Świata nie zbawisz, czyli 5 sposobów na to, żeby przejmować się mniej

Znasz to uczucie, kiedy masz już dosyć i chciałbyś wyluzować, ale w głowie ci jeszcze siedzi, że musisz zrobić projekt X i nauczyć się na Y? Czy czasami ktoś ci powiedział – celowo lub nie- coś niemiłego i przeżywałeś to przez następne trzy dni? Czy bywają momenty, w których tak się stresujesz, że zaraz zniesiesz jajko, a tak naprawdę nie ma się czym przejmować?
Jeśli tak, przybij piątkę. Jesteśmy tacy sami. A teraz mam dla ciebie kilka rad, które pozwolą ci mieć więcej rzeczy w czterech literach i przestać się tak przejmować.

Gdybym miała czwarte imię (bo drugie i trzecie mam) nazywałabym się Przejmowaniem. Jestem w tym mistrzem. Potrafię się przejmować tym, że jest prawdopodobieństwo, że ktoś mnie okrzyczy. Przejmuje się też tym, że jutro będzie padać, że mogę się spóźnić, że może autobus nie przyjedzie i że nie pamiętam, czy dosypywałam Nitce kocie chrupki do miski, a jestem cały dzień na uczelni i mi umrze z głodu, lub, ewentualnie, znów przyczepi się do jakiejś wystającej gdzieś taśmy klejącej, a potem ją ładnie zwróci na środku przedpokoju, razem z kulką kocich kłaczków.

IMG_9622

Tyle, że tak się nie da żyć. To znaczy: da się, ale co to za życie, kiedy prawie codziennie jest coś, czym się przejmujesz, martwisz, stresujesz albo denerwujesz? Dlatego od jakiegoś czasu podjęłam z moim przejmowaniem się walkę i myślę, że idzie mi na tyle dobrze, że mogę pokazać wam kilka moich trików, które pozwalają mi mieć jakieś rzeczy gdzieś.

Albo przynajmniej trochę gdzieś.

JAK SIĘ MNIEJ PRZEJMOWAĆ?

Dobra. Wiem, co zawsze mówią znajomi – pewnie wasi też. „Po prostu się przestań przejmować”.

Dzięki za radę, geniuszu. NIE WPADŁABYM NA TO.
A tak serio: gdyby to było takie łatwe, to każdy by tak robił. Ale nie jest. Wypracowałam sobie jednak parę metod, które są niebywale pomocne w walce z uczuciem pod tytułem o-rany-jak-ja-się-przejmuję-i-stresuję-niech-to-się-już-skończy.

#1 NAJPIERW ZASTANAWIAM SIĘ: CZYM JA SIĘ WŁAŚCIWIE PRZEJMUJĘ?

Czyli na chwilę pokonuję niepokój i logicznie próbuję pomyśleć, czy przejmuję się czymś, na co mam wpływ, czy czymś na co nie mam wpływu. Żadnego. Widzicie, to kwestia istotnie ważna, ponieważ jest różnica, czy przejmuję się tym, że oddam coś klientowi później i dostanę za to zasłużony opiernicz, czy też ktoś napisał mi w komentarzu że jestem brzydka no i mam zeza, i z tego powodu się łamię.

Ludzie jednak mają ten problem, że przejmują się tym, co i tak nie jest w ich rękach. Stresujemy się sytuacjami, na które nie mamy żadnego wpływu. Nie mam żadnego wpływu na to, że ktoś mnie obrazi w komentarzu. Mogę taką wypowiedź zignorować, albo zrujnować sobie wieczór siedząc w kącie i prowadząc z taką osobą zażartą dyskusję, która prowadzi donikąd. Pytanie tylko: po co? Co mi to da oprócz kolejnego stresu?

#2 ZACZYNAM DZIAŁAĆ

Kiedy już dojdę do tego, do jakiej kategorii należy moje przejmowanie się, robię odpowiednie kroki:

a) Jeżeli to coś, na co mam wpływ, myślę, co mogę zrobić, żeby chociaż trochę poprawić sytuację. Wracając do przykładu z klientem – piszę maila z przeprosinami. Jeżeli stresuję się kolokwium – czytam jeszcze raz notatki. Jeżeli martwię się kłótnią z mamą – dzwonię i przepraszam albo jakoś staram się załagodzić sprawę.

W każdym razie: zawsze jest jakieś wyjście i jeśli mam jakiś wpływ na mój obiekt przejmowania się, robię cokolwiek. Od razu jest lepiej. Najgorsze, co możesz zrobić, to siedzieć z założonymi rękami i się zamartwiać. Tracisz w ten sposób czas, szarpiesz sobie nerwy, a sytuacja się nie zmienia.
b) Jeżeli jest to coś, na co nie mam wpływu – staram się to olać. Naprawdę. Jeżeli nie mam na to wpływu, bo i tak los za mnie decyduje, to po co się przejmować? Co ja mogę zrobić? Nic. Odpalam więc Simsy albo biorę książkę lub zaczynam pisać post na bloga, robię sobie herbatę z cytryną i zaczynam myśleć o czymś innym. Przejmowanie się czymś, na co i tak nie masz żadnego wpływu jest tak samo sensowne, jak szukanie malin na krzaku w zimie. Zajmuję się wtedy czymś konstruktywnym (albo po prostu przyjemnym).

