3 życiowe lekcje, których nauczy cię pięciolatek

Czytasz Paulo Coelho i pochłaniasz książki o życiu? Błąd. Wystarczy, że spotkasz się z dzieckiem – gwarantuję, że nauczy cię więcej, niż niejeden autor cytatów z internetu.

UPARTY JAK OSIOŁ

Olek, lat sześć.

– Ciociu, mogę wejść na tamę?
– Nie.
– Ale ciociu, proszę, mogę? Na chwilę.
– Nie.
– Czemu?
– Bo spadniesz do rzeki, ciocia nie umie pływać i cię nie uratuje, a potem mama się wkurzy i ciocia wyląduje w więzieniu. Oluś, ciocia za ciebie odpowiada.
– No to ja przepłynę na brzeg i wrócę do domu, jak nie umiesz pływać!
– Ale trafię do więzienia.
– No to ja zadzwonię do dziadka i dziadek cię wyciągnie! (dopisek: mój tata, a Olka dziadek, jest wysokiej rangi policjantem)
– Nie da rady – mówię rozbawiona.
– No to ja pożyczę kombajn od pana Józka i wjadę w więzienie i cię uwolnię! – krzyczy Olek.
No właśnie. Dla dzieci nie ma „nie da się”. Jak to, nie można? Jak nie można, to przecież jest jakiś inny sposób. Drugi. Trzeci. Piąty. Dwudziesty. Dzieci się nie poddają i to jest niesamowite. Dorośli powinni się tego od nich uczyć 🙂

WCALE NIE CHCESZ SIĘ DZIELIĆ Z INNYMI

Marysia, lat 5. Przez cały dzień siedziała z moim chłopakiem, który z poczucia obowiązku (przecież jest takim fajnym opiekunem) co chwila się z nią czymś dzielił. A to to, a to tamto. W trakcie tego dzielenia się Marysia powiedziała: „A wiesz, wujku, moja koleżanka mówiła, że trzeba się dzielić”. Patryk, zadowolony, oddał jej swoje jajko niespodziankę. W końcu poszliśmy na spacer i kupiłam Marysi sok w butelce.
– Marysiu, dasz mi się napić? – zapytał Patryk.
– Nie. – Odpowiedziała szczerze.
– Jak to nie? – zdziwił się – przecież mówiłaś, że trzeba się dzielić!
– No nie, nie – powiedziała pięcioletnia Marysia – ja tylko powiedziałam, że moja koleżanka to mówi. Ja wcale nie mam ochoty się dzielić, ten sok jest mój.

Pamiętasz, co nam zawsze wpajano? Że trzeba się dzielić – bo tak wypada. Że zawsze trzeba coś komuś oddać, coś przeciąć na połowę, z czegoś zrezygnować, żeby miał to ktoś inny. Najlepiej to jeszcze wyskoczyć ze swoich butów i oddać ostatnie gacie – to dopiero dobre poświęcenie! Wiecie, tak z dobrego serca, bo przecież mamy takie czyste dusze i nieskalane złą myślą sumienia. I okej – to niby dobrze działa w dzieciństwie – dzięki tej zasadzie rodzeństwo może podzielić się zabawkami i słodyczami, a w szkole możesz poczęstować kolegów cukierkami i wyjść na fajnego gościa. I wiecie co? Na funkcjonowaniu w dzieciństwie się kończy, bo w dorosłym życiu to już tak nie działa (nie licząc oczywiście działalności charytatywnej). Dlaczego? Bo tak naprawdę, szczerze, kiedy co do czego dochodzi w realnym, dorosłym życiu, to… my wcale nie chcemy się dzielić. Nie mamy na to ochoty.
I nic dziwnego. Dajcie spokój, przyznajcie się sami przed sobą. To żaden wstyd.

Nie chcesz się dzielić rzeczami, które są twoje – właśnie dlatego, że są twoje. Naturalny odruch. Owszem, jak wypada, to podsuniesz koleżance opakowanie chipsów z rzuconym z łaską „chcesz?”. Ale jeśli masz coś, czego bardzo chcesz, albo na czym cię zależy, to prędzej sobie rękę utniesz, niż to komuś oddasz. Bo czemu byś miał? Sam na to zapracowałeś, więc ci się należy. I mówię całkiem serio.
Co innego, jeśli masz potrzebę podzielenia się – to jest w porządku. Chcesz – udzielaj się, kupuj karmę dla zwierzaków (jestem bardzo za!), wpłacaj kwoty, pomagaj. Ale jeśli wcale nie masz ochoty – to jest normalne. Tak jak mówi Marysia: to jest twoje. I fakt, że nie chcesz tego oddać, wcale nie robi z ciebie potwora lub złego człowieka.

Rozwalają mnie czasami komentarze pod zdjęciami lub artykułami o bogatych ludziach. Niektórzy piszą: „zamiast tej torebki za 60 tysięcy, mogliby to przelać na jakąś organizację charytatywną”. Mogliby, ale nie chcieli – ICH CHOLERNE PRAWO. To są ich pieniądze, które należą do nich i naprawdę ocenianie ludzi pod kątem „ma tyle kasy, a nie chce dać na dzieci” jest po prostu śmieszne. Każdy ma prawo decydować o swoim majątku tak jak chce i to nikogo innego sprawa. Nie wiem, kiedy ludzie się tego nauczą.

PO PROSTU CIĘ KOCHAM

Tomek, mój siostrzeniec, lat cztery – na pierwszym zdjęciu. Idziemy sobie po parku, w pewnym momencie obraca się do mnie, podbiega, przytula się do moich kolan i mówi prosto z mostu:
– Kocham cię, ciociu.
Takie proste! Ile razy mówisz ludziom, których lubisz, właśnie to, że ich lubisz? Ja teraz częściej, ale kiedyś – bardzo rzadko. Mam czasami wrażenie, że mówienie takich rzeczy uważane jest przez niektórych za słabość. Obnażanie się ze swoimi uczuciami, mówienie komuś coś prosto w oczy – średnio, co? Moi znajomi często słyszą, że się stęskniłam, że ich lubię, kocham, albo że mają w tym momencie do mnie przyjść, bo usycham z tęsknoty tak, jak moja mięta, którą miałam podlewać, ale i tak zapominam (biedna mięta, już nie żyje).

Ludzie często bez powodu blokują się z okazywaniem uczuć, boją się, że zostaną odrzuceni albo że tak nie wypada – a ja mam to w dupie i wam też radzę. Dużo lepiej się żyje, kiedy piszesz nagle znajomemu, że go tak lubisz, że masakra, albo że się stęskniłaś i już. Relacje z ludźmi też robią się łatwiejsze – bo są po prostu bardziej klarowne. Jestem w ogóle przeciwnikiem gierek w związkach, które polegają na czymś w stylu „będę udawać, że mi nie zależy” czy „poczekam, aż on pierwszy mi powie, że mnie kocha” – jak dla mnie nic to nie daje. Za to mówienie sobie szczerze o swoich uczuciach tylko cementuje to, co jest między wami. I już. To takie proste – wystarczy być szczerym i mówić to, co się czuje. Dokładnie jak dzieci.

Ciągle się mówi, że warto się uczyć od starszych. Okej, racja. Ale czasami opłaca się też obejrzeć za siebie i zobaczyć, co robią dzieciaki.
Bo czasami się okazuje, że są dużo mądrzejsze, niż ci się wydaje.