Miałam poznać go po raz pierwszy. Wiecie, zapytać o kilka spraw do artykułu, uzyskać ładną, zgrabną wypowiedź i tyle. Kilka minut roboty. Zapukałam, i gdy usłyszałam szorstkie proszę, nacisnęłam klamkę weszłam do środka.
– Dzień dobry, panie Kowalski. Tutaj Marta… – nie zdążyłam dokończyć, bo nagle rozpętała się burza. Albo nie, pardon, huragan wściekłości. Ostatni raz widziałam taką kotłującą się złość, kiedy niechcący nadepnęłam na ogon mojego kota.
– NIE. JESTEM. KOWALSKI! – wykrzyczało moje źródło, plując śliną z wściekłości – JESTEM. PAN. DOKTOR. KOWALSKI! DOKTOR! MAM TYTUŁ NAUKOWY!
No i masz. Kolejny człowiek z kompleksami i ego tak dużym, że wchodząc z nim do pokoju, trzeba otworzyć okno.
Naprawdę nie rozumiem, o co ludziom chodzi z tymi tytułami naukowymi. Tak, jakby te skróty przed nazwiskiem sprawiały, że stajesz się jakiś nadczłowiekiem. Nie wiem, Wałęsą. Albo papieżem. Ewentualnie jakąś gwiazdą rocka.
TYTUŁ TO TYLKO TYTUŁ
Tak, wiem, że ich zdobycie często kosztuje sporo pracy, wyrzeczeń i poświęcenia, ale oburzanie się, kiedy ktoś nie powie do ciebie “profesorze” tylko “proszę pana”, albo, co gorsze, pomyli się i zamiast profesora z ust wymsknie mu się doktor – jest przesadą. Panie profesorze, panie doktorze, panie magistrze – proszę trochę rozluźnić pośladki. Zbytnie spięcie mięśni też nie jest zdrowe.
Od kiedy poszłam na studia, raz za razem spotykam ludzi, którzy autentycznie mają ze swoim tytułem problem. I to wielki. Mają problem, bo ktoś się pomylił. Mają problem, bo ktoś nie mówi do nich: Wielka Magnificencjo Najwyższy Panie Profesorze, tylko per “proszę pana”. Plują jadem i denerwują się, jakby pominięcie lub pomylenie tytułu było czymś porównywalnym z wyzwiskami.
Tak, jakby ten tytuł i jego użycie coś zmieniało. Nie zmienia nic.

Owszem, ten tytuł to też zwrot grzecznościowy, pokazanie szacunku – ja rozumiem. Lepiej powiedzieć, niż nie powiedzieć. Ale wpadać w wściekłość i furię, kiedy komuś się zapomni? Dajcie spokój.
Wyjaśnijmy sobie coś: to, jaki masz tytuł przed nazwiskiem – wcale nie ma nic wspólnego z tym, jakim jesteś człowiekiem. Znam ludzi bez tytułów, bez studiów, ba, bez szkoły średniej i gimnazjum, którzy są po prostu dobrymi, mądrymi osobami. Tytuł tego nie zmienia. Tytuł nie dodaje tobie człowieczeństwa ani plus pięć do charakteru, tytuł oznacza tylko, że jesteś dobry w swojej dziedzinie i z tego powodu należy ci się szacunek.
To nie jest tak, że zdając pracę dyplomową, nagle stajesz się lepszym człowiekiem – lepszym niż ci, którzy tej pracy nie obronili. Masz po prostu wyższe wykształcenie. Znasz się na czymś. Wiesz coś więcej. Nic poza tym.
Koniec końców, możesz być nawet gorszy, bo skoro ktoś, kto ma rangę profesora opluwa wszystkich z wściekłości, gdy tylko nie usłyszy swojego tytułu, to jest nie tylko profesorem, ale też zwykłym bucem.
WYSTARCZY ZNAĆ SWOJĄ WARTOŚĆ
Świetnie podsumował to ostatnio mój profesor na zajęciach. To bardzo mądry, wykształcony człowiek, ekspert, którego szanują najwięksi polscy sportowcy. W trakcie zajęć, jeden ze studentów zaczął:
– Panie doktorze… pfu, przepraszam, przepraszam! To znaczy, panie profesorze!
I w tym momencie profesor mu przerwał:
– Nic się nie stało, niech pan posłucha, tytułu pan nie jest pewien, ale ja całe życie nazywam się Jan Kowalski i to jest najważniejsze.
