Ania zawsze była grzeczną córką. Dobrze się uczyła, nie wychodziła ze znajomymi po godzinie 22 i przed osiemnastką nie piła piwa, bo nie chciała rozczarować swojej mamy. Kiedy rodzice zdecydowali, że chcą mieć za córkę panią doktor, Ania grzecznie kiwnęła głową i złożyła papiery na odpowiednią uczelnię. W trakcie studiów miała depresję, bo za nic nie chciała zostać lekarzem, ale kiedy powiedziała o tym ojcu, prawie dostała po tyłku. Skończyła studia, dostała pracę w szpitalu. Ma męża i dzieci.Ania nawet przez chwilę nie była szczęśliwa. […]
Jak powinno wyglądać TWOJE życie?
Ania zawsze była grzeczną córką. Dobrze się uczyła, nie wychodziła ze znajomymi po godzinie 22 i przed osiemnastką nie piła piwa, bo nie chciała rozczarować swojej mamy. Kiedy rodzice zdecydowali, że chcą mieć za córkę panią doktor, Ania grzecznie kiwnęła głową i złożyła papiery na odpowiednią uczelnię.
W trakcie studiów miała depresję, bo za nic nie chciała zostać lekarzem, ale kiedy powiedziała o tym ojcu, prawie dostała po tyłku. Skończyła studia, dostała pracę w szpitalu. Ania nawet przez chwilę nie była szczęśliwa.
Niektórzy mówią, że to życie pisze nam scenariusze. Niekoniecznie. Czasami piszą je nam inni ludzie, a my, jak te potulne owieczki, w ogóle go nie czytając bierzemy tak, jak leci. A potem żyjemy życiem. Czyim? Na pewno nie swoim.
SZTUKA WYBORÓW
Zauważyliście, że często coś powinniśmy? Powinniśmy skończyć studia, powinniśmy mieć odpowiednią pracę, powinniśmy wziąć kredyt na dom i iść na swoje, powinniśmy mieć dzieci, powinniśmy chodzić do kościoła, kiedy jesteśmy starzy, bo przecież – co innego nam zostało?
Rodzice, bliscy, znajomi, nieznajomi – ogólnie rzecz biorąc, społeczeństwo – daje nam do ręki plik arkuszy, w których mamy szczegółowo i w punktach – jak dla idioty – rozpisane jak ma wyglądać nasze życie. Jakie etapy mamy przeżywać krok po kroku, na jaki kierunek powinniśmy iść, gdzie powinniśmy mieszkać i z kim powinniśmy się związać. Rozplanowali nam prawie wszystko: nawet starość, bo przecież jak jesteś stary, to powinieneś chodzić o lasce, słuchać Radia Maryja i drzeć się na dzieciaki biegające po podwórku. Powinieneś jeździć tramwajem o siódmej rano bez całkowitego celu i kupować w Biedronce kruche ciasteczka dla wnucząt.

Sztuka życia polega na tym, żeby ten plik kartek wywalić. Nie za siebie, bo będzie cię to prześladować: wywalić w ogóle. Do śmieci. Do spalenia. Na wysypisko, na które nikt nigdy nie zajrzy.
A potem trzeba usiąść przy biurku, zaparzyć sobie herbaty i zastanowić się: jak moje życie ma wyglądać?
COŚ ZA COŚ
Wiesz dlaczego jestem pewna, że się uda? Bo ludziom z pasją się udaje. Bo ludzie, którzy naprawdę chcą i którzy wkładają dużo pracy w to, żeby dopiąć swojego celu, osiągają sukces. Bo chociaż rodzice się na początku gniewają, ludzie wyśmiewają, a najbliżsi znajomi odwracają to potem się okazuje, że BYŁO, DO JASNEJ CHOLERY, WARTO. Bo zaczynasz żyć swoim życiem, tak, jak chciałeś.
To nie jest tak, że teraz nie ma warunków i musisz iść na ten kierunek, bo po innym nie ma pracy; to nie jest tak, że nie możesz teraz zrobić czegoś innego i się przekwalifikować: wszystko zależy od ciebie. Od tego, czy pokonasz strach. Bo istnieje mnóstwo przykładów ludzi, którzy postawili pierwszy krok nie wiedząc, czy tam, gdzie idą, jest dziura czy droga. Ale chcieli i się starali.
I okazało się, że był tam stabilny asfalt.
