Hura! Jednej bzdury w szkołach mniej

Wychowanie fizyczne. Lekcja, która składała się z trzech obowiązkowych elementów, których po prostu nie mogło zabraknąć: wuefisty w dresie (koniecznie firmowym), ławki pełnej dziewczyn, które akurat tego dnia są niedysponowane (tak jak w pozostałe 29 dni w miesiącu) oraz pytania: „psze pana, czy możemy dzisiaj pograć w siatkę?”. Wydawałoby się, że nic z tym nie można zrobić: w końcu wiadomo, że miejsce pana od wfu jest w kantorku, a nie na sali, dziewczyny nie ćwiczą, bo boli ich głowa, grubsi załatwiają sobie lewe zwolnienia, żeby się nie spocić, a faceci i tak na każdej lekcji kopią piłkę, marząc o byciu Lewandowskim (tyle, że im się to nie udaje). Ale nagle pojawiło się światełko nadziei w tunelu. Coś się wreszcie w szkole zmieni. I wiecie co? Będzie o jedną głupotę mniej.

LEKCJA, KTÓREJ NIE MA

Wuef. Lekcja, którą wykorzystywało się do trzech rzeczy: podrywania chłopaków, pocących się przy kopaniu piłki, odpisywaniu zadań domowych i uczeniu się na następne kartkówki oraz obgadywaniu wszystkich możliwych osób w okolicy, wliczając w to nauczycieli. Przynajmniej tak to wyglądało u dziewczyn. Mało komu chciało się ćwiczyć, bo mało co ciekawego na wfie się robiło. Poza tym, przy ruchu człowiek się poci – fuj, obleśne.

Były dwie rzeczy w tych lekcjach, które niesamowicie mnie wkurzały: po pierwsze, koleżanki, które wiecznie przynosiły lewe zwolnienia, bo nie chciało im się spocić, po drugie: system oceniania, który sprawiał, że cokolwiek bym nie zrobiła i jakkolwiek bym nie miała tego gdzieś, i tak kończyłam z szóstką, mając wysportowane ciało, które po prostu dużo potrafi. W przeciwieństwie do mojej przyjaciółki, która pociła się, stękała, próbowała i łapała zadyszkę, ale zawsze kończyła z tróją, bo biegła za wolno, skakała za mało i nie potrafiła serwować piłki jak rasowi siatkarze.

CHOLERNE ZWOLNIENIA

Kiedy dziecko przynosi zwolnienie, nie robi krzywdy tylko sobie (pozbawiając się ruchu). Robi też krzywdę wszystkim tym frajerom, w których gronie zawsze byłam, którzy sprawiedliwie, uczciwie, dźwigali do szkoły te śmierdzące gumą trampki, białe koszulki i granatowe, krótkie spodenki.  Bo jeśli zwolnienie jest jedno lub dwa – to spoko. Ale kiedy w liceum zwalnia się 3/4 klasy i zostajecie w czwórkę, licząc wuefistę, to co niby macie podczas tej godziny zrobić? W nogę – nie pograsz. Unihokej – nie ma sensu. Aerobik – nauczycielowi się nie chce, za mało osób. Wyjście na dwór – nie możemy, bo trzeba pilnować reszty na ławkach.

I koniec końców zawsze wychodziło na to samo – albo odbijałam piłkę z koleżanką, albo siadałam w swoim stroju na ławce, kisząc się razem z całą ławą zwolnionych (wszystkie cierpiały na bolesne miesiączki przez trzydzieści dni w miesiącu). Dlatego właśnie przestałam lubić wf. Bo nic nie dało się na nim robić. Na szczęście, od nowego roku szkolnego usprawiedliwianie się zwolnieniami nie będzie takie łatwe. I dobrze. Bo między nami mówiąc, wszyscy dobrze wiemy, ile tych zwolnień było uzasadnionych, a ile było zwykłą ściemą.

SZÓSTKI I TRÓJE

No i ocenianie: nieważne, jak się starałeś, jeśli nie złamałeś iluś sekund na sześćdziesiątkę, nie skoczyłeś iluś metrów w skoku w dal, nie zrobiłeś idealnie dwutaktu – trója. I tyle. Ile razy wysłuchiwałam narzekań mniej sprawnych koleżanek, którym do stypendium brakowało oceny z wychowania fizycznego… smutne.
Nie wiem, czy wiecie, ale w tym roku mają wejść nowe zasady oceniania na lekcjach wf-u: mają liczyć się chęci, aktywność i obecności, a nie konkretny, suchy wynik. Czy to dobrze? Oczywiście, że tak! Z perspektywy osoby, która zawsze lubiła wychowanie fizyczne i zbierała szóstki szybciej, niż grzybiarki prawdziwki na jesień, uważam, że to najlepszy pomysł, na jaki można wpaść.

Wiem, że wielu moich znajomych nie chciało ćwiczyć albo podchodzić do sprawdzianu, bo bało się wyśmiania albo porażki – zwłaszcza w podstawówce czy gimnazjum. Nie wszyscy ważą idealnie, nie wszyscy potrafią zrobić skłon, nie każdy będzie Boltem na szkolnej bieżni na sześćdziesiątkę. Mój chłopak przed chwilą opowiedział mi historię – mówił, że w podstawówce był zawsze chudy i wolny, dużo wolniejszy niż reszta kolegów. W końcu specjalnie zaczął biegać jeszcze wolniej, bo było mu głupio, że słabo mu idzie i wolał udawać, że biega wolno specjalnie. Zniechęcało go to do zajęć – i wcale mu się nie dziwię.
Oceniając starania – to, czy chcesz dane ćwiczenie zrobisz, czy dajesz z siebie wszystko, czy próbujesz poprawić wynik – dla mnie ta ocena jest bardziej miarodajna. Ile jest dzieciakiem z talentem do sportu? Niedużo. A przeciętniaków? Większość. Wiecie, jak przykro było moim kolegom z podstawówki, kiedy próbowali mnie przegonić na 60 metrów i nigdy im się nie udawało?  I mimo swoich starań, oni lądowali z trójką, a ja zawsze z szóstką? Dzieci szybko się zniechęcają.

Z jednym zastrzeżeniem – uważam, że szóstka jako ocena końcowa powinna być zarezerwowana tylko dla osób trenujących. Albo tylko dla tych, którzy rzeczywiście są bardzo sprawni fizycznie. Szóstki rozdawane na prawo i lewo za nic tylko utwierdzały wszystkich w przekonaniu, że wychowanie fizyczne to lekcja taka jak PO czy religia – nie trzeba na nich nic robić, a szósteczka i tak jest w dzienniku.

Zastanawiam się – jakie macie wspomnienia z wfu?