Człowiek, który ma niesamowite sukcesy, wcale nie spinał się o swój tytuł. Dlaczego? Bo zna swoją wartość. Jest ekspertem, robi badania na światowym poziomie – on wie, że jest dobry i nie potrzebuje zapewnienia w postaci kilku dodatkowych literek przed nazwiskiem.
Resztę dopiszcie sobie sami.

Jak dobrze znam takie przypadki <3 Czasem dziwię się, że ich ego mieści się do sali wykładowej… może dlatego zostawiają drzwi otawarte 😀
o! W punkt!
<3
Haha, pozdrawia studentka prawa!:-) (I tak, ci najlepsi wykładowcy czy ćwiczeniowcy NIGDY nie robią spiny o tytuł. NIGDY. Natomiast inni… khem.):-)
U mnie w LICEUM kazali do siebie mówić “profesorze”. Paranoja, tym bardziej, że niedługo sama będę takim samym mgr jak oni. Ok, LO najlepsze w mieście, ale miasto tak małe, że na studia musiałam wyjechać. Co do uczelni wyższych, to już na pierwszym roku można poznać zarówno fajnych wykładowców, którzy nie każą do siebie mówić “prof. zw. dr. hab. inż. dr med” i takich, którzy są bucami pod różnym względem-wysławiania się, sprawiedliwej oceny ludzi czy kierunków (przykładowo prawo zawsze ma u mnie na wydziale łatwiej, a ja ogólnie swoje studia też w sumie mogę określić jako prawnicze, zarówno na lic jak i mgr również mam przedmioty, które mają oni i na nas już tak fajnie nie patrzą), podejścia do studentów itd. Można tak wymieniać jeszcze przez 2 h 😀
Na uczelni medycznej mam to samo, co u Ciebie. Istnieje lekarski i wszystko inne. I to “wszystko inne” często jest traktowane jak student drugiej kategorii.
To piąteczka 🙂 Szkoda tylko, że tak się dzieje, bo często są to ci sami wykładowcy na tych samych przedmiotach. A potem wychodzi-oni mają 5 za darmo, a my piszemy test wielokrotnego wyboru, oni referaciki na ćwiczeniach (same 5), a my jakieś zaliczenie.. Nie mam “kompleksu gorszego kierunku”, bo umiem to samo co oni, ale to mnie zawsze wkurzało. No i może to, że na dyplomie już to tak ładnie nie wygląda 😀
W moim LO też kazali do siebie mówić per “profesorze”. Co było śmieszne, bo na całą szkołę może ze dwóch nauczycieli miało doktorat.
Co do tego, że prawo ma lepiej – typowe.
Można się tylko cieszyć, że nie jest tak, że wszyscy wykładowcy są źli 🙂
jasne, ze nie 😉 Spotkalam wielu dobrych i milych wykladowcow, ktorzy maja w nosie jak sie do niego zwracasz, bo dobrze wiedza, ze duzo osiagneli i nie potrzebuja podbudowania ego. Mamy jednego bieglego sadowego z zakresu medycyny i nie puszcza slajdow ani list obecnosci, a na jego wyklady zawsze przychodza tlumy. Po prostu ciekawie opowiada i taki powinien byc kazdy 😉
U mnie w LO też do nauczycieli mówiło się “profesorze” co dla mnie było totalną głupotą.Tylko jedna nauczycielka powiedziała nam, że mamy do niej tak nie mówić, bo ona nie przypomina sobie żeby w tej szkole był jakikolwiek profesor. 😉 Jak za nią nie przepadałąm to wtedy urosła w moich oczach.
To chyba jest powszechne we wszystkich szkołach średnich (albo w ich dużej części), bo u mnie w miasteczku taka praktyka była stosowana we wszystkich pięciu, niezależnie od tego, czy to było LO, czy Zespoły Szkół. I zawsze mnie to dziwiło, bo oni nawet obok doktoratu nie stali. Jak chcieli być tytułowani, to co złego byłoby w “panie magistrze” wymienne z “proszę pana”?
Nas poprawiali, bo chyba “proszę pana”, to jakaś ujma 😀 Ale jak ktoś ma kompleksy czy jest nieszczesliwy w zyciu, to nadrabia w taki sposob. Chetnie po mgr bym wrocila do tego LO i w kazdej kl powiedziala “nie mowcie do nich profesorze, bo maja takiego samego mgr jak ja”.
Tak, też tak miałam. Nie traktowałam tego jako coś dziwnego (bo wtedy też nie za bardzo rozróżniałam nawet stopnie naukowe), dla mnie to był po prostu element kindersztuby tak jak to, że wstawaliśmy, kiedy nauczyciel wchodził do sali lub przechodził korytarzem, by na stojąco powiedzieć mu “Dzień dobry”.