W OSTATECZNYM ROZRACHUNKU
Kiedy mówię takie rzeczy, ludzie zwykle prychają z niedowierzaniem: łatwo się mówi! Pewnie, że tak. Oczywiście, że o wiele łatwiej stać na mównicy i zaganiać do spełniania marzeń. Mam 20 lat i na pewno nie znam wielu mądrości życiowych, ale jednego zdążyłam się już nauczyć: że życie jest naprawdę tylko jedno i że bardzo, ale to bardzo łatwo je stracić. Ot, wystarczy, że z dnia na dzień coś się stanie z twoim zdrowiem. Możesz nagle zachorować, wpaść pod samochód, ulec wypadkowi. Nie zdarza się? Zdarza. A że nie dotyczyło do tej pory ciebie?
Nigdy nie mów nigdy.
NIE BĄDŹ IGNORANTEM
Nie chodzi mi o to, żeby przestać słuchać swoich rodziców czy przyjaciół, bo “przecież nikt nie będzie kierował twoim życiem“: nie. Nie możesz być dumnym, butnym dupkiem, który ma gdzieś zdanie wszystkich, bo przecież wie lepiej i sam będzie układał swoje życie. Pokora też się przydaje w spełnianiu marzeń. Rad słuchać trzeba. Tych dobrych i złych. Wskazówek też. Ale brać je pod lupę: czy rzeczywiście to jest coś, co chciałbym zrobić? Czy to droga, którą chcę podążyć?

Niektórzy mówią, że teraz to już za późno. Że czegoś nie można zrobić, bo już się nie da. Uwierzcie mi: DA SIĘ. Słyszałam kiedyś historię o 52-latku, który nauczył się programowania i teraz z tego nieźle żyje. Znam historię mężczyzny, który pracuje 50 dni w roku, a przez resztę sobie beztrosko bimba. Nie dlatego, że się urządził albo miał bogatych rodziców. Dlatego, że zrobił pierwszy krok. A potem już poszło.
Z pasji naprawdę da się wyżyć. Trzeba chcieć i trzeba mieć pomysł. Potem samo już idzie. MUSISZ CHCIEĆ. Musisz pracować. Czasami zapierdzielać, czasami się nie wysypiać… ale przynajmniej na swoich warunkach. Pewnie, że brzmi bajkowo. Oczywiście, że to bardzo idealistyczne. Może trochę naiwne.
Ale prawdziwe. Jestem o tym przekonana.

Popieram ten wpis całą sobą. Sama od grudnia walczę o swoje. Nie jest łatwo, ale nie poddam się za cholerę. Gdybym się nie sprzeciwiła rodzicom, teraz byłabym zajebiście nieszczęśliwa.
Oj, taki wpis w takiej chwili… czytasz mi w myślach? Już sprzedałam Ci duszę? 😉
Dzięki! Właśnie podjęłam decyzję dotyczącą kierunku na studia, a raczej zmieniłam ją. Na swoją. I teraz walczę, i wiem, że warto, bo wszystko robię dla siebie i tak, jak JA chcę! Rodzice jeszcze nie wiedzą, ale im krócej będą przeżywać, tym lepiej dla wszystkich. I tym razem się nie ugnę. Bo tacy ludzie jak Ty dają mi kopa w tyłek i zmuszają do działania.
Jeśli czyta mnie ktokolwiek, kto się nad wyborem studiów zastanawia – mama/tata nie będą się za Was uczyć, zarywać nocy, zdawać egzaminów i szukać pracy. Owszem, jak pisała Marta – czasem warto posłuchać. Ale nie stosować się w 100%. Znaleźć swoją drogę i uczyć się od innych. Uczyć, nie pokornie dostosowywać się do ich poleceń.
Wpis świetny,ale czasem w natłoku tych wszystkich oczekiwań, rodziców,rodziny i innych dobrze życzących nam osób,ciężko odnaleźć samego siebie,ale trzeba szukać.Marzyć i mieć odwagę,aby sięgać po to czego się pragnie! 😉
Uwielbiam Twoje wpisy! <3
Nic dodać, nic ująć! Popieram w 100%!
