Kiedy skończyłam naście lat i weszłam w wiek, w którym zaczął się czas masowych zaproszeń wszędzie, gdzie tylko się da i wychodzenia „na miasto”, domówki, imprezy i szalone wypady, odkryłam, że coś ze mną jest nie tak. Bo gdy inni modlili się, żeby ktoś ich gdzieś zaprosił, ja błagałam w duchu, żeby o mnie zapomnieli. Chociaż jeden, cholerny raz.

DZIWAK ZOSTAJE W POKOJU

Gdy na obozach ludzie wychodzili na miasto i zatrzaskiwały się za nimi drzwi, oddychałam z ulgą. Naprawdę. Nic mnie tak wtedy nie cieszyło, jak ta godzina lub dwie dla siebie. Sama w pokoju. Bez ludzi.

Boże, wtedy właśnie odpoczywałam.

Ale nikt tego nigdy nie rozumiał. Byłam dzikusem. Dziwna jakaś. Nigdzie nie chodzi. W pokoju siedzi. A mnie po prostu na maksa nie bawiło żadne wychodzenie, bo ja się w tłumie męczę i każde takie wyjście wymaga ode mnie generowania kolejnej dawki energii, której na obozie sportowym i tak było mało – głównie dlatego, że treningi wysysały z ciebie wszystko. Czasami, pod presją, zmuszałam się do wyjścia, za każdym razem myśląc, że będzie super i będzie mi się podobać, ale zgadnijcie co.

Nigdy tak nie było.

Nie dlatego, że nie lubiłam moich kolegów: swoją grupę lubiłam bardzo, zwłaszcza przez ostatnie dwa-trzy lata mojego trenowania. Ale nie lubiłam grupowych wyjść i przez wiele lat uważałam, że coś ze mną jest nie tak. Bo wszyscy się dobrze bawią, a ja jakoś tak… nie.

CO JEST ZE MNĄ NIE TAK?

Po pewnym czasie zaczęły się wyrzuty od znajomych. Bliższych i dalszych koleżanek. Bo ty ciągle nie masz czasu, bo ty nie chcesz się spotykać, nie chcesz wychodzić, wolisz w domu pić herbatę, a ile można pić tą cholerną herbatę? Czy ty chcesz, żebyśmy umarły z nudów, we dwie?

Długi, długi czas myślałam, że to moje lenistwo – naprawdę. Że po prostu mi się nie chce. Więc zmuszałam się do wyjść z grupą osób, do grupowych spotkań, na których zawsze bawiłam się średnio i to nie dlatego, że ludzie byli źli, bo byli super, ale dlatego, że coś było ze mną nie tak. Że mnie to męczyło, i jeszcze godzina była okej, ale już trzy-cztery to koszmar. Marzyłam o tym, by wrócić do domu.

Zawsze uważałam się za ekstrawertyka. Nie jestem nieśmiała, nie mam problemu z zagadaniem do obcych ludzi, ba, można mi dać mikrofon i ja coś do niego powiem, nawet, jeśli stoi przede mną tłum. Na Boga, ja przecież prowadzę dwa blogi, czy można być bardziej osobą pożądającą uwagi? Nawet jeden blog mi nie starcza! Ludzie, ja mam jeszcze kanał na youtube!

TAKA JESTEM

Jakieś dwa lata temu trafiłam na artykuł – „rzeczy, które zrozumieją tylko introwertycy”.

I wszystkie grafiki były o mnie.

To był pierwszy raz, kiedy wreszcie poczułam, że jest ktoś jeszcze, kto mnie rozumie i nie uważa mojego zachowania za bycie dzikusem. Ba, tych ludzi jest chyba więcej, nie? Nie tylko ja muszę ładować baterie po spotkaniu z grupą znajomych. Nie tylko ja uważam samotny weekend w domu za coś lepszego niż dwa dni w spa z masażem wykonywanym przez samego Deana Winchestera z Supernatural. Wreszcie jakieś głupie memy w necie, które nie oskarżają mnie o bycie dzikusem, o nie lubienie kogoś, o odcinanie się, blablablabla.

Nie zrozumcie mnie źle: zdaję sobie sprawę, że typy ludzi i inne podziały to tylko podziały. Mniemam, że to jak z somatotypami – rzadko kiedy znajduje się idealny i „czysty”, raczej spotyka się „mieszanki”. Nie szufladkuję się – „jestem introwertykiem/nie jestem introwertykiem”. Ja dwa lata temu po raz pierwszy po prostu odkryłam, że to, że jestem „dzikusem” wcale nie jest dziwne. Jest normalne i nie tylko ja tak mam.

Zaczęłam rozumieć, że taka po prostu jestem. I to akceptować. Nie zmuszam się do wyjścia, jeśli go nie czuję i nie mam na nie ochoty. Przestałam mieć wyrzuty sumienia, że ciągle komuś odmawiam/że coś mnie omija/że tracę – nic nie tracę, bo przecież w tłumie nie bawiłabym się dobrze i tak.

Ludzie słysząc, że jestem tego typu osobą, zaraz zaczynają uważać, że źle się bawię w ich towarzystwie albo ich nie lubię. Wszystko zawsze biorą do siebie i nie potrafią zaakceptować, że po prostu w trochę inny sposób wyglądają u mnie bliskie relacje.

Kocham spotykać się ze swoimi przyjaciółmi w małych grupkach. To nie jest tak, że nie lubię spędzać z nimi czasu – lubię. I zawsze bawię się dobrze. Nie spotykam się z nikim z poczucia obowiązku – chcę to robić! To, że ktoś jest – dobra, uprośćmy to na potrzeby tego tekstu – „introwertykiem”, nie znaczy, że marzy tylko o tym, żeby zamknąć się w piwnicy i z nikim nie rozmawiać. Tak samo jak inni kochamy swoich przyjaciół, po prostu jesteśmy trochę jak smartfony i jak się nas zużyje na spotkaniu, to potem musimy się podładować. W samotności. Nie, to nie znaczy, że cię nie lubię albo się z tobą nudzę! Po prostu taka jestem.

I wreszcie dorosłam do tego, żeby za to nie przepraszać. Żeby ciągle nie czuć się winna za to, że nie chcę wyjść na dużą imprezę albo nie mam dziś ochoty się spotkać i wolałabym jutro.

Nie będę przepraszać za to, że taka jestem.

Total
3
Shares