Z tego co pamiętam to to nie było nawet obligatoryjne, ale jakby w “dobrym tonie” i nawet mi się podobało 😉
Gorzej, że jak poszłam na studia, to z nawyku mówiłam do prowadzących “panie psorze”, na co oni właśnie często mnie poprawiali, że do profesora to jeszcze im daleko 😉 i czułam się przez to niezręcznie, bo dla mnie to żadna różnica a nawyki trudno wyplenić 😉
Bardzo powszechny temat, cały czas się z nim spotykam na uczelni, niestety. I tak jak piszesz, ci rzeczywiście mądrzy naukowcy (i dobrzy ludzie przy okazji) nie oburzają się na takie pomyłki. Ja do jednej z wykładowczyń zwracałam się “pani doktor”, czasami wymsknęło mi się “pani”, nie było żadnego problemu z jej strony. Dopiero po jakimś czasie zostałam oświecona przez podwładnych p. Doktor, że do niej TRZEBA zwracać się “pani docent” – więc to jest nie tylko problem konkretnych jednostek, ale chyba całego środowiska naukowego.
Tragedia. Nie dziwię się, że przykładają do tego wagę, ale że aż taką i w tak nieodpowiedni sposób – dla mnie to jest złe! Myślę, że każdy student z łatwością zapamiętałby tytuł prowadzącego, gdyby nie musiał się tak stresować tym, że się pomyli 🙂
A ja studiuje w Wielkiej Brytanii i do większości nauczycieli mówi się na ty. Jakby któryś wyskoczyłby mi z takim tekstem to bym chyba umarła ze śmiechu. Aż nie chce mi się wierzyć, że dorośli ludzie przejmują się tym czy ktoś do nich powie per doktor czy nie.
No właśnie mnie też to śmieszy i szokuje – to są DOROŚLI ludzie, a przejmują się i robią z tego taką dramę, jakby co najmniej ktoś ich wyzwał.
Kiedy jeszcze studiowałam prawo, pewna pani profesor, kiedy ktoś mówił zwykłe “dzień dobry”, zamiast “dzień dobry pani profesor” nie raczyła nawet na delikwenta spojrzeć.
Cóż się dziwić zakompleksionemu facecikowi…
… brak mi słów na panią profesor.
ktoś naprawde tak się wściekł bo powiedziałaś do niego “prosze pana”? co z tym światem jest nie tak :’)
Dostałam taki opieprz, że się prawie popłakałam 😀
Taaaak…. u nas powstaje jeszcze jeden problem: panie doktorze mówi się do wszystkich, ale jak ktoś jest docentem… o rany, spróbuj powiedzieć do niektórych doktorze, a Cię zamordują.
Jakby nie można było tego po prostu zlać, albo z uśmiechem poprawić. Masakra.
Nas pewien Pan profesor (prorektor) wyrzucał bez słowa wyjaśnienia z sali i kazał pytać w dziekanacie jaki błąd popełniliśmy. Właściwie co zajęcia ktoś wylatywał, póki nie nauczyliśmy się w jaki sposób należy się do niego zwracać.
….
Rzeczywiście człowiek przesadził i swoim zachowaniem wprost się ośmieszył. Jednak jakby nie patrzeć na uczelniach jest zwyczaj zwracania się do wykładowców tytułem naukowym i wypowiedzenie tego jednego słowa dużo nas nie kosztuje. Pani Marto jakby się Pani czuła gdyby miała Pani prowadzić jakieś zajęcia fitnessu na jakiejś imprezie sportowej, warsztatach itp. i zapowiedziano by Panią jako Marta z powiedzmy “zawsze hit” zamiast codziennie fit? Niby nikt Pani nie uderzył, nikt nie obraził, ale niesmak by pozostał.
Ale pani Joanno, we wpisie przecież piszę:
“Owszem, ten tytuł to też zwrot grzecznościowy, pokazanie szacunku – ja rozumiem. Lepiej powiedzieć, niż nie powiedzieć. Ale wpadać w wściekłość i furię, kiedy komuś się zapomni? Dajcie spokój.”
W takim wypadku zwróciłabym uwagę, ale może pani mi wierzyć, że na pewno bym nie była niemiła czy zła. Przejęzyczenia się zdarzają, tak samo jak to, że ktoś ze stresu zapomina jakiejś informacji – a wydaje mi się, że tak najczęściej jest w przypadku relacji student-wykładowca, zwłaszcza, jeśli ten wykładowca jest surowy.
