– Hej, zmotywuj mnie! – mówi ostatnio do mnie mój znajomy. Patrzy się na mnie wyczekującym wzrokiem i podryguje z nogi na nogę.
– Co? – pytam zdezorientowana.
– No, zmotywuj mnie, dawaj. Chcę zacząć ćwiczyć, ale potrzebuję motywacji! – rzuca z miną pełną nadziei. Spoglądam na niego i nie wierzę w to, co widzę.
– Eee…. idź biegać? – próbuję niepewnie. Kolega robi rozczarowaną minę. Biorę głęboki oddech i próbuję jeszcze raz.
– Dawaj, idź ćwiczyć, będziesz fit! – wołam entuzjastycznie, dodatkowo machając ręką. Machanie ręką jest motywacyjne i bardzo pomaga. Teraz jednak chyba się nie sprawdza, bo znajomy kręci głową.
– Słabe to. Nie mogę się właśnie zmotywować, wiesz? A tak bym bardzo chciał poćwiczyć! Chciałbym być fit! – woła, robiąc krążenia ramion. Robi się dziwnie. Patrzę na niego i próbuję się zorientować, czy my na pewno rozmawiamy w jednym języku.
– To dlaczego po prostu nie zaczniesz? – pytam rzeczowo.
– No bo brakuje mi motywacji! – odpowiada, spoglądając na mnie jak na oszołoma – no nie mam motywacji, wiesz?
No nie wiem. Wiem tylko tyle, że wszystko, co robi mój kolega, robi totalnie źle.
CO TY WIESZ O MOTYWACJI?
Nie chodzi o to, że coś takiego jak motywacja nie istnieje. Istnieje. Gdyby jej nie było, wszystkie trenerki fitness łatwo straciłyby robotę. Chodzi tylko o to, że ludzie KOMPLETNIE ŹLE podchodzą do motywacji. Takie mam wrażenie. Traktują tą całą “motywację” jako jakieś światło z nieba, które nagle spadnie, oświeci ich i sprawi, że niespodziewanie, z pstryknięciem palca, zacznie im się chcieć coś robić. Wiecie, coś jak magiczne zaklęcie: nie chce im się, leżą plackiem i nawet nie mają ochoty podrapać się po plecach, ale przychodzi MOTYWACJA (oczywiście znikąd) i obraca całe ich podejście do góry nogami.

Podczas gdy to tak nie działa. Nie ma czegoś takiego jak magiczna siła, która nagle sprawia, że wszystkiego ci się chce, pracujesz jak robot, nie odczuwasz zmęczenia i nie myślisz nawet o odpoczynku. Nie ma światełka ani rozstępujących się niebios. Nie ma też, o dziwo, anielskich trąb.
To nie jest tak, że ktoś ci powie “rusz tyłek” i ty ruszysz tyłek, bo nagle poczujesz super moce. To tobie ma się zachcieć z jakiegoś powodu. Oczywiście, że słowa innych, zdjęcia, filmiki, wspólne wyzwania – to może motywować, ale dopóki ty sam nie zachcesz tego wystarczająco mocno, to możesz i codziennie przeglądać milion motywujących wpisów, a efektów nie będzie.
Czyli wszystko sprowadza się do tego, że tak naprawdę, to ty sam się musisz zmotywować. A jak to zrobić? Znaleźć cel.
MOŻE NIE CHCESZ WYSTARCZAJĄCO MOCNO?
Rozumiem, kiedy ktoś traci motywację w trakcie działania. Odchudza się przez miesiąc i nie widząc efektów, przestaje mu się chcieć. Albo szuka nieustannie pracy w konkretnym zawodzie i mimo mijających tygodni, nic ciekawego się nie pojawia. Taki brak motywacji jest oczywisty i normalny: wtedy dobrze pomagają motywatory w postaci tekstów, książek, obrazków czy innych osób.
Ale jeśli komuś się nie chce już na starcie i to na tyle, że nawet nie zaczyna, to prawdopodobnie nie chce mu się wystarczająco mocno, nie ma określonego celu, albo co lepsze, to marzenie do którego dąży, wcale nie jest jego marzeniem, tylko kogoś innego – na przykład wymagających rodziców czy nauczyciela.