Wszystko jest możliwe. A niemożliwe? Wymaga po prostu więcej czasu 😀
Zgadzam się w 100%! Świetny wpis i bardzo motywuje do walki o SWOJE cele 🙂
Właśnie jakbym widziała sytuacje z mojego życia, tuż sprzed matury. Wszyscy wkoło wysyłali mnie na prawo, bo rodzina chciała mieć prawnika w rodzinie. Bo wujek załatwi mi pracę gdzieś tam, bo ma znajomych. Ja owszem rozważałam prawo, ale potem dałam sobie spokój stwierdziłam, że nie jest to warte. Jednak wszyscy próbowali we mnie wmusić, by iść na prawo całe otoczenie. Jak się tam nie dostałam to cieszyłam się jak dziecko. Kiedy tym czasem ja bardziej kierowałam się w stronę politologii lub dziennikarstwa. Ostatecznie na dziennikarstwo nie poszłam, ale na prawo też nie. Swoje studia wybrałam dwa miesiące przed maturą. Powiedziałam, że nie, na prawie świat się nie kończy. Po raz pierwszy postawiłam na swoim, po tym jak rodzice wysłali mnie do miejscowego liceum, w którym przez jakieś 50% czasu tam spędzonego źle się czułam, w końcu postawiłam na swoim. Szczerze nie żałuje! Co prawda teraz rodzice próbują ożenić mnie z ewentualnym pójściem na doktorat, póki co odpieram to. Chociaż czasami myślę, że jeśli znalazłabym jakiś fajny temat, to może. Jednak nie od razu po studiach, tylko ewentualnie dwa lata później, tak żeby pójść do jakiejś pracy i zweryfikować, ewentualne kwestie co do tego, czy chcę, czy w ogóle w życiu mi na coś się to nada.
mnie też rodzice, zwłaszcza mama, bo tata się nie mieszał, kierowali na studia, ale sama stwierdziłam inaczej, za argument dając ‘ syna pokierowałaś i co z tego wyszło?’ (brat olał studia). może mój wybór nie był najtrafniejszym, bo rozminął się z wyobrażeniem, ale był mój.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Swietnie to ujelas. Wszystko jest mozliwe tylko trzeba miec odpowiednie do tego pojecie
*podejscie
Ja, od kiedy rzuciłam studia tak się jaram życiem , że przyjaciele stwierdzili, że kompletnie mi odwaliło, ale ja nie mam chwili wolnej,pracuję, zarabiam, za miesiąc wyprowadzam się do mojego ukochanego Manchesteru, nie muszę się nikomu z niczego tłumaczyć i po prostu jest cudownie<3
Zgadzam się z twoim zdaniem. Mam taką małą uwagę, abyś jeśli możesz zwracała się konkretnie do kobiet, mężczyzn lub wszystkich zebranych tutaj, bo ciężko czyta się raz kierowany do kobiet a raz mężczyzn przekaz…
Trafiłaś w samo sedno;-)
Ok. Wszystko świetnie. Jestem jak najbardziej za. Sama dokonałam w swoim życiu totalnego przewrotu, by iść za swoimi potrzebami. Spakowałam walizkę, zostawiłam swoje poukładane życie i społeczne oczekiwania. Zamieszkałam w cudownym, europejskim mieście. Poczułam, że żyję. Wszystko było świetnie i spełniły się moje marzenia. Poczucie samospełnienia wypełniło każdy mój dzień.
Ta, jasne. Nie twierdzę, że się nie da. Jednak to kosztuje. O wiele więcej niż realizowanie społecznie narzucanych ról. Miałam chwile załamania, wątpliwości, depresji. Nawet po mimo wsparcia i zaufania bliskich mi osób. Na szczęście zawsze jest nadzieja. Codziennie toczę walkę o to, by żyć po swojemu. Nie będę ukrywała, że czasem tęsknię za tym poukładanym, nudnym życiem. Pracą, domem, byłym partnerem, baletem. Za obowiązkami, spokojem i bezmyślnością.
Później jednak przypominam sobie, że wygrałam o wiele więcej. Nawet jeśli pracuję teraz jako au pair. Nie realizuję zagranicznych projektów, jak dawniej. Nie wykładam także na Uniwersytecie, chociaż miałam taką okazję.
Po prostu jestem.