Pani Marto może mi Pani wierzyć, że nie posądzałam Panią o to, że w takiej sytuacji rzuciłaby Pani w taką osobę piłką czy ciężarkami 😉 Wpis mój mówił o tym, że jak ktoś wkłada swoją ciężką pracę by coś osiągnąć to po prostu miło jest jak ktoś to doceni choćby poprzez prawidłowe nazewnictwo. Dodałam też, że zachowanie Pani wykładowcy było jednak komiczne bo zareagował zbyt emocjonalnie i jakby nie patrzeć niegrzecznie. Swoją drogą chciałam Pani powiedzieć, że bardzo mi się podoba Pani blog – szczególnie wpisy o motywacji i organizacji czasu. Bardzo mi pomogły w życiu.
P.S. życzę Pani pogodnych Świąt, niech to będzie dla nas wszystkich czas refleksji i chwila by pobyć więcej z rodziną.
Bardzo dziękuję za miłe słowa!
To przecież zupełnie inna sytuacja! Co innego podać błędnie nazwę firmy (czyli tak jakby imię i nazwisko jakejś osoby), a co innego tytuł który NIC nie zmienia. Na dowodzie jest tytuł? Nie. W związku z tym każdy z nas jest Janem Kowalskim i trzeba się z tym pogodzić.
Ja mam stopień przewodnika i co za każdym razem jak jakiś wykładowca się do mnie zwróci “Pani Wiktorio” to mam mu powiedzieć “hol, hola Pani przewodnik Wiktoria dla Pana”. No proszę … nie bądźmy śmieszni 🙂 Już samo użycie przedrostka Pan/Pani oznacza szacunek- tak jest, było i będzie w języku polskim.
Oczywiście, że to inne sytuacje, ale łączy je jedno: wykładowca włożył swoją pracę by otrzymać jakiś tytuł i tak samo Pani Marta pracowała na swoją markę. Miło jest więc jak ktoś to docenia choćby poprzez prawidłowe nazewnictwo. O to mi chodziło. Zachowanie wykładowcy było przesadzone, ale to już inna sprawa.
A ja uważam, że to absurd. Owszem, miło jest, kiedy ktoś jest zaznajomiony z naszym naukowym dorobkiem, tak samo jak miło jest, kiedy ktoś np. kojarzy, że np. jesteśmy autorami książki albo bloga – ale czy serio mamy WYMAGAĆ od innych, de facto obcych dla nas ludzi, by znali naszą twórczość bo inaczej – wypad, nie będziemy z wami rozmawiać? Takie zachowanie ewidentnie nie jest normalne.
Co kluczowe – studiować można w każdym wieku. Czy profesorowie mówią do studentach po tytułach naukowych? Nie. A przecież można równolegle kilka kierunków studiować, nie każdy na swój wiek wygląda, więc całkiem prawdopodobna jest sytuacja, że ten “doktor”, który pruje się o to, że się go nie tytułuje doktorem, sam studenta należytym tytułem nie nazywa i co wtedy? Zatkało kakao? 😉
Najlepszym przykładem tej tytularnej absurdalności była dla mnie sławna onegdaj sprawa profesora Gapika, uznanego seksuologa, który molestował swoje pacjentki i został prawomocnie za ten czyn skazany. Po bodajże pierwszym ogłoszeniu wyroku dziennikarze pytają jego mecenasa, Andrzeja Kocha, co na to profesor, a on na to: “Ale który profesor? Bo wie Pani, ja też jestem profesorem ;)” xDDD Niestety nie mogę teraz znaleźć tego filmiku, ale najlepiej on obrazuje, że szacunek szacunkiem, ale karać kogoś fochem za to, że nie jest obeznany z naszą biografią i aktualnym tytułem naukowym jest doprawdy prostactwem niegodnym człowieka wykształconego.
ja rok temu powiedziałam do dr hab. który życzy sobie być nazywany profesorem – ‘Proszę Pana’ … dowiedziałam się, że jestem nie wychowana i Proszę Pana to się moge zwracać do sprzedawcy w sklepie a na Uniwersytecie nie powinnam zapominać gdzie jestem! Tak, ‘dzień dobry’ też studentom nie odpowiada… czymże jesteśmy…
Wypadałoby mu powiedzieć, że niewychowany to jest człowiek, który nie umie okazać szacunku ludziom bez wykształcenia :/ Mam nadzieję, że wystarczy mi na to jaj, jeśli mnie spotka taka sytuacja :/
Z ego to już tak jest, że im człowiek bardziej zakompleksiony tym jest bardziej czuły na brak – w jego mniemaniu- okazywania mu szacunku.
