Kilka rzeczy, które muszę wreszcie PRZESTAĆ robić

Każdy z nas chciałby być idealny. Po prostu. Chcielibyśmy mieć dobę, która się wydłuża na życzenie, nigdy nie spóźniać się z terminami i zawsze mieć wszystko zapięte na ostatni guzik. Ja też bym chciała. Naprawdę. Tyle, że jakoś tak zawsze wychodzi, że zamiast tego się sabotuję i robię rzeczy, które muszę przestać robić. Zawsze to sobie powtarzam i wiecie co?
Jeszcze ani razu nie wyszło.

Jestem dzisiaj na siebie wściekła. Po raz kolejny złapałam się na cholernym odkładaniu ważnych rzeczy na nieokreślone później, co sprawia, że po pierwsze, za każdym razem budzę się z ręką w nocniku, po drugie, sama siebie stresuję, a po trzecie, połowy rzeczy nie robię i wtedy inni ludzie są na mnie wściekli.

Za każdym razem powtarzam sobie, ze muszę ze swoimi nawykami skończyć (a może to nie są nawyki – nie wiem, jak to inaczej nazwać) i do tej pory kończy się na powtarzaniu. Może jak opowiem o tym na blogu, to się zmotywuję do działania i dostanę jakiegoś kopa w swój tyłek 🙂

RZECZY, KTÓRE MUSZĘ KONIECZNIE PRZESTAĆ ROBIĆ, BO INACZEJ W KOŃCU NADEJDZIE KATASTROFA

1. ODKŁADAĆ RZECZY NA PÓŹNIEJ

Zabijcie mnie. Tyle mówię o organizacji, jakie to ważne, prowadzę kalendarze i takie tam, a gdy co do czego dochodzi – po prostu kocham odkładać rzeczy na później. Odkładam tak kilka blogowych projektów, odkładam nagrywanie filmów na kanał (dlatego wychodzą tak rzadko, a miały być częściej!) i co najważniejsze – odkładam coś, o czym myślę od 1,5 miesiąca, a mianowicie posadzenie własnego tyłka na kanapie i przemyślenie tego bloga. Szczerze mówiąc, nie wiem, co aktualnie ja tu wyczyniam na tym blogu, ale potrzebuję po prostu dnia, żeby opracować to, w którą stronę chcę iść i co zrobić, żeby to miejsce podobało mi się tak, jak wcześniej (teraz nie jestem do końca zadowolona). Zawsze sobie obiecuję, że zrobię to jak napiszę notkę… piszę wpis i zamykam bloga, potem wchodzę poczytać komentarze i na tym się kończy moja cała rewolucja. Szaleństwo, Marta! To samo z uzupełnieniem dat, zaplanowaniem wydatków i ogarnięciem sytuacji, bo choroba taty wybiła mnie z rytmu.
Rany, ogarnij się wreszcie, dziewczyno. Ogarnę. Jutro. 🙂

Wiecie, że istnieje coś takiego jak prawo Parkinsona? Mówi ono o tym, że jeśli mamy jakiś czas na wykonanie zadania, to zrobimy to w ostatnim możliwym momencie. Typowa Marta.

Wiem, że moje narzekanie może brzmi zabawnie i mało poważnie, ale uwierzcie mi, że dla osoby która pracuje w domu takie załamanie w organizacji to tragedia. Ja mam umowy i terminy, których muszę się trzymać, muszę mieć to spięte w kupę, bo inaczej jak wszystko się rozwali, to…  będzie kiepsko, po prostu.

2.  PRZESTAĆ ŻYĆ PRZESZŁOŚCIĄ

Moje  standardowe teksty: „ale fajnie było w liceum”, „a gdybym tak wróciła do trenowania?”, „a może zrobimy spotkanie z naszą klasą?”. Naprawdę trudno jest mi zaakceptować, że człowiek już jest dorosły, znajomi też i że każdy poszedł w inną stronę i niekoniecznie jest tak sentymentalny, jak ja. Myślę bardzo ciepło o wszystkich moich możliwych kolegach i koleżankach, chętnie się spotykam i odnawiam kontakty, ale czasami to błąd – bo niektórzy mają już nowe życia, nie czują tego sentymentu i jedyne, z czym zostaję, to z wielkim rozczarowaniem i z poczuciem, że strasznie mi przykro, że nie jest tak, jak kiedyś.

3.  SPÓŹNIAĆ SIĘ (ZWŁASZCZA NA WAŻNE SPOTKANIA)

Nie wiem, jak ja to robię. Wstaję kilka godzin przed godziną spotkania a i tak biegnę na ostatni możliwy autobus, czesząc się sprintem i malując się już w środku. Raz na jakiś czas nie szkodzi, ale nie dziwię się wcale moim znajomym, że już się wściekają na mnie z tego powodu. Zastanawiam się, jak moja przyjaciółka wytrzymała ze mną trzy lata liceum – spotykałyśmy się zawsze w tym samym miejscu o określonej godzinie. To znaczy, ona tam była. Ja dobiegałam 5 minut później. Spóźnialstwo to moja duża wada i naprawdę muszę nad tym solidnie popracować.

4. WYDAWAĆ TYLE PIENIĘDZY

„O, promocja!”,, „muszę to mieć!”, „wow, jakie fajne!”. I leci. Zwłaszcza, kiedy mimo zdrowego rozsądku płaci się kartą płatniczą. Na szczęście nad tym nadmiernym wydawaniem kasy zaczęłam ostatnio powoli panować i już nie zarządzam tak bezmyślnie pieniędzmi, co nie zmienia faktu, że muszę wreszcie (i znów to odkładanie) poczytać bloga Michała i ogarnąć ten mój budżet, bo inaczej mój tegoroczny cel (uzbieranie na koncie oszczędnościowym pięciocyfrowej kwoty) się nie spełni. Nigdy. Na razie mogę wam tylko powiedzieć, że strasznie kiepsko mi to idzie.

I to już chyba wszystko – przynajmniej z tych największych rzeczy. Więcej grzechów nie pamiętam. Jak macie jakieś rady, jak mam się ogarnąć albo sami chcecie nad czymś popracować – napiszcie w komentarzu, publiczne deklaracje bardziej motywują do działania 🙂