Trafnie, aż za bardzo! Z “historią Anii” zmagam się sama. Tak to już jest, kiedy nie chcesz zawieść innych przestajesz myśleć o sobie. I nagle stajesz się wrakiem, nie lubisz samej siebie, bo przecież nie jesteś już sobą. Masz mieć męża i dzieci- nie ważne, że Twój związek się rozpada, na widok dzieci dostajesz dreszczy i marzysz o podróży- wszędzie, byleby zobaczyć jak najwięcej. Aż w końcu taka “idealna” bańka pęka. Bardzo długo zajęło mi zrozumienie, że chodzi o moje życie, ale dziś (w przeddzień ćwierćwiecza!) mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jestem na swojej drodze. Zmieniłam wszystko i bardzo mi z tym dobrze! 🙂
Pozdrawiam 🙂
Taak…tylko jak z miłości do dzieci da się wyżyć…no ja bynajmniej tego nie widzę :/
I ja też się zgadzam. Od jakiegoś czasu stopniowo powoli odchylałam kartkę z ‘powinnościami’ i powoli odkrywałam tam właśnie takie hasła. Po drodze dostałam zresztą potwierdzenie że warto i to widać w życiu innych – tych, którzy chcieli i się nie poddali, a co za tym idzie potem im się udało.
A dzięki temu, że w końcu tą stronę przewróciłam to mogłam to zaobserwować w swoim życiu. Nawet jeśli masz wrażenie, że się nie da, że inni są murem, który nie pozwoli ci zboczyć z wyznaczonej drogi – warto się uprzeć. I nawet w ewentualności uczyć się na własnych błędach, ale ważne że błędach które wybrało się samemu i prowadzą cię one tam gdzie ty to sobie wybrałeś, o! 🙂
Tak, gdybym słuchała się rodziny pewnie wybrałabym się na medycynę lub prawo, bo w rodzinie przydałby się jakiś lekarz – jak to mówi moja babcia. Niestety, ja human, za bardzo się nie nadaję ani do tego, ani tego. Najważniejsze, to mieć nadzieję i optymistycznie patrzeć w przyszłość, a reszta sama przyjdzie – i przede wszystkim wierzyć w siebie i swoje możliwości 😉
Dzień po tym, jak miałem takie rozmyślania i to po raz kolejny, natrafiłem na ten wpis. To co piszesz to prawda, niektórzy są na tyle silni(?), żeby zdławić siebie i iść tak, jak mówili rodzice, trwać w tym, bo tak. Ja nie okazałem się tak silny i choć za każdym razem gdy dopadał mnie kryzys w stylu “czy to naprawdę jest to co ja chciałem?” udawało mi się zwalczać tą jak mi się wydawało słabość. I tak, będąc na skraju wyszedłem z dołka, zdałem semestr i myślałem, że najgorsze już za mną, że to były tylko chwile słabości. Myliłem się. Tego nie da się tak po prostu zostawić, nie da się wyrzec siebie. Jasne, w pewnym momencie można to zwalczyć ostatecznie, ale to wróci. Nie za 5, 10 lat, ale za 20 lat, i co wtedy?
Kiedy ktoś ma swoje plany, marzenia, wyobrażenia jak powinno wyglądać jego życie, to słuchając bliskich powinien dążyć do ich realizacji. Smutne jest, kiedy się ulega presji “scenarzystów”. To trudne, ale to jest element stawania się dorosłym, że naprawdę chcesz stanowić o sobie, i nie “buntujesz się” tylko przeciwko powrotowi do domu przed 23, ale mówisz “dziękuję za rady, ale ja już wiem co chcę robić i proszę was o jedno, wspierajcie mnie w tym”. Dopóki nie wyjdzie się ze scenariusza napisanego przez rodziców lub szerzej – bliskich, dopóty nie można się nazwać dojrzałym człowiekiem, bo dojrzały człowiek wie czego chce i zamierza wziąć za to odpowiedzialność. Pozdrawiam
Z jednej strony popieram ten wpis, ale z drugiej jestem nieco sceptycznie do niego nastawiona.
