My, ludzie z wiochy

Wydaje nam się, że duże miasto daje wszystko: możliwości, większe pieniądze, lepszą pracę i życie rodem z „Seksu w wielkim mieście„, polegające na wiecznym piciu kawki z przyjaciółmi, wieczornych imprezach do białego rana i pracy w świetnej korporacji albo wolnym zawodzie. Podobno w dużym mieście można się rozwijać i czerpać garściami. A ludzie z miasteczek i wiosek? No cóż, nie mają na co liczyć. Przecież są z wiochy.

Mam czasami wrażenie, że ludzi z małych miast nie traktuje się poważnie.  Zawsze gdzieś tam uważa się ich za gorszych: to przecież w wielkich miastach rozwijają się uniwersytety, robi się karierę i zarabia grube pieniądze. I o ile nie da się ukryć, że rzeczywiście możliwości jest więcej, to zakładanie z góry, że ktoś jest słabszy, głupszy, biedniejszy, mniej okrzesany i tak dalej tylko dlatego, że pochodzi z „wiochy” czy „dziury” jest niesamowicie słabe.

Bo widzicie, my, ludzie z „dziur” czasami potrafimy więcej, niż „wielcy miastowi”.

JEDEN

Pochodzę z niedużego miasta. Żagań ma zaledwie 30 tysięcy mieszkańców i jeśli ci się chce, to w ciągu dnia możesz przejść go od początku do końca kilka razy. Ale oprócz mnie mieszka w nim mój przyjaciel, który od kiedy się poznaliśmy, mówił mi, że zostanie dziennikarzem sportowym w dużej redakcji. W tym czasie pracował lokalnych mediach i sprawował się znakomicie, mimo to, kiedy mówił o swoich planach, sporo osób kręciło głową i mówiło coś w stylu „daj Boże” i „jak ty to sobie niby wyobrażasz?”. Było dla nich nie do pomyślenia, że z jakiegoś tam Żagania można by było trafić do super wielkiej, krajowej, wypasionej redakcji. Nie ma na to szans – przecież trzeba mieć kasę, znajomości i mieszkanie w jednych z wielkich miast.


Ale mój przyjaciel był uparty i po wymianie maili z redaktorami kilku większych redakcji, rzucił pracę i pojechał do Warszawy.  Z miesiąc lub dwa pracował jako stażysta i zaraz potem dostał umowę, bo okazał się tak dobry, że redaktor, który był nad nim, nie mógł w to uwierzyć. Teraz robi wywiady ze znanymi sportowcami, pisze dobre materiały i coraz bardziej zadomawia się w Warszawie. Człowieczek z malutkiego Żagania.

DWA

Jest taka drużyna piłkarska, która nazywa się Termalica Bruk-Bet Nieciecza i która obecnie wywraca do góry nogami polską ekstraklasę. Pochodzą z wioski Nieciecza, liczącej 750 mieszkańców. Gdy dostali się do ekstraklasy, większość ludzi się z nich nabijała, że drużyna z jakiejś dziury zabitej dechami, co oni robią w ekstraklasie, że komuś się pomyliło, że będą służyć do nabijania punktów, bo inne, „duże” drużyny będą przyjeżdżać i walić im gol za golem. Tyle, że nie do końca to się sprawdziło.

Bo po jakimś czasie drużyna zaczęła wygrywać, ścierając wszystkim dowcipnisiom złośliwe uśmieszki z gęby. Sytuacja zrobiła się na tyle zabawna, że ostatnio pokonała nawet obecnego mistrza Polski – Lecha Poznań – trzy do jednego. Zwykła „drużyna z wiochy”. Ludzie z góry zakładali, że jest słaba i beznadziejna, bo przecież jakiś klub piłkarski z wioski nie może liczyć się z wielkimi klubami z tradycjami z dużych miast.
No cóż, mylili się. Jak wszyscy ludzie, którzy mają problem z małymi miejscowościami.

TRZY

Różnicę w postrzeganiu ludzi z dużych miast i małych miejscowości poczułam też na własnej skórze, kiedy trenowałam. Dziewczyny z dużych miast, zawsze miały wszystko lepsze: nowsze buty, fajniejsze stroje klubowe, obozy w lepszych miastach – to wynikało z kwestii finansowych. Duży klub mógł sobie pozwolić na więcej. U nas nikt nie słyszał o klubowym masażyście, suplementy kupowało się na własną rękę, a na obóz sportowy mogliśmy pojechać co najwyżej do Międzyzdrojów. Czasami brakowało też kasy, żeby pojechać na jakieś zawody.

Niektóre dziewczyny z dużych miast patrzyły na nas z góry i od razu zakładały, że jesteśmy gorsze – bo przecież jesteśmy z jakiejś wiochy („czy wy tam w ogóle macie stadion?”).  Szkoda, że nie mogę opisać ich min, kiedy ścigałyśmy je na mecie. Nie pomógł trener po pięćdziesięciu kursach, masażysta, pięć obozów w roku i pojawianie się na mitingach, na którym można było wygrać spore pieniądze. Pokonały je dziewczyny z małego miasta. Kto by pomyślał?

MY, LUDZIE Z WIOCHY

Kiedyś, jak byłam trochę młodsza, czasami było mi szkoda, że nie urodziłam się w wielkim mieście. Mówiłam „jestem z Żagania” i szybko dodawałam „to koło Zielonej Góry”, jakby tłumacząc się z tego, że można nie wiedzieć, gdzie leży Żagań.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że to przeświadczenie o byciu gorszym przez miejsce zamieszkania nie funkcjonuje tylko w jedną stronę: nawet sami mieszkańcy wiosek czy miasteczek myślą o sobie gorzej, w kategorii „wieśniaków”. Czy to nie chore? Jakim sposobem miejsce, w którym mieszkasz ma przesądzać o tym, co o sobie myślisz i za jakiego się uważasz?

Nie jesteś miejscem, w którym się urodziłeś. Jesteś człowiekiem, którego można ocenić po tym, co zrobił i co umie, a nie po tym, co ma wklepane w dowodzie. To nie jest tak, że bycie rodowitym Warszawiakiem, Wrocławiakiem, Łodzianinem czy Krakowianinem sprawia, że jesteś w jakiś sposób lepszy.

Szkoda, że jeszcze sporo osób walących teksty o słoikach, wieśniakach i przyjezdnych tego do tej pory nie rozumie. Te „wieśnioki” wcale nie są gorsze. Nie da się być gorszym od kogoś, kto ocenia ludzi po mieście, z którego pochodzi.

To jest dopiero wiocha.