Na studiach miałam dość dziwną sytuację. Do wykładowcy z tytułem magistra powiedziałam “Panie Doktorze’ i dostałam bure od innego wykładowcy, że “Pan X jest TYLKO magistrem Pani Karolino proszę uważać na to co Pani mówi.” Uwaga została wypowiedziana w obecność mgr X przez wykładowcę który ma tylko licencjat. I kto w takim przypadku zachował się nietaktownie?
Świecie dokąd zmierzasz?!
Właśnie o to mi chodzi. Rozumiem, że na uczelni są jakieś zasady, ale przejmowanie się tym tak, jakby to była najważniejsza rzecz na świecie, jest dla mnie wybitnie niezrozumiała. Swoją drogą, ta uwaga była bardzo nie na miejscu! (tego wykładowcy)
Wykladowca z lic? U nas moga prowadzic wyklady dopiero od dr 😀 I chyba to dobrze, bo jak widac u Ciebie nie wszyscy zachowuja sie w porzadku nawet wobec siebie.
Tytuł przed nazwiskiem nie dodaje + do IQ . Prawdą jest, ze teraz na uczelni aby móc wykładać trzema mieć tytuł doktora, jednak u manie na studiach inżynierskich ćwiczenia i wykłady prowadzili zajęcia wykładowcy z tytułem inżynier (który jest na równi z tytułem licencjat) jak i magistrzy, doktorzy i profesorzy. Taka uczelnia.
Gorzej,jak ten profesor to przeczyta… 😀
Spokojnie, zakamuflowałam sytuację 🙂
Jestem dopiero na drugim roku, a z takimi sytuacjami stykam się mnóstwo razy na uczelni. A to nazwałaś kogoś profesorem, zamiast doktorem, a to doktorem zamiast doktorem architektem… Jednak najgłupszą sytuacją według mnie była ta, gdy podczas sprawdzania projektu doktorek uznał wszystko za poprawnie wykonane i gdy już miał dojść do zaliczenia pracy, zobaczył, że przy jego nazwisku na pracy nie ma magicznych literek arch. przed nazwiskiem, po czym rzucił pracą i kazał sprawdzić z kim ma owa Pani zajęcia, ponieważ inaczej projektu jej nie zaliczy. Jak gdyby to było najważniejsze.
Serio? Mógł zwrócić uwagę po prostu… masakra.
Dlatego bardzo mi się podoba, że w Norwegii i Finlandii mówiliśmy do wykładowców na “Ty” 🙂 Generalnie tam jest coś, czego w Polsce mi brakowało – atmosfera równości. Nikt nie wyżywa się na Tobie, bo jesteś “niżej” w hierarchii. Nikt nie uważa, że bycie doktorem lub profesorem daje mu prawo do wywyższania się czy bycia chamem. To mi się mega podoba 🙂
Na pewno przyjemniej się tam uczy 🙂
Z chęcią wysłałabym link do tego wpisu paru bucom, których poznałam na studiach… 😉
O tak – też tego nigdy na studiach nie rozumiałam :). A na jednych z pierwszych ćwiczeń kolega się pomylił i doktora nazwał profesorem i też była draka!
A moim zdaniem tytuł nie świadczy o tym, że jest się w czymś dobrym. Tytuł świadczy o tym, że skończyło się studia. A JAK się je skończyło i CO SIĘ Z NICH WYCIĄGNĘŁO to moim zdaniem zupełnie inna bajka.
Do-kła-dnie 🙂
Z mojej uczelni znam jeszcze sytuacje, gdzie pod projektem studenta (wynalazł nowy rodzaj zamka) podpisało się tylu profesorów, doktorów itd., że na samego studenta i jego promotora (którzy jako jedyni faktycznie brali udział w tym projekcie) na liście autorów zabrakło już miejsca -.-
Wydaje mi się, że jeśli ktoś jest profesorem, to raczej nie dostaje tego bez powodu. Raczej o tym myślałam, kiedy pisałam to stwierdzenie 🙂
Uważam wprost odwrotnie, że conajmNoej 80% osób nie zasługuje na ten tytuł i takie są realia. Jak słyszę od znajomych którzy maja inżyniera że “nie uczyłam sie na ani jeden egzamin przez całe 3 lata” lub widzę u siebie na prawie jak ludzie sie prześlizgują zdając dopiero za 6-8 razem egzamin … To aż mi przykro że wkładam w to aż tyle energii i czasu skoro inni się tym wcale nie przejmują, a tytuł maja taki sam …
Trafiłaś w sedno z tym artykułem Marto! Ja się tylko czasem zastanawiam, jak wygląda życie prywatne takiego człowieka, który potrafi wkurzyć się, że ktoś go nie nazwał profesorem czy doktorem. Czy jest aż tak zapatrzony w siebie, że wymaga od wszystkich dookoła bicia mu pokłonów, czy jest też tak wyniosły dla swoich znajomych, o ile ma takich prawdziwych znajomych, czy tylko panów doktorów i profesorów po fachu. Bo dystansu do siebie, to na pewno nie ma.