Jakie powinno być moje życie? Takie jak życie Marka Hłasko chociażby, zawsze o takim marzyłam. Oczywiście podróże, świetne studia, zero obowiązków, pełny artyzm i szaleństwo. Niestety, musiałam zostać w swoim mieście, oprócz pracy, projektów pozauczelnianych (kultura i nauka), uczelni (stypendium, kolejne projekty, kursy), opiekuję się domem i trójką młodszego rodzeństwa. Nie szaleję, bo nie mam na to czasu. I czasami trochę żałuję. Ale z drugiej strony… piszę i publikuję, stąd staram się liznąć kultury i tego wszystkiego co miałam mieć od ręki gdzieś indziej. A przecież nie jestem bez pasji. Mogłabym to wszystko kopnąć, kopnąć rodzeństwo, pracę i spełniać marzenia od razu. Ale czy w życiu chodzi tylko o myślenie o swoim tyłku? Czasami plany i marzenia trzeba dostosować do okoliczności. Kurcze, właśnie uświadomiłam sobie, że w swoim życiu dwa razy nie posłuchałam rodziców przy bardzo ważnych wyborach. I to są jedyne dwie rzeczy, których tak bardzo żałuję w życiu. Bo gdybym posłuchała to byłabym zupełnie innym człowiekiem w zupełnie innym miejscu i innym świecie. Nie wszystko zawsze jest takie proste. Nie stać mnie na zaoczny kierunek ścisły o którym marzę (studiuję humanistyczny), ale dokształcam się sama. Mogłabym na niego pójść gdybym zrezygnowała z pracy lub stypendium rektorskiego. Ale czy to znaczy, że tę pasję też odrzuciłam?
Podsumowując: życie bywa różne, ale i je trzeba ujarzmiać z glową.
Zawsze jak myślę o życiu Marka Hłaski, to mnie te myśli przytłaczają. Dla mnie jego życie było nieszczęśliwe, sprawiał wrażenie osoby niezrozumianej i niespełnionej. Nie chciałabym się z nim zamienić.
Nie mniej jednak w całym tym artystycznym nieszczęściu dla mnie znalazłoby się szczęście. Przecież mit o tym, że aby być artystą trzeba cierpieć (a tylko takie bycie daje mi szczęście) pokutuje w prawie każdej głowie.
Nigdy nie jest za późno!!! Ja przeżyłam swój bunt w nader późnym wieku i czuję że dopiero teraz żyję tak jak chcę, a to i tak dopiero początek 😀
jak miło usłyszeć takie słowa ! 🙂
Heh, akurat niepicie alkoholu i niebalowanie po nocach przed 18 nie wydaje mi się specjalnie rzeczą, którą trzeba ‘łamać’, żeby móc napisać swoje życie samemu- znam takich, którzy wiele przez to stracili. Są takie porady, których lepiej słuchać bo przemawia przez nie mądrość życiowa innych- którzy już te błędy popełnili, jestem zdania, że nie wszystko trzeba przezyć na własnej skórze- lepiej niekórych pomyłek uniknąć. A jednocześnie trzeba umieć ogarnąć się wewnętrznie, mieć wyczulony radar ‘do wewnątrz’, nie ulegać presji tych, którzy ciągną w dół. Jednym zdaniem: trzeba dać sobie warunki do dojrzewania.
Ania zawsze była niegrzeczną córką. Źle się uczyła, spędzała całe noce poza domem, przed osiemnastką wpadła w alkoholizm, bo chciała rozczarować swoją mamę. Kiedy rodzice zdecydowali, że chcą mieć za córkę panią doktor, wypięła się na nich i nie założyła papierów na żadną uczelnię. Nie skończyła studiów, nie znalazła pracy. Nie ma męża ani dzieci. Ania na pewno jest bardzo szczęśliwa 😀
Tak moim zdaniem trzeba odrzucić szufladki. Dostanie się po łapach, ale. Warto., Ciągle od nowa nawet za o dostawani po łapach iść jak kot własną ścieżką.
Nie do końca zgadzam się z tym, że można wybrać studia na zasadzie “lubię ludzi to pójdę na socjologię”. Studia wybiera się w momencie kiedy wielu ludzi nie ma jeszcze bladego pojęcia czym chce zająć się w życiu, czemu cche się poświęcić, jak wybrać by za 10lat nie przezywac każdego dnia 8-godzinn ej gehenny. Pasja zawsze się obroni, jeśli jest prawdziwa i odpowiednio wcześnie się ją odkryje to studiami można ją rozwinąć. Ale pasja to coś więcej niż “lubię”. Jeśli się jeszcze w sobie nie odkryło tego czegoś to studia powinny byc wyborem który w przyszłości cos faktycznie da, ktory stanie się pomocą, wyjściem, ktory pozwoli przeżyć. Miliony poszły na socjologię, administrację, zarządzanie… i co? I rynek pracy smieje im się w twarz. Bo nie są genialni w tych dziedzinach tylko mierni, a miernych jest na pęczki, a że rynek pracy nasycony to sorry ale dyplomem mogą tylko ognisko w kominku rozpalić.