Bo widzicie, jeśli chciałoby mu się wystarczająco mocno, to chociaż zacząłby próbować – czyli poczułby motywację, żeby zacząć. Jeśli jednak ktoś ciągle tylko powtarza, że chce coś zrobić (np. zostać piosenkarzem, dajmy na to), ale nie robi kompletnie nic w tym kierunku – to czy tak naprawdę tego chce? Bądźmy szczerzy: ja jak chcę zjeść wafelka, to nawet i dziesięć kilometrów przejdę, żeby go sobie kupić. Większość ludzi tak ma. Ile razy nadrobiliście drogi, bo zaszliście do sklepu po jakąś zachciankę? No właśnie. Nie wierzę, że ktoś może o czymś marzyć i czegoś niby tak bardzo chcieć i nic z tym faktem nie robić. No nie wierzę.
Kiedy naprawdę czegoś chcesz, to nie musisz wołać do całego świata “hej, niech ktoś mnie zmotywuje!”. Ty sam siebie motywujesz. A właściwie, to motywuje cię twój cel. I tyle. Tu nie ma większej filozofii, petard, wybuchów i głębokiego, męskiego głosu z niebios, który woła “rusz ten tyłek, leniuchu!”.
Więc jak ci się nie chce, to zastanów się, czy to naprawdę to jest to, czego ty pragniesz.

O podobnych kwestiach pisałam dzisiaj u siebie na blogu. Często oczywiście szukamy inspiracji, która by nas zmotywowała do działania. Nie ukrywajmy jednak – nawet najbardziej inspirujący film, zdjęcie czy wypowiedź nie zadziała na nas odpowiednio, jeżeli nie jesteśmy w 100% przekonani do chęci zmiany. Wielokrotnie miałam podejścia do odchudzania, jednak zazwyczaj były one kierowane chęcią zaspokojenia oczekiwań innych. Teraz staram się ćwiczyć bez presji. Bez konkretnych założeń, ile chcę schudnąć. Chodzę na basen, jem mniejsze porcje co 3 godziny. Nie jem po 19.00. Wcześniejsze planowanie nie przynosiło efektów, więc może ich brak poprowadzi mnie do zmian? 🙂 Zobaczymy.
Przykład z wafelkiem po prostu genialny, bo faktycznie jak się czegoś bardzo pragnie to się pójdzie po to nawet do papieża. 🙂 Chciałam założyć firmę przed pójściem na studia dzienne oraz chciałam dostać dofinansowanie na rozwój firmy – udało się. Nie było łatwo, bo najpierw odrzucono mój wniosek z powodu braku załącznika, więc na drugi dzień się odwołałam, choć wiedziałam, że odwoływać się nie można. Poszłam, przekonałam się – nie ma takiej możliwości, ale sama rozmowa z panią dyrektor poskutkowała tym, że niebawem ogłoszono kolejny konkurs na dofinansowanie. 🙂 No i jestem przedsiębiorcą!
Ja ostatnio motywuję się do ćwiczenia wizjami niewstawania z łóżka za jakieś pięć lat. Ruszać się nienawidzę i serio nie ma aktywności fizycznej, której uprawianie nie wzbudzałoby u mnie mdłości, ale jak kręgosłup gnie się na wszystkie strony i żylaki wyłażą na nogach to raczej nie można czekać na motywację. Nawiasem mówiąc – dzięki za to wyzwanie na Facebooku, trochę łatwiej się zmuszać jak masz coś narzucone z góry :D. Co do posta to się zgadzam, jak naprawdę chcesz to sam siebie przekonasz, że jesteś w stanie to zrobić :D. Pozdr,
Regina Brett fajnie napisała: “Kiedy jesteś gotowy i chcesz, rzeczy same się układają a motywacja po prostu jest”.
W życiu jest zawsze tak jak chcemy, tylko nie zawsze wiemy, czego chcemy – dlatego czasem wychodzi inaczej niż oczekiwaliśmy.
Kiedyś gdzieś przeczytałam “Zanim więc powiesz “Nie mogę”, zastanów się, czy chcesz”. Jeśli ktoś czegoś naprawdę chce, to żadna siła go nie zatrzyma w drodze do zdobycia swojego celu. W innym wypadku nie chce prawdziwie. Albo boi się, że mu się to uda.
To co robimy jest zawsze tym co chcemy robić. Może nam się wydawać inaczej, ale podświadomie wszystkie nasze czyny są determinowane tym czego w danym momencie najbardziej chcemy.