Wiesz, takie same refleksje potem miałam. Człowiek tak mnie opieprzył, że przeżywałam dwa dni, było mi głupio i przykro, ja w ogóle się przejmuję, jak ktoś na mnie krzyczy, więc wiadomo. Zastanawiałam się potem, jakie on ma stosunki ze znajomymi.
Trzeba było go uświadomić, że doktor to tylko stopień naukowy – profesor jest tytułem naukowym ;). Inna sprawa, że jeśli , o ile dobrze zrozumiałam, to Ty szłaś do niego w jakiejś sprawie no i na uczelniach faktycznie jest zwyczaj zwracania się tytułami. Nie mniej jednak gość przesadził, ale co zrobić. Mi pozostaje cieszyć się, że jeszcze na takich buców nie trafiłam- ale wszystko przede mną. Nie ma co się przejmować! 😀
Na licencjacie bardzo szanowany profesor starszej daty (którego uwielbialiśmy), opowiedział nam kiedyś, jak to na zjeździe naukowym, Ci wielcy naukowcy rzucili się na szwedzki stół z takim impetem, że go wywrócili 😉 Manager tego hotelu powiedział mu, że takiej hołoty, to dawno nie widział 😉
Moje doświadczenia potwierdzają to co piszesz: jak ktoś miał osiągnięcia w swojej dziedzinie naukowej, to wszelkie pomyłki zbywał uśmiechem – czy to bez poprawiania, czy to z poprawianiem, ale bez żadnych fochów i dąsów. Rzucali się zawsze Ci, którym kariera naukowa widocznie nie poszła tak jak planowali i tytułem musieli budować swoje ego.
Fajna anegdotka z tym stołem. Podobnie było kiedyś na rozdaniu stypendiów. Najlepsi uczniowie w powiecie, a jak zobaczyli ciastka, to powariowali 😀
Pamiętam jak 2 lata temu organizowaliśmy na kole naukowym spotkanie z pewnym profesorem. Na wydarzeniu na fejsie daliśmy grafikę z jego pełnymi tytułami naukowymi i zdjęciem.
Pierwszy slajd jego prezentacji był screenem z tą grafiką i zaznaczonymi na czerwono tytułami. Profesor dodał, że zawsze obawiał się ludzi, którzy tytułowali się na dwie linijki, bo wtedy zwykle nie mają nic do powiedzenia. Dodał żebyśmy zwracali się do niego po imieniu. 😉
Fajny profesor – z dystansem 😀
Może to chamskie, co napiszę, ale mnie najbardziej śmieszy, jak rodzina CAPS LOCKIEM pisze tytuł zmarłemu na nagrobku. Jakby to miało na cmentarzu jakieś znaczenie.
Jak? Tzn. MAGISTER Marta Hennig ?
MAGISTER jeszcze się zmieści, gorzej z DOKTOREM HABILITOWANYM
Już niżej w komentarzach wspomniano o praktykach w liceum… U mnie było tak samo, ale to raczej jako forma grzecznościowa. Wiem, że u mnie wykładali prawie sami doktorzy, ale profesora mieliśmy tylko jednego. W każdym razie chyba tylko raz powiedziałam do nauczyciela “panie profesorze”, bo uważałam ten zwyczaj za równie zwyczajnie głupi. A na studiach (na UJ, z którego uciekłam po pierwszym roku) miałam takiego buca właśnie od fonetyki teoretycznej, który miał habilitację, ale nie był formalnie profesorem żadnej maści, ale wszyscy na uczelni nazywali go profesorem. Nie znosiłam go (wyobrażasz sobie, zdawać u kogoś egzamin 16 razy tylko dlatego, że nie pojawiłaś się na terminie, bo miałaś 39 stopni gorączki i nie mogłaś utrzymać się w jakiejkolwiek pozycji poza leżącą? Miałam zwolnienie lekarskie, ale nie dostarczyłam go przed egzaminem do dziekanatu. A wierz mi, że z fonetyki teoretycznej byłam najlepsza na roku) i nigdy mi ten profesor przez usta nie przeszedł. Zawsze go nazywałam “proszę panem”. I życzyłam mu, by jego tramwaj się wykoleił i wpadł do Wisły. Ale poza problemami tytularnymi miał on zdecydowanie więcej problemów psychicznych.