#3 MÓWIĘ SOBIE COŚ WAŻNEGO.

A mianowicie:
Marta. Nie jesteś w stanie zadowolić wszystkich na tym świecie.

Błędy się zdarzają. Tak samo, jak spóźnienia, kłótnie albo sytuacje, w których nawalamy. Nie ma takiej osoby, która robi wszystko idealnie, na czas i perfekcyjnie – nie ma, no po prostu nie ma.
Czasami trzeba przyznać się do błędu i przeprosić, innym razem otrzepać się, podnieść głowę i iść dalej. A bywa i tak, że trzeba po prostu usiąść i powiedzieć: a ja mam to w dupie.

IMG_9540

W większości przypadków nic się nie stanie, jeśli raz na jakiś czas odpuścisz i zrobić coś dzień później. Świat dalej będzie się kręcił, słońce jak świeciło, tak dalej będzie świecić. Nic się takiego nie zmieni. Brzmi jak banał, wiem, ale uświadomienie sobie takich rzeczy naprawdę pomaga.

Pytam też siebie: co się może najgorszego stać? I wiecie co? Najczęściej okazuje się, że NIC.

#4 OBMYŚLAM PLAN

Plan działania, rzecz jasna. Bo widzicie: nieprzejmowanie się nie polega na tym, że po prostu coś olewacie. Nie: olewacie coś, bo wiecie, jak z tego wybrnąć. Odkładanie problemów na później nigdy nikomu nie pomogło, a tylko narobiło kłopotów. Uciekanie od rzeczy, których się boimy nie brzmi zbyt dobrze – i zazwyczaj szkodzi.

  • jeśli z sytuacji jest więcej niż jedno wyjście, wypisuję wszystkie opcje na kartce i dopisuję sobie plusy i minusy;
  • jeżeli z opcji jest jedno wyjście, próbuję ustalić plan działania – także zapisuję to na kartce
  • jeżeli coś wymaga umówienia się, napisania maila, telefonu – robię to NATYCHMIAST. I mam to wtedy za sobą.
  • jeżeli coś wymaga ode mnie np. gromadzenia książek, bo za miesiąc matura, a ja nic nie umiem, to od razu loguję się na stronę biblioteki albo do niej idę i wypożyczam to, co mi potrzebne. Nie odkładam zadań na później.
  • jeżeli dalej czuję się zestresowana, robię herbatę z melisy i jadę dalej.
  • jeżeli mogę – PROSZĘ kogoś o pomoc. Już dawno zrozumiałam, że bycie zosią samosią mi szkodzi. Ja często uważam, że nie mogę niczego nikomu zlecić, bo przecież ja wiem, jak to zrobić najlepiej/tak, żebym była zadowolona, ale to ślepa uliczka.

#5 STOSUJĘ TRZY TRIKI

Przejmowanie się bardzo mocno łączy się ze stresem. Wiadomo. A stres to najgorsze, co może nas spotkać, dlatego od razu z nim walczę.
IMG_9089

  • próbuję chociaż przez 15 minut poćwiczyć. Najlepsze na rozładowanie stresu są dla mnie dwie zupełnie odmienne sposoby ćwiczeń: albo idę to wybiegać, albo ćwiczę jogę lub się rozciągam. Bieganie wyciąga ze mnie złość i nerwy, joga pozwala się uspokoić, kiedy po prostu jestem cała roztrzęsiona. Nawet 5 minut aktywności fizycznej może naprawdę zrobić różnicę.
  • robię herbatę lub coś z melisy. Nie chcę tu polecać leków, bo to nie jest rozwiązanie, ale jeśli bardzo się stresujesz, to spytaj aptekarkę o syrop z melisy. Kosztuje grosze, a pomoże w stresujących sytuacjach. Uwaga: to nie jest rozwiązanie problemu i antidotum na każde zmartwienie – mimo, że to po prostu zioła, lepiej nie przesadzać.
  • robię szybkie „30 minut dla siebie”. W tym czasie odpalam Simsy, idę pod prysznic, wchodzę pod kołdrę na mini-drzemkę, słowem, robię to, czego akurat potrzebuję, żeby trochę zredukować poziom napięcia. Pomaga za każdym razem.

Jeżeli przejmowanie się to także twoje drugie (lub trzecie albo czwarte) imię, to pamiętaj, że cokolwiek by się nie działo, świat się nie zawali. Nie nadejdzie apokalipsa (a przynajmniej nie przez ciebie), nie pochłonie cię ziemia, życie nagle się nie rozwali. Będzie dobrze. Zawsze.
Dlatego zrób sobie przysługę i przestań się tak przejmować. No już!