Mam 2 razy tyle lat co ty i przyznaję – wszystko o czym tu napisałaś to święta prawda! Tylko, że jeszcze dzisiaj dziwię się dlaczego znakomita większość dorosłych jest tak okrutna, że zadręcza młodych swoimi oczekiwaniami. Wikłają ich w pajęczą sieć powinności, szantażują odcięciem od “wodopoju” itd. Młodzi ludzie często naprawdę muszą wykazać się charakterem i siłą woli, żeby nie ulec wpływom silniejszych od siebie.
Przydał mi się taki kopniak.
Czytając zastanawiałem się czy napiszesz o tym Programiści i się nie zawiodlem!
Dopiero skończyłam 1 rok studiów, a ile już się nasłuchałam. Bo “marnować taki mózg” (zawsze byłam dobra z przedmiotów ścisłych, zwłaszcza matmy) i iść na studia nie na polibudę? Gdzie ja niby będę pracować? Za ile? W Macu? A było iść na informatykę/ mechatronikę/ (wstaw inny kierunek z fizyką, której nienawidzę). Mam nadzieję, że jeszcze mi się uda wszystkim udowodnić, że się mylili, skończę studia i będę zarabiać w zawodzie, który mi się podoba 😀
Super post. Niby to takie oczywiste, a wielu ludzi i tak się nie stosuje i podąża ścieżkami, których sami w życiu by dla siebie nie wybrali…
A ja mam niestety problem z tym.Skonczylam studia ktore mi sie podobaly,moze malo przyszlosciowe ale przedmioty lubilam. Zrobilam aobie kurs rachunkowosci 1 stopnia chcialam sie przekwalifikowac ale nigdzie nie chca wziac do pracy (przez bezplatne praktyki nie dam rady sie utrzymac) Pracuje teraz w miejscu gdzie sie nudze,nie rozwijam sie .Pracuje tu niecaly rok ale juz mnie meczy ta praca. Nie mam pojecia co robic.Mysle o kursie 2 stopnia by zaczac. Od padziernika moze to bedzie wiecej znaczylo.. Ale szczerze co jakis czas pojawia mi sie nowy pomysl na zycie ja nic z tymnie robie.Bo boje sie kosztow i ze je poniose nipotrzebnie… A czesto o nie mala kasa 🙁 jak sie zdecydowac na cos 🙁 ja czuje sie staro juz, i niestety mammysli ze nie osiagne nic zawodowo bo nie wiem co 🙁 a chcialabym byc zadowolona ze swojej pracy uczyc sie rozwijac:-) a tu marazm 🙁
Opisałaś moje życie i to mnie dzisiaj dobiło 🙁
Poddałam się wpływowi “przyjaciółek” i pozwoliłam aby obniżyły moją samoocenę. Minęło 10 lat odkąd bez słowa pożegnały się ze mną, a z przekonaniem jaka jestem beznadziejna walczę do dziś. One dziś żyją pełna piersią, gdy ja ciągle szukam siebie.
Poddałam się gdy rodzice wybrali dla mnie kierunek studiów. Przez 3 lata dusiłam się własnym cierpieniem, ale nie mogłam powiedzieć “dość”, bo mieszkałam z nimi i musiałam żyć według ich zasad. Wyprowadzić też się nie mogłam, bo nie miałam własnych źródeł utrzymania.
Poddałam się i zrezygnowałam z miłości, bo była to miłość wbrew wszystkim.
Poddałam się kiedyś i teraz gdy od 10 lat walczę z chorobą jestem sama. Żałuję swojego życia, tych najlepszych lat młodości, ale czytając Twojego bloga zaczynam odzyskiwać wiarę w to, że życie może mieć dla mnie jeszcze coś do zaoferowania.
Dziękuję Ci Marto za to co dla nas robisz :*
Całkowicie się zgadzam. Najbardziej z tym, że to trudne. Ale możliwe! Nie chciałam iść na studia jak wszyscy a jednak poszłam z woli ojca, który pokładał we mnie wielkie nadzieje. Zrezygnowałam w drugim semestrze. Był wściekły. Poszłam na inny kierunek. Sytuacja identyczna. Ale po prostu nie mogłam tak żyć. Do tej pory nie może mi wybaczyć, że chcę spełniać swoje marzenia, nie jego. Teraz robię sobie przerwę by zająć się swoją pasją, odpocząć. I choć od dawna mieszkam I utrzymuję się sama, sama opłacałam też mieszkanie I studia od samego początku to czuję jego żal, jakby wiele przeze mnie stracił. Nie mam jednak zamiaru się poddać mimo trudności, bo właśnie teraz jestem szczęśliwa.
