Dlaczego czyjeś życie to naprawdę nie twój interes

Jedna rzecz, którą powinieneś zapamiętać raz na zawsze i powtarzać sobie codziennie rano: czyjeś życie to nie twój interes.

Ludzie mają jakieś takie dziwne przekonanie, że muszą zbawiać świat. Ratować ludzi przed grzechami, poprawiać czyjeś błędy, mówić, że Lady Gaga brzydko śpiewa i że gluten szkodzi. Zbawiają więc wszystkich na prawo i lewo, łażąc po ulicach i bez proszenia zaglądając do czyich żyć, bo przecież mają prawo.

„Jest wolność słowa. Mogę mówić, co chcę.”

Tyle, że problem polega na tym, że nieważne, jak bardzo uważasz czyjeś zachowanie za złe lub głupie, każdy ma prawo do życia tak, jak mu się podoba. I to, co ty uważasz, nie ma tu żadnego znaczenia.
Dlaczego? Bo to po prostu nie twój interes.

TY ŻYJESZ ŹLE, A JA DOBRZE

Kiedyś też mi się wydawało, że będę zbawiać świat. Wystarczy się cofnąć chociażby do pierwszych wpisów na tym blogu: ciągłe teksty o tym, co mnie denerwuje w ludziach, dlaczego czegoś nie rozumiem, dlaczego ludzie robią coś tak głupiego, zamiast zachować się logicznie. Łatwo wpaść w taką pułapkę oceniania, zwłaszcza, kiedy masz głębokie przekonanie, że TY robisz dobrze, a wszyscy inni po prostu nie wiedzą jeszcze, że twój sposób jest najlepszy.

Tylko to nie działa w ten sposób. I zrozumiałam to po jakimś czasie. Nie mówię nic, kiedy widzę, że znajomy pije energetyki (jestem przeciwniczką), koleżanka wsuwa rogale pełne chemii, a jakaś pani z internetu robi coś, czego ja nie toleruję. Przeszło mi, bo dotarło do mnie, że to nie mój biznes, nie moja sprawa. Nie lubię energetyków? To JA ich nie piję, a nie zmuszam innych, by tego nie robili. Nie chodzę na kluby? Nie mówię, że ludzie, którzy tam chodzą to głupki – po prostu mnie tam nie spotkasz. I już. Nie oceniam. Nie uważam, że ja żyję w najlepszy możliwy sposób i muszę nawracać wszystkich, którzy robią inaczej.

Ale do niektórych to nie dociera. Niektórym się wydaje, że mają prawo: wtrącać się w czyjeś życie, komentować prywatne wybory, wtrącać nos w związek, zastanawiać się, jakie relacje masz z partnerem i interpretować wasze zachowania. I nie usprawiedliwia tego nic: ani to, że ktoś jest osobą sławną lub publiczną, ani to, że jest twoim przyjacielem, ani to, że znasz go od piątej klasy podstawówki razem zjeżdżaliście na sankach każdej zimy. To nie ma znaczenia. Nie można sobie przychodzić i mówić komuś, że źle żyje, bo nie żyje jak ty. Nie można wpieprzać się komuś do życia z buciorami i oceniać – to robisz dobrze, to robisz źle, to zmień, bo jak nie, to będziesz złą osobą.

Nie można przejmować się czyimś życiem i emocjonować czyimś wyborami. Z dwóch powodów: po pierwsze, nikt cię do tego nie upoważnił i po drugie: naprawdę szkoda twojego czasu.

MARNOWANIE ENERGII

Oczywiście nie mówię o sytuacjach, w którym ktoś robi sobie wielką krzywdę – wpada w zaburzenia odżywiania i trzeba interweniować, lub podejmuje decyzję, która może zagrażać jego życiu czy zdrowiu. Mówię o wszystkich tych innych aspektach życia, które wybieramy sami, a które niektórzy traktują jako rzecz wspólną. To nie twoja sprawa, jaki ktoś ma ślub i czy go w ogóle weźmie. Mówienie „powinno się mieć ślub w tym wieku” albo „powinniście mieć dziecko, to już czas, później nie wypada” to nie troska, tylko chamstwo. Nazywajmy rzeczy po imieniu.

I pojawia się pytanie: po co to wszystko? Nie szkoda ci marnować czasu i energii na zaglądanie do życia, które do ciebie nie należy? Czy nie lepiej byłoby spożytkować ten czas na zajęcie się sobą, przeczytanie dobrej książki, zaplanowanie sobie dnia, zrobienie czegoś miłego, zamiast kłócenie się na prawo i lewo z ludźmi o to, która racja jest najlepsza i dlaczego ta najlepsza, to moja?

Za wtrącanie nosa w nieswoje sprawy można go stracić, kiedy ktoś zirytowany naszym wścibstwem zdecyduje się trzasnąć nam drzwiami przed twarzą.
Ale wtedy będzie już za późno.

A niesmak pozostaje na długo.