Kiedyś lubiłam czytać książki.
Byłam małą, przemądrzałą dziewczynką, która co sobotę w szmacianej torbie dźwigała połowę miejskiej biblioteki. Torba często szorowała po ziemi, bo zawartość była ciężka, a mi bliżej było do blond chucherka niźli dobrze odżywionego, pulchnego dziecięcia. Szmacianka od spodu robiła się brudna jak cholera, za co zawsze dostawałam – zasłużony, swoją drogą – ochrzan od mamy. Ale czy to było ważne?
Oczywiście, że nie.

książki książka słownik słowniki papier czytanie biblioteka domowa biblioteczka półka na książki
http://www.4freephotos.com/




Ważna była tylko i wyłącznie zawartość torby: kilka lub kilkanaście książek. Jedne były stare jak dinozaury i Madonna, przesiąknięte zapachem biblioteki, inne nowe, zaklepane specjalnie dla mnie przez panią bibliotekarkę, która na początku nie wierzyła, że wszystkie te przytargane pozycje czytam. Była przekonana, że tylko się zgrywam, bo po pierwsze – miała zaledwie osiem lat, a po drugie – musiałabym spędzać całe boże dnie na czytaniu i niczym więcej. Postanowiła mnie odpytać – z treści, jak w szkole – i na każde pytanie odpowiedziałam.
Już nigdy mojego czytania nie kwestionowała.

TAM…

Kiedy moi koledzy i koleżanki – którzy średnio w tym wieku zmieniali się co dwa tygodnie – rzucali się nawzajem żetonami z chipsów kupionych wtedy za wyżebrane od mamy osiemdziesiąt groszy, ja siedziałam jak ta sierota w pokoju i czytałam kolejną książkę. Kiedy rzucali się kasztanami, robiąc sobie bolesne siniaki, ja pochłaniałam Opowieści z Narnii. I tak było zawsze. Ja z książką pod pachą, oni z procą. Ja siedząc w domu i czytając po raz setny Harrego Pottera, oni stojąc pod balkonem i drąc się do mamy, żeby zrzuciła im piłkę i od razu złotówkę. Na oranżadę w proszku, rzecz jasna.

Oberwało mi się za to bycie klasycznym – tylko nie komputerowym, a książkowym – nołlajfem. Dzieciaki się śmiały, nabijały, ale koniec końców zawsze się godziliśmy, grając w kapsle z czipsów i z podnieceniem omawiając kolejny odcinek jakiejś bajki. Też szalałam na dworze, ale serce mnie ciągnęło do domu, do mojej kanapy i do mojej starej, szmacianej torby z książkami. Cholera, bo jak tu jednocześnie wisieć na trzepaku i czytać Hobbita? Nie dało się tego połączyć, chyba, że z bolesnym upadkiem, którym zawsze nas straszyli rodzice. Nam to nie przeszkadzało. Nie wiem, jak w tamtym okresie byłam w stanie robić koziołki na trzepaku, bo teraz chyba bym miała mokre spodnie ze strachu. Dzieci mają większą odwagę.

książki książka słownik słowniki papier czytanie biblioteka domowa biblioteczka półka na książki
http://www.4freephotos.com/

Książki pomogły mi jakoś przeżyć erę gimnazjum, w którym każdy się z każdego śmieje i żeby jakoś wytrwać na drabinie społecznej, trzeba się nieźle postarać. Książki to był mój świat, do którego nikt nie mógł wejść. A przynajmniej nie bez zaproszenia i ściągnięcia brudnych, ciężkich butów. Brzmi sentymentalnie i naiwnie, ale nic na to nie poradzę.

…I Z POWROTEM

Rzuciłam szmacianą torbę na początku studiów. Nowi znajomi, więcej zajęć, praca, blog – to wszystko sprawiło, że historie, które kiedyś potrafiły wciągnąć mnie na długie godziny, teraz pozostawały nieruszone na parapecie. Bo komu by się chciało, po całym dniu harowania, latania, pisania i robienia różnych rzeczy, usiąść na tyłku i poczytać?
Aż wreszcie torba, razem z zawartością, postanowiła się przypomnieć. Przecierałam półki i spojrzałam na mojego pierwszego Harrego Pottera. Rozlatuje się niesamowicie, kartki z niego wypadają, parę kartek jest poplamionych kakaem, bo lubiłam je jeść – na sucho, wiem, że wszystkie dietetyczki teraz dostają zawału – czytając o tym, co się dzieje między kolejnym meczem quidditcha, a znalezieniem trójgłowego Puszka. Pół wieczoru wystarczyło, bym zapoznała się z chłopcem z blizną ponownie.
Już następnego dnia wyjęłam torbę. Poszłam, gdzie trzeba. Zaopatrzyłam się w to, w co chciałam.

Jestem dużą, przemądrzałą dziewczynką, która co sobotę w szmacianej torbie dźwiga połowę miejskiej biblioteki. Torba często szoruje po ziemi, bo tradycję trzeba zachować. 
Można cofnąć się w czasie.


Wiem, że dziś kompletnie inaczej, bo przecież nie ma porównań do Miley i nawoływania do ruszenia tyłka, ale mam nadzieję, że Was nie zanudziłam. Raz na jakiś czas chyba coś nowego nie zaszkodzi, prawda? Co o tym sądzicie?

I proszę, powiedzcie coś jeszcze: jaka jest wasza historia z przeszłości?