Jeśli natomiast chodzi o Twój stosunek do pewnych spraw to mogę mieć czasem odmienne zdanie, ale bardzo mnie inspirujesz I motywujesz. Pokazujesz, że można i jak można. Podziwiam twoje zaparcie I odwagę. Tak trzymaj I nie zmieniaj się! Jesteś świetna jaka jesteś 🙂
dobry tekst 🙂 zwłaszcza fragment o tym, że nigdy nie jest za późno na pierwszy krok 🙂
No jasne, że się da! Znam osobę, która pracuje 3-4 miesiące w roku, a przez resztę roku beztrosko sobie bimba, tak jak napisałaś 🙂 I nie dlatego, że ma bogatą rodzinę, ale dlatego, że zrobiła ileś lat temu pierwszy krok.
Czuję się mega szczęściarą mając mamę która nie wtrąca się w to co robię, jednocześnie bardzo mnie wspierając i szanując moje decyzje. Pamiętam jak była zaniepokojona, gdy kiepsko się uczyłam bo wolałam rysować, co przeszło jej już zupełnie, gdy zaczęłam zarabiać z tego swoje pierwsze pieniądze.
Nie miała też problemu z tym, że nie zdecydowałam się na studia – widziała, że mam inny, dziś mogę powiedzieć nawet, że lepszy plan. jest ze mnie dumna, cieszy się, że mam pasję i ją rozwijam. Nie ocenia mnie swoją miarą, wie, że na wszystko jest czas – sama mi to udowodniła robiąc niedawno maturę ( w wieku 48 lat) i idąc na studia. Ja może też kiedyś na jakieś pójdę, teraz nie mam czasu – jestem zajęta spełnianiem marzeń <3
Najważniejsze to właśnie słuchać siebie. Robić to co chcę JA, a nie to, co inni oczekują ode mnie. Bo inni i tak będą gadać co mamy robić, bo są przecież mądrzejsi. Ważne, by ich nie słuchać za bardzo 😉
Marta, a możesz rozwinac opowiesc o kims kto pracuje 50 dni w roku a reszte bimba? 🙂 czasem szukam motywacji i szukam wlasnie takich historii :))
Dodam jeszcze swoją refleksję: gdy podążamy za cudzym scenariuszem to jeśli on się nie powiedzie to winą zostajemy obarczeni my. I co wtedy?
Ludzie się pogniewają, oburzą naszym buntem, własnym scenariuszem, ale w końcu im przejdzie. A jak nie to chyba dobrze jeśli nie będzie ich już w naszym otoczeniu.
A u mnie właśnie wczoraj legło w gruzach wyobrażenie o mojej przyszłości. Nie dostałam się do wymarzonej szkoły (3,4 pkt brakowało ;-;). Teraz w zasadzie nie wiem co mam robić. Nie za bardzo chciałam, iść do szkoły drugiego wyboru (ba! nawet nie sądziłam, że mnie nie przyjmą do szkoły pierwszego wyboru! średnia 5,17, z egzaminu 87,6 na 100 możliwych punktów i jeszcze 2 pkt za wolontariat). Nie wiem co to za mutanty tam się podostawały. Boję się że nie dostanie się tam wpłynie negatywnie na mój rozwój ;-;.
Na pewno nie dostanie się do szkoły nie wpłynie negatywnie na Twój rozwój. Moim zdaniem, szkoła nie ma żadnego wpływu na Twój rozwój. Ty sama masz wpływ na swój rozwój i tylko od Ciebie zależy to czy będziesz się rozwijała czy cofała.
