Od zera do bohatera: Ola, która rzuciła wszystko w cholerę

Czasami życie nie wygląda jak bajka, a my nie jesteśmy księżniczkami na ziarenkach grochu, tylko kopciuchami, które muszą radzić sobie same.

Ale najlepsze w tym wszystkim jest to, że nam się to udaje. Nawet, jeśli – jak mówi Ola – trzeba czasami pie*dolnąć wszystkim i wyjechać w Bieszczady.

Od zera do bohatera to nowy cykl na blogu, gdzie dzielę się motywacyjnymi historiami czytelników. Jeżeli czujesz, że twoja historia jest motywująca, inspirująca, ciekawa dla innych – prześlij mi ją na maila kontakt@martapisze.pl z tytułem „Moja historia”. 

Oddaję głos Oli.

PAMIĘTAM TO, JAKBY TO BYŁO WCZORAJ

3 czerwca 2014 roku. Myję sobie naczynia w kuchni i dowiaduję się, że okradłam faceta mojej matki. Jak możecie się domyślić, do niczego takiego nie doszło. Nie powiem, swoje mam na sumieniu, ale to dawna historia, jeszcze z gimnazjum, która mnie wiele nauczyła.

Moi rodzice są po rozwodzie od ponad dwóch lat, a nowy partner matki „pokazał pazurki” dopiero po tym, jak zmieniliśmy mieszkanie na 3-pokojowe (po rozwodzie zamieszkałyśmy z mamą u babci, przez prawie rok spałyśmy w jednym łóżku, ja na weekendy „uciekałam”, by matka z chłopakiem mogli razem spać).

Nie powiem, było ciężko, najgorsze jest to, że z dnia na dzień miałam robić wszystko, a najlepiej jeszcze więcej, bo co chwilę słyszałam, że jestem nikim, do niczego się nie nadaję, nic nie osiągnę i niczego nie potrafię. Byłam zahukana, wpadłam w nerwicę (bałam się jeździć komunikacją miejską, facet matki pracuje jako kierowca autobusu, więc wyobraź sobie mój strach, gdy wsiadałam w linię, którą on jeździł najczęściej). Jestem jedynaczką, zostałam rozpuszczona do granic możliwości. Nie musiałam zmywać naczyń, sprzątać w domu, robić zakupów. Ciężko mi było przestawić się z nierobienia niczego na robienie wszystkiego, skoro zawsze mnie we wszystkim wyręczano. Oczywiście teraz to się diametralnie zmieniło.

Powracając, facet mamy oskarżył mnie o kradzież jego pieniędzy. Miał w pokoju takie pudełko, w którym zbierał drobne ze sprzedaży biletów. Byłam główną podejrzaną przede wszystkim dlatego, że nie dostawałam kieszonkowego (miałam zasądzone alimenty od taty, ale szły one na konto matki i po przeprowadzce przestała mnie wspomagać pieniędzmi na drobne wydatki). P. dał mamie ultimatum – albo ja wylatuję, albo on się pakuje i więcej go nie zobaczy. Zdecydowałam za nią – wiem, że czekała na „tak cudownego i wspaniałego faceta” pół życia, więc postanowiłam się wyprowadzić.

Po perypetiach pod tytułem tydzień mieszkam u koleżanki w akademiku, następnie wprowadzam się na miesiąc do kumpla i jego współlokatora do innego akademika, żeby w końcu wylądować we własnym pokoju w domu studenckim razem w przyjaciółką, która na samym początku mnie przygarnęła. Gdy zostałam poniekąd wyrzucona z rodziny, miałam przy sobie 20 groszy, pustki na koncie i perspektywę dostania wypłaty za niecały tydzień; kilka ubrań, szczoteczkę do zębów, telefon i dokumenty. Nie miałam nic.

Od tamtego czasu z matką rozmawiam sporadycznie, obie udajemy, że wszystko jest w porządku, chociaż to dalekie od prawdy. Do dziś boję się przyjeżdżać do matki i za każdym razem jak mam się tam pojawić pytam, czy jej facet będzie w domu. W sumie nie ma się co dziwić, skoro koleś ewidentnie stosował wobec mnie przemoc psychiczną i nie raz nie dwa groził mi i mojemu ojcu.

PRZESTAŁAM SIĘ BAĆ RYZYKOWAĆ

Ponad rok mieszkania samotnie (względnie, bo jednak z przyjaciółką) nauczył mnie więcej, niż 19 lat mieszkania z rodzicami czy mamą i babcią. Wyrobiłam w sobie nawyk sprzątania, który czasem ociera się o obsesję i pedantyzm – za każdym razem, gdy mam wolne w pracy odkurzam całe mieszkanie. Potrafię ugotować coś, co jest smaczne, może nie wybitnie, ale w porównaniu z tym, że kiedyś brzydziłam się nawet wziąć surową pierś z kurczaka w ręce i ubierałam gumowe rękawiczki, to jest postęp. Już nie oczekuję, że ktoś zrobi wszystko za mnie, stałam się bardziej samodzielna i otwarta na ludzi. I w końcu, co może być najważniejsze dla całej historii – przestałam się bać ryzykować.

Byłam na studiach przez semestr i 3 tygodnie, po czym stwierdziłam, że były błędem, że to nie to i minęłam się z powołaniem. W tym czasie spotykałam się z pewnym chłopakiem, przez którego poznałam kilkoro świetnych ludzi, w tym mojego obecnego partnera. Zaczęło się od tego, że przyjechałam do niego do Wrocławia we wtorek po Wielkanocy, miałam zostać do soboty (oboje jesteśmy z Bydgoszczy, on we Wro mieszka i pracuje już trzeci rok).

Gdy wróciłam do domu stwierdziłam, że wszystko nie ma sensu, że całe moje dotychczasowe życie się nie liczy. Stwierdziłam, że stawiam wszystko na jedną kartę. W lipcu wprowadziłam się do niego do Wrocławia. W 3 dni znalazłam pracę w odzieżowej sieciówce, gdzie w Bydgoszczy od lutego nie mam żadnego odzewu na moje licznie złożone CV.

Niedawno zmieniliśmy lokum, które jest wspaniałe. Dzielimy je z parą naszych przyjaciół, a życie z nimi jest bezproblemowe – dzielimy się obowiązkami, razem robimy zakupy, spędzamy razem ogrom czasu. Mogę stwierdzić, że przyjaciele stali się moją nową rodziną. Odkąd wyprowadziłam się z domu, a już tym bardziej odkąd mieszkam we Wrocławiu, jestem szczęśliwym człowiekiem. Wiem, że warto było zaryzykować, postawić wszystko na jedną kartę mówiąc, że jak się uda, to super, a jak nie – to na pewno wyniosę z tego coś dobrego. Każdy miewa czasem gorsze dni, ale u mnie stały się one rzadkością.

Chciałabym, żeby przesłaniem mojej historii było to, że każdy może. Że Tobie też się uda. Wystarczy tylko się odważyć i przysłowiowo „pierdolnąć to wszystko i wyjechać w Bieszczady”. Moimi Bieszczadami jest Wrocław.  

W internecie można mnie znaleźć na blogu, na twitterze jako @olazklasyfoto, na insta – @0lazklasyfoto (pisane przez zero na początku). 

Od zera do bohatera to nowy cykl na blogu, gdzie dzielę się motywacyjnymi historiami czytelników. Jeżeli czujesz, że twoja historia jest motywująca, inspirująca, ciekawa dla innych – prześlij mi ją na maila kontakt@martapisze.pl z tytułem „Moja historia”.