O kurczę, rzeczywiście chyba nieprzyjemny facet. Niektórzy naprawdę nie powinni się zabierać za uczenie innych ;/
Też nas cisną na studiach z tytułami. Jeszcze nie trafiłam na kogoś, kto by się pluł, ale zawsze jak student ma podejść do prowadzącego i o coś spytać to jest latanie po znajomych i panika, czy to profesor, doktor czy może magister… A te tytuły rzeczywiście im w dupę włażą, mam jednego prowadzącego, do którego jak się zwrócę “Panie Doktorze”, to od razu chętniej pomaga 😀
Znam tą panikę 😀 Ja zawsze obczajam na telefonie szybko, co i jak. 😀
Studiuję za granicą i czasami zapominam o tych polskich absurdach, które zostały daleko za mną. Chodzę na wykłady znakomitych ekspertów i nigdy, ale to przenigdy, nikt nie zaczyna rozmowy z prowadzącym od wspomnienia jego tytułu. Na szczęście czasy się zmieniają i mam nadzieję Marto, że kiedyś, gdy nasze dzieci pójdą na studia, kontakt z profesorami również będzie taki na luzie jak w innych krajach 🙂
Nawet nie chodzi o luz, wystarczyłaby życzliwość, zamiast tego napuszenia się – o wiele przyjemniej na pewno też by się uczyło 🙂
Gdyby tak było naprawdę, że ten tytuł oznacza bycie specjalistą w danej dziedzinie to naprawdę byłoby lepiej 😀
Znam ludzi, którzy po licencjacie (!) robili sobie wizytówki z napisem “lic. Jan Kowalski” – to jest dopiero dziwne 😛
Lol 😀
Jestem nauczycielką. Jakie było moje zdziwienie, kiedy po I-szym roku pracy dostałam polecenie aby dopisać do nastu świadectw “mgr” przed moim nazwiskiem, w miejscu podpisu wychowawcy – nie dopisałam:p Ukończyłam studia inżynierskie, następnie magisterskie, 2 kierunki studiów podyplomowych, do tego kilka kursów i nigdy nie przyszło mi na myśl, że to sprawiło, iż miałabym być lepsza od innych. Natomiast namawiam moich uczniów do dalszego kształcenia się, nie koniecznie w celu zdobycia tytułów, a przede wszystkim dla zdobycia wiedzy, bo to skarb, którego nikt im nie odbierze:)
Też uważam, że wiedza to skarb, zwłaszcza, jeśli oprócz posiadania jej w głowie, potrafi się ją wykorzystać 🙂
Jestem już na końcówce studiów, miałam przyjemność (?) poznać wykładowców z kilku wydziałów (studia międzywydziałowe, dwa kierunki – nie, nie wieczny student zmieniający ciągle studia:P ). I powiem Ci, że największe buce byli na kierunku niszowym, baaardzo niszowym, których prace mało kto czyta, a byli najbardziej przewrażliwieni na swoim punkcie. Co niestety nie szło w parze z wiedzą – przepraszam, ale jeśli osoba kończąca licencjat znajduje banalne błędy w książce doktora, czy tam hab. doktora (:P) to trochę żałosne .. A takiego furiata nigdy nie spotkałam. Teraz kończę mgr na ogarniętym wydziale: wykładowcy z dużą wiedzą, przejmujący się swoją pracą, studentami – zawsze możesz poprosić o pomoc, sami do tego zachęcają, dbają o staże dla studentów itp – i oni są luźni! Ok, musimy się uczyć, przekazują nam dużo wiedzy, ale w parze idzie przyjemna atmosfera. I tu nie ważne czy powiesz Panie, Doktorze, Profesorze .. nie wyrzucą Cię za to z sali czy gabinetu.
Ja od jakiegoś czasu nie przejmuję się tytułami np. w mailach, piszę tylko: Szanowny/a Panie/Pani, bez tytułu – jest uprzejmość? Jest:P
Ale, żeby nie było pesymistycznie – na pierwszym roku do magistra na doktoracie napisałam w mailu profesorze 🙂 Haha, odpisał, że dziękuje, ale niestety nie jest jeszcze profesorem, ale ma nadzieję, że w przyszłości 🙂 Można miło wytknąć błąd? Można!
