Od zera do bohatera: Agnieszka, która wyszła na ludzi

Wielu ludzi myśli, że musi żyć źle i być nieszczęśliwym, bo tak już wyszło. Urodzili się w złej rodzinie, poszli do nieodpowiedniej szkoły, mają w sercu rany, które nie chcą się zagoić. Historia Agnieszki pokazuje, że z każdego dołka można wyjść, a co więcej – wejść na wysoką górę.

Agnieszka, trzymaj się, jesteś bardzo fajną, silną osobą i życzę Ci wszystkiego dobrego!

Od zera do bohatera to nowy cykl na blogu, gdzie dzielę się motywacyjnymi historiami czytelników. Jeżeli czujesz, że twoja historia jest motywująca, inspirująca, ciekawa dla innych – prześlij mi ją na maila kontakt@martapisze.pl z tytułem „Moja historia”. 

Niedługo kończę dziewiętnaście lat. Pod koniec września bieżącego roku zaczynam studiować pierwszy rok medycyny sportowej na Sheffield Hallam University w Anglii i mam ambicje, by zostać analitykiem sportowym lub kimś podobnym. Prowadzę również własnego bloga o swoich poglądach, życiu, po prostu taki typowy lifestyle.

Wydaję się pewną siebie kobietką, która wie, czego chce, prawda? Jednak nie zawsze tak było…

MOJA SMUTNA HISTORIA: POLSKA

W podstawówce byłam jedną z tych dzieciaków, na które reszta klasy się uwzięła. To ciuchy nie takie, to, że noszę okulary, to, że lubię się uczyć, a przez zarówno imię, jak nazwisko, przyczepili mi dwie piosenki, wówczas hity.

Czepiali się niemal o wszystko, a nauczyciele albo nie mogli, albo nie chcieli nic z tym zrobić.

W domu też miałam dosyć nieciekawą sytuację. Ojciec bezrobotny, który „za 1200 nie będzie robił”, a matka cały czas w pracy, by utrzymać naszą trójkę. Ojciec mnie bił, gdy tylko miałam inne zdanie od niego i nie mógł znieść myśli, że jego mała dziewczynka w pewnym momencie zaczyna dorastać i jest nieco bardziej ciekawa świata niż wynik meczu Polska-Niemcy.

Gdy miałam 12 lat, matka wniosła o rozwód. Rozwód dostała, alimenty też. W ogóle, dla mnie dzień rozwodu rodziców nie był tragedią, jak w wielu przypadkach, ale najszczęśliwszym dniem w moim życiu.

Niestety, do ojca to nie docierało, że obie (mama i ja) mamy go dość i przez pół roku nas wszędzie nachodził i robił karczemne awantury. Jak się domyślacie, w związku z tym miałam strasznie rozstrojone nerwy, co przerzuciło się na szkołę, w której i tak czułam się słabo przez innych uczniów. Nie chciałam się uczyć, a nauczycieli nie obchodziło, co się ze mną dzieje. Nikt mnie nigdy nie zapytał, dlaczego się nie uczę, chociaż rozmowy z wychowawczynią i pedagogiem były (na zasadzie „też nie lubię pewnych rzeczy, ale i tak je robię, bo muszę”).

W pewnym momencie zaczęłam się ciąć i jeść kompulsywnie. Rzadko kiedy wychodziłam z pokoju czy domu w ogóle. Oczywiście, nikt się tym nie zainteresował, a ja stałam się „dziwadłem”, czy jak wtedy na mnie wołali moi szkolni oprawcy, „emo”. Dużo przytyłam. Pod koniec szóstej klasy ważyłam 65 kilo i dwa lata z rzędu miałam co najmniej trzy zagrożenia.

Jakiś czas po rozpoczęciu pierwszej klasy gimnazjum, moja mama wyjechała do Anglii za przysłowiowym chlebem, bo miała dość życia od pierwszego do pierwszego. W związku z tym, na jakieś dwa miesiące musiałam zostać u ciotki, która ma świra na punkcie kontrolowania każdego aspektu życia w jej domu, i moim wkurzającym kuzynem, do którego nic nie dociera. Ja jestem wolnym duchem, więc wyobraźcie sobie starcie dwóch różnych osób i poglądów, nawet, jeśli jedna z nich jest „gówniarą”. Awantury, znowu, niemal codziennie.

POCZĄTEK CZEGOŚ NOWEGO: ANGLIA

Czwartego listopada 2009 roku, dobrze pamiętam tę datę, wylądowałam samolotem jednej z tanich linii z fioletowym logo na lotnisku w Londynie. Mama mnie stamtąd odebrała i pojechałyśmy do autentycznej pipidówy na terenie East Midlands. Przez jakiś czas mieszkałyśmy na pokoju i przez pierwsze trzy miesiące się nudziłam, bo przez ten czas nie było dla mnie miejsca w żadnej szkole w mieście.

