Czasami ktoś powie – nawet bezmyślnie – jedną głupią rzecz i koniec – blokujesz się jak telefon, do którego zapomniałeś pinu. Możesz wpisywać setki kombinacji, wysilać mózg w celu przypomnienia sobie hasła, szukać gorączkowo karteczki z numerem PUK i… nic. Zablokowane. Dokładnie tak, jak moja głowa.

Od więcej niż dwóch miesięcy mam nową rutynę.
Codziennie rano loguję się na bloga. Tutaj. Otwieram „dodaj nowy” i gapię się w ekran, na którym wyświetla się edytor tekstu. Gapię się i gapię, aż w końcu zaczynam coś pisać i po pięciu sekundach to kasuję.
I tak codziennie. Czasami uda mi się coś wydusić i wreszcie kliknę to durne „publikuj”, a czasami mi się nie uda i wtedy zaczynam się złościć. Na siebie. Na swoją blokadę. I na ten durny, głupi, cholerny komentarz, który to wszystko zaczął.

KOMENTARZ, KTÓRY ZACZĄŁ SZALEŃSTWO

Nie pamiętam, kto ten komentarz napisał, pod jakim wpisem go umieścił i nie wiem, czy miał dobre intencje, czy chciał mnie po prostu kopnąć. Jeśli to drugie, to się udało – od tamtego momentu głupia myśl zagnieździła się w mojej głowie na tyle mocno, że za każdym razem, kiedy siadałam do pisania artykułu na tym blogu, czułam, że ten pomysł jest zły, tamten jeszcze gorszy, a ten post to w ogóle się nie nadaje. Nie potrafiłam przepuścić czegokolwiek przez moją wewnętrzną cenzurę.

Komentarz ten nie był szczególnie chamski: był czymś w stylu „blablabla, piszesz teraz ciągle o X i Y, ileż można, kiedyś wpisy były lepsze, tęsknię za starymi artykułami, weź się ogarnij krowo”.

Dobra. Przesadziłam. Nikt mnie nie nazwał krową.  I pewnie też nie miał niczego złego na myśli – ot, wolał inne artykuły. Ja też mam blogi, które przestałam czytać, bo już nie spełniały moich oczekiwań – na przykład autorki poszły w zupełnie inną stronę. I miały do tego prawo, bo hej – człowiek ciągle się rozwija, a przede wszystkim: dorasta. Inne problemy ma dziewczyna po maturze, inaczej pisze studentka, a inaczej osoba, która jest na etacie i przechodzi na własną działalność. Inaczej pisze też ktoś, kto nagle został mamą. No, wiecie, o co mi chodzi.
Ludzie się zmieniają. I to po prostu jest fakt.

Tylko że z jakiegoś powodu, ten komentarz mnie całkowicie zablokował. Totalnie. Nie wiem, dlaczego. Ani nie był niemiły, ani nie był zły – ale dotknął mnie tak, że przez przynajmniej ostatni kwartał (!!!!) pisanie czegokolwiek tutaj było naprawdę katorgą. Co wymyśliłam jakiś temat, to zaraz przychodziła myśl – a ty znów o tym samym… ta osoba miała rację! Czasami wpadał mi do głowy inny pomysł, na co głosik w mojej głowie parskał: no chyba po tak długiej przerwie w pisaniu, nie zamierzasz im rzucać takiego ochłapu?

I tak w koło Macieju. Ja pierdzielę. Zaczęłam myśleć o zamknięciu bloga. Przez jeden komentarz. Czy Wy to rozumiecie?

JA JUŻ NIE POTRAFIĘ

Schiza. Zaczęłam mieć schizę na punkcie tego zasranego komentarza. Jakiego tekstu bym nie napisała, albo nie był w ogóle puszczany, albo uważałam go za słaby. Nieważne, że ktoś go polecał dalej – dla mnie nagle wszystkie moje artykuły straciły wartość, bo przecież nie są takie jak kiedyś. Zaczęłam się zadręczać – dlaczego nie mogę po prostu pisać, jak dawniej? Dlaczego tematy nie wyskakują mi z rękawa, tak jak na drugim blogu? Dlaczego, do cholery, nie mogę wziąć się w garść?

Sprawę uratował – mam nadzieję – Patryk, który postanowił wreszcie sytuację ogarnąć.  Wziął mnie wczoraj na stronę i wypalił: czym ty się tak przejmujesz? Kiedy wybąkałam wreszcie, że nie mam tematów, i że ciągle piszę o tym samym, spojrzał na mnie z politowaniem – no i co się stanie, jak będziesz pisać o tym, co cię jara? Ludzie sobie pójdą? To pójdą! Przyjdą nowi.  Świat się zawali?

I dotarło do mnie, że nie.

Nie zawali się. Za to ja będę szczęśliwa.

A JAK CIEBIE BLOKUJĄ INNI?

Mój przypadek wcale nie jest jakiś nadzwyczajny. Ile razy ciebie ktoś zablokował? Jeśli nie bezpośrednio – komentarzem czy jakimś tekstem, to oczekiwaniami albo presją? Ile razy pomyślałeś sobie: kurde, a co ludzie powiedzą? A co, jak mi się nie uda i wszyscy to zobaczą?

Blokujemy się na różne sposoby. Niektórzy tak jak ja – przestając coś robić w obawie przed odrzuceniem albo przed zanudzeniem kogoś innego. Inni blokują się już na starcie, nawet nie próbując. Kolejni czekają na „dobry moment” i blokują się właśnie w tym oczekiwaniu. Następni blokują się z obawy przed opinią innych.
Tyle, że… co się tak naprawdę stanie, jeśli przełamiesz tę blokadę i spróbujesz? I jeśli twoje obawy okażą się słuszne: nie wypali, nie spodoba się, ludzie będą na ciebie gadać?

Ja ci powiem, co wtedy.
Wielkie nic.

Ziemia się będzie dalej kręcić. Ptaki dalej będą śpiewać. Życie będzie toczyć się dalej, a to, że ktoś sobie o tobie coś złego pomyśli, kompletnie nic nie zmieni. Twoje zablokowanie się wcale nie chroni cię przed niepowodzeniem – sprawia tylko, że nie jesteś w stanie nic zrobić i stoisz w miejscu jak słup soli, zamiast działać i się realizować. Jak się nie uda: to trudno. Zawsze można spróbować jeszcze raz, inaczej. Ale każde działanie jest lepsze, niż przezorne zablokowanie się, żeby się uchronić przed porażką.

Najgorsze, co możesz zrobić, to zapomnieć PINu do własnej głowy i się zablokować. Bo czasami PUK (u mnie w postaci Patryka) naprawdę się gdzieś zapodzieje i nie będziesz w stanie już nic z tym zrobić.
I to dopiero będzie cholerny problem.

PS Nie mam kolorowych włosów, to proszek holi – robiliśmy dzisiaj zdjęcia i został mi na głowie 🙂
PS 2 A piękne warkocze zrobiła mi Hair by Jul <3