Też mi się wydaje, że jak ktoś zna swoją wartość, to potrafi normalnie zwrócić uwagę albo po prostu to zignorować, bo go to nie rusza 😀 A jak komuś tak zależy, to można to zrobić w miły sposób. Nie ogarniam ludzi, którzy się wkurzają. 😀
Pamiętam, że jako dziecko uczęszczałam na schole (w niektórych parafiach nazywa się to oazą) – generalnie taki chórek dziecięcy, który śpiewał na mszach. Któregoś dnia potrzebowałam iść do siostry, która prowadziła te naszą gromadkę o coś zapytać. Otworzyła mi inna siostra, a ja jako dziecko, a do tego bardzo nieśmiałe powiedziałam “Dzień dobry, czy mogłaby Pani prosić siostrę Jolę?” i to wywołało burze z piorunami. Zaczęła się na mnie wydzierać, że ona nie jest panią tylko siostrą i że jestem niewychowana. W mojej dziecięcej głowie wywołało to taki stres, że już nigdy więcej nie chodziłam sama do mojej siostry, bo zwyczajnie się bałam! 😉 Do dzisiaj zastanawiam się jaka była jej płeć skoro nie jest panią 😀
O rany! Ludzie czasami naprawdę nie myślą przy kontaktach z dziećmi – mogła Ci delikatnie zwrócić uwagę, że mówi się siostro, ale przecież “pani” też jest poprawnie 😀
Marto, jako, że jestesmy na tej samej uczelni, pamiętam jak w tygodniu zerowym na pierwszych zajęciach było gadanie, że jestescie na takiej i takiej uczelni i pamiętajcie o tytułach profesorów, doktorów, magistrów etc. Przepraszam, ja od licencjatu nie zwracałam się inaczej do wykładowcy niż “proszę pana” i jakoś nikt mi nie zwrócił na to uwagi, nie urwał głowy. A, że zdarzyło mi się doświadczyć tego, że tytuł przed nazwiskiem nie świadczy o tym jakim jesteś człowiekiem, bo w rzeczywistości okazuje się zupełnie inaczej że jesteś po prostu bucem panie taki i owaki( i parę razy już tego doświadczyłam) dopiero teraz na magisterce zwracam się z tytułem, ale tylko do profesorów, doktorów, których cenię i szanuję. Mam taką zasadę i zazwyczaj się ona bardzo sprawdza.
Fajna zasada, swoją drogą 🙂
Też miałam do czynienia z takimi bucami. Okazuje się, że profesor, który ma taką manię na punkcie swojego tytułu bardzo często jest gorszym prowadzącym niż ktoś, kto do tytułu wagi nie przywiązuje, bo tak jak napisałaś, zna swoją wartość 🙂
Ja nie zważam na tytuły. Mówię “proszę pana”/”proszę pani” i tyle. Nikt mi uwagi nie zwrócił, nie wyobrażam sobie, by taka sytuacja miała miejsce. Śmiać mi się chce na samą myśl. No dobrze – jak już mi się zdarzy pisać maila do wykładowców (cholernie rzadko), to wtedy tytułuję. W innych przypadkach nie. I robić tego nie będę.
Za to byłam jakieś 2 miesiące temu świadkiem sytuacji, gdy moja koleżanka zwróciła się do wykładowczyni słowami “pani doktor”, a w zamian usłyszała: “proszę mnie tak nie nazywać, mój tytuł naukowy to tylko tytuł, ja jestem człowiekiem jak każdy inny. Per proszę pani wystarczy”. I bardzo mi się taka postawa podoba!
O tak, u mnie na studiach też były podobne sytuacje. Może nie aż tak drastyczne, żeby krzykiem, ale jeśli student nieodpowiednio zatytułował swojego wykładowcę, to zawsze mógł liczyć na jakiś złosliwy przytyk. Ale w sumie… to akurat zazwyczaj śmieszne było 🙂 Gorzej było z profesorami, którzy zwyczajnie obrażali studentów. Pamiętam na przykład takiego jednego, który na egzaminie ustnym przepytywał kiedyś studentkę w widocznej już ciąży. Dziewczynie coś nie szło, więc usłyszała: “Gdyby pani tak chętnie zaglądała do książek, jak rozkładała nogi, to by pani zdała ten egzamin”.
Świetne. Na samym początku bardzo się uśmiałam, bo po prostu wydaje mi się śmieszne takie zachowanie. Dla mnie tez jest absurdalne. Ale tez zauważyłam, że na studiach pod koniec 3 roku ludzie dosłownie szaleli na punkcie obrony. I to było smutne, bo dosłownie się ścigali, kto w jakim terminie zda i na jaka ocenę. Chociaż nie wszyscy. I ci mieli rację bo mieli także czas na swoje życie poza uczelnią.