W kontekście ćwiczeń, to mam wrażenie, że większość chce efektów ale nie chce tej całej drogi przejściowej, wylanego potu i zadyszki po paru metrach biegu. Jako ludzie jesteśmy bardzo niecierpliwi, nie lubimy czekać, zwłaszcza jeśli czekanie wiąże się z wysiłkiem.
Dla mnie motywacją było …niezmieszczenie się w spodnie. Powiedziałam wtedy dość, przecież nie kupię nowych pary jeansów kiedy w szafie mam pełno w moim “starym” rozmiarze. Był płacz że przecież całe życie byłam fit, a ostatnie pół roku się zapuściłam 🙁 Dlatego kiedy nie zmieściłam się w jedyne spodnie które jak do tej pory pasowały powiedziałam dość i zaczęłam ćwiczyć – od razu. Nie przekonywało mnie nic, nawet to że mam chora trzustkę i powinnam jeść zdrowo, ani zmęczenie związane z brakiem aktywności i złym jedzeniem, nic, tylko właśnie te spodnie. To pokazuje, że motywacja musi iść od nas, a nie od kogoś innego 😉 szkoda tylko że tak późno się za to wzięłam, bo teraz muszę ostro potrenować by nosić swoje spodnie xD ale dam radę, przede wszystkim dla zdrowia 🙂
Cześć! Bloga czytam od niedawna, teraz piszę pierwszy komentarz i tytułem wstępu chciałam tylko podziękować za każdorazową przyjemność z czytania nowych (zresztą starszych też) wpisów 😉
Piszesz w punkt! Dodałabym jeszcze, że źle pojęta motywacja (ta “zewnętrzna”) na dłuższą metę wypala od środka. Przykładowo: chcę wyglądać fit, ale nie chcę ćwiczyć. Jeśli zmuszę się do ćwiczeń, to przez pierwsze 15 minut jeszcze będę bić się z myślami, po co to robię i może lepiej będzie, jak przestanę, bo za bardzo się zmęczę (sic!). Skończę ćwiczenia zmordowana fizycznie i psychicznie, bo najwyraźniej nie tego od początku chciałam.
Jest takie niemieckie powiedzenie “Wo ein Wille ist, da ist auch ein Weg”, w wolnym tłumaczeniu “gdzie wola, tam i droga”. Działa na mnie motywująco, bo przypomina mi, że trzeba siebie pytać: czy tego chcę, ale tak serio-serio? Czasami łapię się na tym, że robię coś na pół gwizdka, byle jak, tylko dlatego, że nie zadałam sobie tego pytania.
Ostatnie zdanie zapada w pamięci i daje do myślenia…
Pamiętam podobny post u Ani Kęski w tym temacie. Tam zwracała uwagę na przykładzie swoich tygodniowych wyzwań, że niektóre nie wychodziły, bo widocznie tak naprawdę nie zależało jej na danych kwestiach.
Myślę, że najlepszą motywację możemy znaleźć w sobie 🙂 I ostatnie zdanie – wymiata.
