafię malować, nigdy nie wycinam rzeczy prosto i piszę jak kura pazurem. Nic dziwnego, że do tej pory – a robię sobie makijaż od paru dobrych lat – moje kreski na powiekach nigdy nie wyglądają tak, jak te na zdjęciach. Są krzywe i nierówne, na prawym oku czasami jest grubsza, a ta na lewym bywa chudsza. Ale wiecie co? Jakoś mi to nie przeszkadza.

Nie przeszkadza mi też fakt, że maluję się prawie codziennie. To mój mały rytuał, który poprawia mi humor. Nie mam kompleksów na punkcie swojej buzi i nie chowam twarzy, kiedy ktoś zobaczy ją bez nałożonych kosmetyków – ot, normalna rzecz. Ale nie mogę zrozumieć całego tego szumu wokół tego, że naturalne jest najpiękniejsze, najlepsze i najbardziej słuszne.
Bo nie zawsze jest, no do cholery jasnej.

WYOBRAŻENIA VS. RZECZYWISTOŚĆ

Ludzie mówią, że kobieta najładniej wygląda rano po przebudzeniu, kiedy siada na skraju łóżka i uroczo przeciąga się w swojej pięknej, satynowej koszuli kupionej na promocji w jakimś supermarkecie. Krążą plotki, że właśnie wtedy emanuje ona pięknem, które zwala z nóg. Bo jest naturalna, dziewicza i z pewnością świeża po całej nocy pełnej relaksującego snu.

Powiedzmy.

Widziałam mnóstwo dziewczyn od razu po przebudzeniu. Niektóre rzeczywiście wyglądają rześko i przepięknie, ale sporo z nich wcale nie przypominała Angeliny Jolie w swoim najlepszym okresie.
Miały podkrążone oczy, bladą twarz i skwaszoną, ponurą minę, bo ktoś kazał im zwlec się z łóżka. Ale potem stawały przed lustrem, robiły dwa machnięcia i już były uroczo śliczne*.
Nie przez makijaż. Przez to, że same zaczęły myśleć, że wyglądają ładnie, bo się pomalowały.

I co jest w tym złego?
Jeśli masz cycki obwisłe do podłogi, to zakładasz dobry stanik i już wyglądasz jak Pamela w swoim najlepszym okresie życia. Jeżeli uda masz pokryte tłuszczem, to ćwiczysz i od czasu do czasu wciskasz się w rajstopy modelujące. Jeżeli masz zniekształcone stopy, to zazwyczaj starasz się unikać sandałów i wybierasz balerinki. Jeśli twoje włosy są zniszczone, to upinasz je w koka albo kucyk.

Jeżeli masz ochotę się pomalować, bo wyglądasz wtedy lepiej, to się malujesz.

*Broń Boże nie mówię, że kobiety bez makijażu wyglądają źle. Albo że z rana wyglądają źle. Nic z tych rzeczy. 

OSZUSTWO!

Niektórzy podnoszą wielki krzyk, widząc zdjęcia modelek i aktorek w magazynach. „Podoba wam się, bo ma taki makijaż!” – krzyczą dziewczyny do swoich chłopaków obrażonym głosem. „Gdyby mi zrobili taką samą tapetę, też wyglądałabym jak seksbomba!” – dodają pod nosem. To czemu sobie takiej nie zrobisz? No kto ci broni, do cholery?

Ludzie trąbią o tym, że wszyscy powinniśmy być naturalni. Że gwiazdy na okładkach powinny występować bez retuszu, bez makijażu i bez ubrań, które poprawiają wygląd sylwetki. Że media nas kłamią, kreując wzorce, których nie da się spełnić. Ale czy naprawdę jesteśmy tacy głupi, że tego nie widzimy? Ja zdaję sobie sprawę, że nie będę wyglądać tak jak na okładce Shape’a – głównie dlatego, że nie znam filtrów z Photoshopa, które istniałyby w realnym życiu. Ale niektórzy chcieliby, żeby wszystko było prawdziwe i naturalne, czasami brudne, pokręcone i – powiedzmy sobie szczerze – niekiedy brzydkie, jak życie.
Ale czy naprawdę tak chętnie byśmy to wtedy oglądali?

Najbardziej lubię siebie w makijażu.
I wcale się tego nie wstydzę.

Przypominam, że znajdziecie mnie też na drugim blogu: CODZIENNIE FIT.