Już mi nieśli suknię z welonem… wróć. Właściwie – to nie nieśli. Po prostu, jak na osobę z XXI wieku przystało, stworzyłam jakieś pięćdziesiąt tysięcy folderów ze zdjęciami: sukien, stołów, zaproszeń oraz Bóg wie, czego jeszcze. Wyznaczyliśmy datę, pojechałam zaklepać salę, w głowie miałam już wizję strojów moich druhen…
A potem się okazało, że ze ślubu na razie nici.

Jakoś pod koniec zimy wpadłam w ślubny szał. Jak to większość narzeczonych (a przynajmniej tych, które są bardzo stereotypowe – a okazało się, że ja jednak jestem) zrobiłam duży research, obdzwoniłam wszystkie interesujące mnie sale, na Pintereście założyłam odpowiednie tablice z inspiracjami, zrobiłam sobie konto na ślubnym portalu i zaczęłam działać. Słowem: zachowałam się jak typowa panna młoda ze schematu.

Zaręczyliśmy się w tamtym roku, chcieliśmy wziąć ślub rok później, ale oczywiście nie byłam świadoma, że w biznesie ślubnym organizowanie wesela w ciągu roku nie zawsze może się udać. Zwłaszcza, jeśli interesuje was popularna sala w popularnym miesiącu. W związku z tym, z ciężkim sercem stwierdziłam, że skoro tak, to dwa lata starczą – czyli w 2019 roku założę białą suknię, potknę się przy próbie pójścia dumnie do ołtarza, a następnie zostanę żoną i zmienię nazwisko, dzięki czemu wreszcie wszyscy przestaną dodawać do mojego dodatkowe dwie albo trzy litery „n”.

Na początku roku zaczęłam się więc organizować, poszukałam, czego trzeba, porównałam ceny i byłam pewna, że jestem przygotowana na działanie. Potem jednak zrobiliśmy trasę treningową, więc tak naprawdę dopiero w kwietniu ruszyłam do boju. Wstępnie zarezerwowaliśmy majową datę w mojej wypatrzonej sali, w międzyczasie szukaliśmy mieszkania – wszystko układało się jak w jakiejś telenoweli albo filmie o strasznie nudnym – bo bardzo przewidywalnym i pozytywnym – scenariuszu.

PLUS TYSIĄC ZŁOTYCH NA TO I PIĘĆ TYSIĘCY NA TAMTO

W maju pojawiło się nasze mieszkanie na horyzoncie – to znaczy, jeszcze nie nasze, ale już decyzja praktycznie została podjęta. W międzyczasie pojechałam do rodzinnego miasta, żeby już oficjalnie zaklepać salę (miałam ją zarezerwowaną, ale chciałam obejrzeć ją dokładnie i wpłacić zaliczkę). Przyszłam na spotkanie z właścicielką… i się zaczęło.

„O, jeśli Państwo chcą takie małe wesele, to zamiast X złotych na osobę, będzie X + 50 zł”
„O, jeśli Państwo chcą taki stół, to dodatkowe 500 złotych”
„O, jeśli ma być coś tam, to jeszcze z tysiąc złotych”
„O, a za to osiemset się należy”

Już na spotkaniu mina mi zrzedła. Jechałam do tej sali bardzo podekscytowana, ale też rozsądna – wyznaczyliśmy jakiś tam budżet na wesele, który zgadzał się w momencie podawania wyceny przez telefon. Rozmowa trwała 30 minut, doszło jakieś kilka dobrych tysięcy kolejnych kosztów. W drodze powrotnej w ogóle się nie odzywałam do mojej siostry, która ze mną pojechała w ramach wsparcia. Wiecie – miałam całe życie naciąganą czwórę z matematyki, ale potrafiłam policzyć, że przy obecnym kupnie mieszkania, nas na to wesele po prostu nie stać.

O CO MI W OGÓLE CHODZI?

Czy jestem naiwna? Owszem! Nigdy tego nie ukrywałam – zawsze zakładam pozytywną wersję wydarzeń, nie słucham, kiedy ktoś mówi o dodatkowych kosztach, mam bardzo optymistyczny stosunek do wszystkiego i zawsze mi się wydaje, że wszystko się ułoży. Więc kiedy właścicielka sali zaczęła swoją litanię dodatkowych kosztów, już wiedziałam, że to moje wymarzone wesele wcale się nie zmieści w budżecie – a po powrocie do domu spojrzałam na rodziców i najzwyczajniej w świecie się popłakałam.