A mnie motywują inni ludzie, w tym między innymi Marta. Bo dzięki jej blogowi, postanowiłam założyć własnego. Uwierzyłam w siebie i nabrałam więcej optymizmu. 🙂 Ludzie myślą, że motywacja spadnie jak jakaś manna z nieba. Trzeba chcieć i robić coś od razu, a nie odkładać coś na ostatnią chwilę. Pozdrawiam! 🙂
Chciałabym coś dodać do ankiety – nie miałam czasu nic do niej dopisać, dlatego piszę tu. Chodzi o tytułowanie Twoich postów. Czyli: “10 sposobów na…”, “Jak zacząć…”, “Dlaczego warto…” itp. Przyznam, że wcześniej nie zwracałam na to uwagi, ostatnio zaczęło mi się to bardzo rzucać w oczy. I uważam, że zaczęło to wyglądać jakbyś pisała blog poradnikowy 😀 Nie widzę w tym nic złego 🙂 Chodzi o to, że w jednym z postów, z tego co pamiętam, pisałaś coś w stylu “do diabła z poradnikami”. A tytułujesz swoje wpisy właśnie jakbyś taki poradnik psychologiczny prowadziła 🙂 Jak już wspomniałam – nie uważam by było w tym coś złego, że piszesz o takich rzeczach, zresztą gdybym nie lubiła tego to bym Ciebie nie podczytywała. Po prostu, uważam, że powinnać czasami zatytułowałać swoje posty inaczej niż zawsze. Na przykład zamiast “10 sposobów na udane wakacje” to “Udane wakacje z Martą!”. Albo “Jak zacząć biegać” zamienione na “Bieg po zdrowie” 🙂 To “10 sposobów na…” itp. jest w porządku, ale jak to mówią co za dużo to nie zdrowo, a ostatnio u Ciebie widzę pod rząd “10 sposobów…”, “5 sposobów…”, “Jak…?”, “Dlaczego…?”. Kiedyś przeczytałam, że pierwsze napisane zdanie (w książce – ale blogów też się powinno to tyczyć) ma czytelnika za zadanie zachęcić do dalszego czytania. W przypadku bloga jest to tytuł postu, w końcu to on decyduje czy czytelnik kliknie w linka i przeczyta z zaciekawieniem. Jest dobrze, naprawdę, ale będzie super jeśli od czasu do czasu spróbujesz inaczej tytułować swoje wpisy. Ostatnio wspomniałaś o tym, że bardzo się przejmujesz czyjąś krytyką – nie uważaj tego komentarza za hejt, w żadnym wypadku nie miałam na celu Cię obrazić. Chciałam tylko Ci przekazać, że jest coś co mnie (i podejrzewam, że tylko mnie, nie wydaje mi się by ktoś jeszcze był taki upierdliwy i szczegółowy jak ja :D) “koli” w oczy, a jest tym właśnie tytułowanie swoich postów jak poradniki.
Nie wiem czy się dobrze wyraziłam, trochę nagmatwałam. Chodzi mi o po prostu o to, że nie widzę nic złego w tym, że piszesz poradniki typu jak zacząć np. ćwiczyć, ale – nie podoba mi się, że większość postów tytułujesz w podobny sposób, taki schematyczny. I tylko tyle 😀 Taki mały drobny szczegół, który upierdliwa Kasia musiała dopatrzyć xD
Tylko Kasiu tu dochodzi też kwestia tego, co się w internecie klika, czy nie. Kiedyś często myślałam długo nad tytułami i wymyślałam oryginalne wejście, ale to nie klika się tak samo, jak prosty tytuł rodem z gazety czy poradnika właśnie. Nie jestem łapczywa na statystyki, ale to po prostu blogowe realia – wystarczy, jak Ci powiem, że zanim zaczełam pisać takie tytuły robiłam kilka razy eksperyment i wrzucałam stare posty na fanpejdża z nowym tytułem. Klikalność większa, a przecież wartość notki ta sama. 🙂 Pomyślę, jak to urozmaicić, ale nie mogę obiecać, ze takie typowe listy czy poradniki będą miały u mnie fantazyjne tytuły. Natomiast w innych typach postów staram się to robić (np. ostatnio: “Kiedy idzie się umrzeć”, “Piątek z Martą: w życiu najważniejsi są ludzie”, “Jak z dziennikarki stałam się trenerką, czyli dlaczego zmiany są w porządku”, “Dzień dobry, poproszę reset”, “No przyjmij ten komplement” – i to wszystko przykłady z ostatnich 2 tyg) 🙂
Dziękuję Ci bardzo za uwagę i za sposób, w jaki ją przekazałaś 🙂 Miłego dnia! :*
Dziękuję za odpowiedź 🙂 Tak myślałam, że ludzie pewnie chętniej czytają jak widzą “10 sposobów na” niż jakiś bardziej wymyślny sposób. No nic, ja Cię podczytywać dalej będę, jakkolwiek byś nie zatytułowała post 😀
Genialne podejście! 🙂 I na prawdę mnie zmotywowało! 🙂
Czasem, jak nie moogę się zmotywować, to się do czegoś zmuszam. Szczególnie w trakcie trwania jakiegoś projektu. I dzięki temu odzyskuję motywację, wiem, dlaczego to chcę robić i zmuszanie się odchodzi w cień.
Ostatnio zdałam sobie z tego sprawę ,że motywacja nie spada z nieba tylko my ją musimy znaleźć w sobie :))
http://rasberrrt.blogspot.com/