Wiem z własnego doświadczenia, pomimo że byłam w świetnym liceum, miałam w klasie chłopaka, który totalnie nic nie robił, ciągnął na 2-3 i ledwo zdawała do następnej klasy, przed maturą stwierdził, że w ogóle nie tego spodziewał się po tej szkole, jego rodzice na wywiadówkach ciągle zarzucali nauczycielom, że nie potrafią ich syna uczyć…
Mam też przyjaciółkę, która nie dostała się do żadnego z liceum do którego składała papiery, złożyła więc papiery do liceum do którego miała blisko i które niestety miało bardzo słabe wyniki i reputację. Była na rozszerzeniu biol-chem, ale rozszerzenie to za dużo powiedziane.. Sama codziennie po dwie godziny uczyła się tematów, jednego dnia z biologii, drugiego z chemii, spotykała się raz w miesiącu z koleżanką z kierunku na który chciała się dostać w ramach “korków” (zaprzyjaźniły się więc były to bezpłatne korki, takie nakierowanie na co zwrócić uwagę i czego się uczyć). Po trzech latach takiej pracy, moja przyjaciółka jako jedyna z tamtego liceum dostała się na swój wymarzony kierunek.
Więc jak widać.. najbardziej negatywnie na Twój rozwój wpływasz Ty sama.
Powodzenia! 🙂
dziękuje, wiem, że to wszystko zależy odmnie, aczkolwiek takie nie przyjęcie mocno obniża samoocenę. Chociaż nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Może jeszcze będę się cieszyć, że się nie dotałam
Myślę, że przepis na sukces to:
1. komunikatywność, pewność siebie, nawiązywanie kontaktów
2. pasja
3. ciężka praca, konsekwentność
Bez pierwszego drugie i trzecie nie wypali. Można kochać coś robić, systematycznie się rozwijać, ale bez zdolności komunikacji z ludźmi, nie ma szans na pokazanie swojej wiedzy światu. Smutne, ale prawdziwe. Osoby nieśmiałe mają baardzo pod górkę, jeżeli chodzi o rzucenie wszystkiego i zaczęcie w zupełnie innej branży :<
Całkowicie się zgadzam! Jak zwykle świetny tekst! Musisz chcieć! <3 i pamiętajmy, że ograniczenia są tylko w naszych umysłach!
Jeśli praca jest pasją to tak jakby ciągle się było na wakacjach. Ja bardzo lubię swoją pracę, ale czy jest pasją to nie wiem 🙂
Jestem już dużą dziewczynką. Mam 27 lat, męża, dziecko i mieszkanie na kredyt, a moja rodzinka i tak stara się mną kierować jak tylko może. A ja jak najpierw wyleciałam z gniazda szybko i pod wpływem impulsu i nie oszukuję była to najlepsza decyzja w moim życiu, tak teraz po tych 9 latach wolności dałam się wmanewrować w pisanie scenariusza mi, ale ale walczę z tym i wiem, że wygram. 🙂 Nie raz mój bunt na dobre mi wychodził.
Kurcze kurcze ! Jakie to prawdziwe 🙂 Dzisiaj idę pierwszy raz do jak na razie wakacyjnej pracy, stres jest ale jest cel, w sumie nie parcie na pieniądze ale żeby coś w końcu wpisać do CV, praca sama hmmm może nie trudna ale zupełnie nie w moim kierunku, mimo to zdecydowałam się na nią, trzeba poznać wiele rzeczy, żeby później wiedzieć aha tam już nie wrócę było strasznie 😛 Ja właśnie tak miałam, trochę życie pisało mi samo scenariusz miałam mało wyborów własnych głównie zostałam postawiona przed faktem dokonanym w pewnych sprawach, i w końcu powiedziałam dość, czas zabrać się za swoje życie tak jak ja chcę żeby było. Pany na razie prawie żadne, bo studia trzeba skończyć ale w sumie to jeden wielki krok by wszystko się udało, plany może zwykłe, rodzina, dom ale coś jeszcze co w końcu chcę żeby było tak jak ja chcę, bez innych ludzi, innej gatki. I chodź teraz jest dla mnie trudny okres czasu i nie wiem czasami czy dobrze robię, jednak 1 krok zrobiony i trzeba iść dalej. Czasami warto mieć klapki na oczach i skupić się na własnym życiu, nawet usłyszałam już, że jestem egoistką bo zawsze najpierw martwię się o siebie, no tak mam 20 lat jestem w obcym mieście na studiach, już nikt inny o mnie nie zadba jak ja sama,nikt nie powie Paulina wstawaj. Ehh ja to się zawszę rozpisuję pod twoimi postami jak szalona 😛 Ale co w sumie mam na myśli kurde Marta dobrze gadasz, tak oczywiste sprawy przelewasz na papier i umiesz powiedzieć w prost. Super ! 🙂 Pozdrawiam