Nie wiem czy to pożegnanie, czy powitanie

Marta Pisze prowadzę od 2012 roku. Kawał czasu, co? Pierwszy wpis wrzuciłam kilka dni przed maturą, bo przecież co może być lepszego do robienia przed egzaminem dojrzałości? No właśnie. Na początku – niektórzy pamiętają i jestem ogromnie wdzięczna, że ktoś jest ze mną aż tak długo – wcale to miejsce nie nazywało się Marta Pisze, tylko Blog Zwykłej Blondynki. Za dużo osób myślało jednak, że piszę o włosach, a ja przecież kompletnie na włosach się nie znam, więc pewnego dnia z hukiem zmieniłam nazwę i tak już zostało.

Na początku blog miał być moim ćwiczeniem. Pewnie, blogowałam już dawniej, ba – pierwszego bloga założyłam na informatyce w piątej klasie – ale ten miał być taki totalnie na serio. Chodziło o to, żeby wyrobić sobie nawyk pisania dużej ilości tekstów – jak na przyszłą dziennikarkę przystało.

A potem wszystko się zmieniło.

Z dziennikarstwa przeszłam na Akademię Wychowania Fizycznego, z redakcji – na salę fitness. Czasami zastanawiam się „co by było, gdyby”, ale nie mam żadnych wątpliwości, że jest dobrze, tak jak jest. Przez te kilka lat blog zmieniał się razem ze mną, bo nie da się ukryć, że tematy poruszane przez osiemnastolatkę, a punkt widzenia dwudziestoparolatki to czasami naprawdę przepaść.

Nie ze wszystkich swoich starych tekstów jestem dumna, niektóre chciałabym usunąć, ale mim tego trzymam je tutaj, bo człowiek się przecież zmienia i ten blog jest tego najlepszym dowodem. Przez te kilka lat wydarzyło się naprawdę sporo i uwielbiam to, że Marta Pisze to taki jeden, wielki pamiętnik.

Im więcej obowiązków zawodowych, tym mniej czasu. Na refleksje, na luźne myśli, na to, żeby więcej pisać dla przyjemności. Nawet jak już miałam chwilę, to wydawało mi się, że każdy temat, na który wpadałam, nie był wystarczająco dobry, żeby znaleźć się na Marta Pisze. W końcu selekcja była tak surowa, że praktycznie nie pokazywało się tutaj nic.

Czułam też blokadę przed pisaniem o prywatnych sprawach, bo i tak dużo zdradzam w sieci, więc obdzieranie się z kolejnej warstwy… trochę powodowało u mnie strach, że palnę tutaj coś zbyt szczerze i potem będzie problem.

Fot. Fotografia dla biznesu Agata Matulka

No ale to właśnie pisanie sprawia, że czuję się dobrze. Że mogę czasami wejść do swojej głowy i popatrzeć na jej zawartość z trochę innej perspektywy. To pomaga, ale też jednocześnie sprawia, że jestem szczęśliwa. A ponieważ lubię wyzwania, to wymyśliłam sobie wyzwanie.

Pisanie bez blokad, selekcji i ciągłego zastanawiania się, czy to się nadaje – przez następny miesiąc. Założyłam też sobie częstotliwość, ale tej Wam nie zdradzę, bo nie chciałabym wywoływać u siebie spiny i robić z tego obowiązku. To ma być powrót do pisania, a nie rygor. Nie mogę patrzeć, jak moje ulubione blogi umierają, nie chcę też myśleć, że Marta Pisze może podzielić ich los. Naprawdę nie chcę.

TREMA JAK U NOWICJUSZA

Piszę to siedząc w rodzinnym domu – zaraz wracam do Wrocławia, ale przyjechałam na chwilę – i czuję się, jakby to był nie osiemset sześćdziesiąty któryś artykuł, ale pierwszy wpis na tym blogu. To właśnie przy tym samym biurku zakładałam blog.

Na początku, kiedy zaczynałam pisać dzisiejszy wpis, myślałam, że to trochę pożegnanie z tym co było, ale teraz myślę, że… że to jest nowe POWITANIE. Jak przywitanie po powrocie podróży.

Więc witam się z Wami w nowej erze Marta Pisze i mam nadzieję, że będziecie tutaj zaglądać. Przez cały miesiąc postaram się pisać tak często, jak będę mogła i zobaczę, dokąd mnie to zaprowadzi.

Social media nie zawsze będą Wam pokazywać powiadomienia o nowych wpisach, ja też chyba nie wszystko będę tam wrzucać , więc proponuję całkiem przestarzale wpisać adres mojego bloga do przeglądarki za każdym razem, kiedy sobie pomyślicie, że macie ochotę dowiedzieć się, co u mnie słychać.

Adres przecież znacie. Mnie w sumie też.