Ostatnio razem ze znajomą oddawałam pracę magisterską do dziekanatu. Kiedy wracałyśmy szerokim korytarzem, koleżanka westchnęła głośno.
– Wiesz – szepnęła do mnie cicho bardzo smutnym tonem – oddałam pracę i teraz nie wiem, co dalej.
– No jak to co – oburzyłam się, bo przecież wałkowaliśmy to na grupie na fejsie jakieś milion razy – teraz obiegówka, potem zdjęcia, no i  obrona…
– Nie o to chodzi! – żachnęła się, machając ręką, jakbym była jakąś upierdliwą muchą, którą trzeba odgonić – chodzi mi o życie! Ja nie wiem, co teraz po tych studiach, z życiem mam zrobić!
Zamknęłam się automatycznie, bo na to odpowiedzi nie miałam. No tak. Jakoś na grupie na fejsie nikt nie mówił, co robić, kiedy najzwyczajniej w świecie, nie wiesz, co dalej.
Ze wszystkim. Nie tylko z obiegówką.

Strasznie śmieszny jest ten koniec edukacji. Niezależnie od tego, czy masz plany na życie czy nie – zawsze budzi jakiś dziwny popłoch i taki stan, w którym zastanawiasz się, czego tak naprawdę chcesz od życia i co teraz w ogóle masz robić. Nadrobić wszystkie seriale? Jechać na wakacje? Rozsyłać CV? Przycisnąć z pracą?

Co się robi, kiedy kończy się cały etap w życiu?

NIE CHCĘ TEGO

Bardzo wiele osób idzie… na kolejne studia. Niektórzy żeby się rozwijać, nie wątpię, ale założę się, że ogromna część po to, by przełożyć ten moment kończenia w czasie i mieć jeszcze chwilę na rozgryzienie tego, co dalej. Co dalej, kiedy skończą się kolokwia, narzekanie na wykładowców i egzaminy. Co dalej, kiedy już nie będzie wykładu, na który można iść (albo nie) lub zajęć, które organizują nam tok dnia. Na kolejny kierunek (często enty z rzędu) pójść łatwiej: dalej jesteś studentem, nie musisz szukać odpowiedzi na pytanie co teraz i kim, do cholery, jestem.

To jest przerażające dla osoby, która ma wszystko zaplanowane – a co dopiero dla kogoś, kto jeszcze nie rozgryzł, co dalej. Wcale się nie dziwię, że alternatywa kolejnych lat na ciepłej i znanej uczelni tak kusi.
Nie musisz zastanawiać się nad życiem.

OTWARTE POLE

Mam wrażenie, że ten znak zapytania nad głową nie dotyczy tylko osób, które skupiały się wyłącznie na studiach albo nie myślały o tym, jak się będą rozwijać. Tylko każdego (albo prawie każdego).

Od dawna mam plan na siebie, dużo pomysłów w głowie i wizję tego, jak mniej więcej chciałabym, żeby wszystko wyglądało. Dodatkowo, przez to, że przez ostatnie pięć lat już robiłam to, co docelowo chcę robić (a przez ostatni rok bardzo mocno to sprecyzowałam), wydawało mi się, że skończę studia i po prostu odejdzie mi jeden obowiązek, a reszta zostanie. No i tyle. Może sobie więcej będę mogła pograć w Simsy, poczytać książek, zrealizować większe projekty, bo w końcu będzie więcej czasu. To wydawałoby się bardzo logiczne – bo tak miało to wyglądać.

A jednak im bliżej obrony (która jest w ten piątek), tym bardziej czuję się, jakbym stała na wielkim polu z setką dróg i nie wiedziała, którędy do domu. Albo inaczej: czy ta droga, którą początkowo wybrałam, jest na pewno w porządku i czy będzie wyglądać tak, jak mi się wydawało?

I dlaczego coś, co powinno być tylko formalnością i po prostu skończeniem kolejnej rzeczy w życiu urasta w mojej głowie do rangi wydarzenia roku i sprawia, że mam tyle myśli w głowie?

PRAWDZIWE ŻYCIE

Czuję też jakąś głupią presję. Że teraz zaczynam prawdziwe życie (tak, jakbym nie zaczęła go już dawno temu!). To pewnie kwestia tego, że mówią tak wszyscy na około, ale fakt jest faktem – odczuwam dziwny niepokój, chociaż nie mam powodu. Boję się o stabilność finansową, chociaż zadbałam o to już dawno. A jednak: mam wrażenie, że sam fakt bycia na studiach był jakimś piorunochronem – wiecie, jak coś nie wyjdzie, to się nic nie stanie, bo przecież jeszcze studiuję. Teraz jak coś nie wyjdzie, to dupa.
Musisz wziąć odpowiedzialność za swoje decyzje i żadna zielona legitymacja z błyszczącymi naklejkami i nazwą uczelni nie będzie twoją osłoną.

I może o to chodzi?
Wcale nie o to, że nie do końca wiemy co dalej, albo czy nasz pomysł się sprawdzi, ale o to, że już nie ma kto bronić naszego tyłka? Że na studiach wypada próbować, a w życiu to już lepiej, jakby wychodziło? Że jak na studiach sam siebie utrzymujesz, to jest super (ale nie musisz), a po złapaniu pracy magisterskiej i uściśnięciu dłoni promotora już MUSISZ i to jest takie denerwujące?

Nie wiem.

Cieszę się, że wykorzystałam mój okres studiów w stu procentach i zadbałam o siebie.  Że mam pracę, doświadczenie i stabilność. Ale to wcale nie zmniejsza mojego mętliku w głowie i niepewności, czy na pewno robię dobrze.
Chociaż – czy nie właśnie na tym polega strach przed nieznanym? Na patrzeniu w czarną dziurę, do której trzeba wskoczyć, ale trochę się boisz, bo nie widać dna?

A jeżeli tak, to rozwiązanie jest przecież jedno: skoczyć do środka i zobaczyć, co będzie dalej.

Więc skaczę. A jak połamię nogi, to cóż – zrosną się, czyż nie?
W końcu będzie dobrze.