Czułam w sobie całą gamę uczuć. Było mi przykro. Czułam żal. Nie chciałam nic przekładać, bo bardzo, ale to bardzo chcę być żoną. A jednocześnie nie chciałam zwykłego ślubu w urzędzie, bo wymarzyłam sobie ślub w plenerze i przyjęcie dla znajomych. Skromne, ale jednak. Wcale nie chciałam wesela na milion osób, fajerwerków, Beaty Kozidrak w orkiestrze i wyskakujących uczestników Tańca z Gwiazdami z tortu (no dobra – kłamię: chciałabym Beatę Kozidrak. Ale pewnie muszę zadowolić się jej nową płytą, na której wygląda jak totalna dżaga).

I okazało się, że te moje skromne zamysły, finansowo wcale nie wychodzą aż tak skromnie.

I to jest moment, w którym coś muszę wytłumaczyć: zarówno kupno mieszkania, jak i wesele chcieliśmy – i chcemy nadal – finansować tylko z własnych środków. Pomoc rodziców w ogóle nie wchodziła w grę. Mieliśmy więc przeznaczony konkretny budżet na wesele – (+/- jakaś kwota).  Chcieliśmy też wziąć ślub szybko, bo jesteśmy ze sobą długo i już od dawna była rozmowa o tym, że fajnie byłoby być mężem i żoną.  Czy to można zrobić bez wesela? Pewnie, że tak. Czy można to zrobić nie wydając przy tym dużej sumy pieniędzy? Oczywiście.

Tak jak pisałam wyżej – nie uważam, że do szczęścia potrzebne jest wielkie wesele i atrakcje, ale po prostu chciałam, żeby ten dzień wyglądał tak, jak sobie zamarzyłam. Plener, ładna sala otwarta na naturę, dobre jedzenie, dobra muzyka, najbliższa rodzina i znajomi. Niby nie tak dużo, a w rezultacie – wcale nie tak skromnie, jak sądziłam (przynajmniej finansowo).

W połączeniu z kupnem mieszkania organizacja wesela stała się ryzykowna – niby nas było stać, ale trochę na granicy. W stylu – starczy albo nie starczy. Biorąc pod uwagę fakt, że pracujemy jako firma, a nie etacie, mógł zdarzyć się słabszy miesiąc, a wtedy do kłopotów finansowych już nie tak trudno.

A tego bym nie chciała. Nawet za ślub z bajki.

CO ROBIMY? BOLESNA DECYZJA

Dlaczego tak to wszystko przeżywałam? Sama siebie o to pytałam, ale chyba chodziło o to, że ja już – najzwyczajniej w świecie – poczułam, że to niedługo, że będą przygotowania, wiecie: ucieszyłam się na całe to ślubne zamieszanie. Nigdy nie podejrzewałam, że będę tego typu panną młodą – która chce mieć takie a nie inne wesele, którą będzie bawić organizacja tego wydarzenia, której będzie zależało na tym czy na tamtym – ale tak po prostu się stało!

W ciągu kilku dni mieliśmy podjąć dwie decyzje – wpłacić zaliczkę na salę i podpisać – lub nie podpisywać – umowy przedwstępnej kupna mieszkania. Wybraliśmy to drugie. Ślub będzie w 2020. Jak o tym piszę, to dalej mi trochę smutno – ale wiem, że byłoby mi też smutno, gdybym albo się zastawiła i ryzykownie próbowała robić wszystko na raz, albo poszła na kompromis i zrobiła szybki ślub byleby był. Nie ma w takich ślubach oczywiście nic złego, bo przecież najważniejsze jest to, co czujecie  do siebie we dwoje, ale marzyło mi się coś innego i myślę, że jakkolwiek głupio by to nie brzmiało, to mam chyba do tego prawo. 🙂

Z perspektywy czasu – muszę przyznać, że to była trafna decyzja. Remont mieszkania to jakaś głębia bez dna i co chwila pojawiają się kolejne koszty, które już całkiem uniemożliwiłyby nam organizację wesela – zaliczki, kupno sukni, obrączek, czegoś tam jeszcze (nie wiem czego, bo od kiedy przełożyliśmy datę, na razie się tym nie interesuję – za bardzo się napalam). Może trochę pochlipałam wieczorami, żegnając się na razie z całym tym ślubnym zamieszaniem, ale po raz kolejny życie mi przypomniało coś banalnego i ważnego: czasami po prostu nie możesz mieć wszystkiego.

I tyle.

Total
132
Shares