Wreszcie, w styczniu 2010 poszłam na pierwsze zajęcia do szkoły. Zupełnie inny język, inny system, inny układ budynków, których, w porównaniu do mojej szkoły w Polsce, było aż osiem. W każdym inny „departament” odpowiedni do danego przedmiotu i weź to człowieku ogarnij! Przez pierwszy miesiąc spóźniałam się na wszystko, a pierwsze pół roku mało co się odzywałam, by czegoś nie palnąć. Nie mogłam się w tym grajdole odnaleźć. Dopiero w dziewiątej klasie (nasza druga gimnazjum?) zaczęłam się otwierać, mówić, nadal byłam rozchwiana emocjonalnie, ale się starałam wyjść do ludzi.

Dobrze się uczyłam, a nauczycieli w końcu obchodziło, co myślę i czuję. Gdy miałam problem, zawsze mogłam z nimi pogadać. No i nie było aż takiego nacisku na naukę. Nie chodzi o to, że haj-lajf, nic nie muszę, ale nie odczuwałam presji tak bardzo, jak w Kraju nad Wisłą. Nawet, jak zawaliłam, to i tak przechodziłam klasę dalej, bo taki jest system w Anglii, co dla mnie było dobre, bo mogłam się skupić na nauce języka.

Przyszła klasa jedenasta, ostatnia, jak w Polsce maturalna. Okres przygotowawczy do GCSE (znowu, taka jakby matura). Wtedy zrobiłam nauczycielom rollercoaster, bo chciałam robić wszystko po mojemu. Kiedy ktoś zaczynał maglować temat GCSE („Jeśli oblejecie, to nie dostaniecie się na studia, nie dostaniecie dobrej pracy!” Znamy to?), wychodziłam z klasy i szłam do biblioteki, tam się uczyć, bo było mi łatwiej, niż w głośnej klasie, a gdy nauczyciel chciał mi „przemówić do rozumu”, pyskowałam. Po prostu, zrobiłam się strasznie wyszczekana i uparta. Do tego zaczęłam wówczas chodzić na kickboxing, który mnie mocno zahartował, ale o tym za chwilę. Koleżanki też powtarzały jak papugi to, co wszystkim wbijali nauczyciele, ale…

Wyszło w końcu na moje. Na wynikach w sierpniu miałam same A-C (nasze 6-4). Poza angielskim, z którego miałam powtórkę w college. Mimo wszystko, obcokrajowcowi ciężko zdać z tego przedmiotu. Zanim zaczniecie się śmiać, to wyobraźcie sobie Anglika z dziada-pradziada, który nagle musi napisać egzamin z Sienkiewicza.

AGNIESZKA DAŁA RADĘ

W Anglii po gimnazjum można robić A-level (mocne rozszerzenie z danego przedmiotu… Razy cztery!), BTEC (kurs bardziej zawodowy) albo iść po prostu do pracy. Ja wybrałam drugą opcję. BTEC Sport, co nie spotkało się ze zbytnią aprobatą otoczenia, bo po tym niby nie można iść na studia. Można! Jeśli nie jest to fryzjerstwo, albo coś zupełnie niezwiązane z kierunkiem, który chcesz studiować, to można! Oprócz college, również pracowałam na magazynie. Raz w tygodniu-dwa, by mieć na swoje wydatki i nie prosić matki o kasę. Robiłam też kilka wolontariatów, które bardzo mi pomogły przy aplikacji na studia.

Co do kickboxingu. Trenowałam dużo. Cztery razy w tygodniu było minimum. Byłam całkiem niezła, nawet miałam szansę jechać na jeden z największych turniejów na świecie do Dublina, ale zrezygnowałam. Za duże ciśnienie, a też chciałam mieć własne życie poza treningami. No i nie ukrywam, przestała mi się podobać atmosfera w drużynie, kiedy nawet najbliższe koleżanki starały się mnie wygryźć i upodlić. Takie gierki psychologiczne, że co to nie one. Ja wysiadam!

Nie mówię, że nie wrócę do tego sportu, bo zdążyłam go pokochać, ale nie w tym klubie i już nie w celach zawodniczych. Za dużo się naoglądałam, naczytałam i nasłuchałam na treningach, zawodach, czy facebooku. Mimo wszystko, sport był dobrą szkołą życia poza jazdami w Polsce.

Efekt tego wszystkiego? Jak w pierwszym akapicie. Wyszłam „na ludzi”, dostałam się na studia, piszę bloga, próbuję różnych rzeczy w życiu i nie jestem już tak zahukana jak te siedem lat temu.

Blog Agnieszki: KLIK

Agnieszko, życzę Ci wszystkiego, co najlepsze. Pamiętajcie, że możecie przesyłać swoje historie na kontakt@martapisze.pl w temacie wpisu umieszczając: „moja historia”. Dziękuję za wszystkie nadesłane historie – każda z nich zostanie opublikowana.

Miłego weekendu! Na pewno złapiecie mnie na snapchacie (nick: codzienniefit), instagramie i facebooku.