Czasami wydaje ci się, że cały ten świat jest na jakichś narkotykach, których ty, dziwnym trafem, nie możesz dostać. Obserwujesz, jak ludzie zaczynają ćwiczyć, brać udział w konkursach, rozwijać własne firmy oraz podbijać biegun północny i zastanawiasz się, co z tobą jest nie tak, że tobie… po prostu się nie chce.
“Nie mam motywacji” – myślisz sobie, kiedy kolejny wieczór z rzędu spędzasz na odświeżaniu tablicy na fejsie. “Ja też tak zrobię” – przechodzi ci przez głowę, kiedy patrzysz na zdjęcia znajomej (minus piętnaście kilo). “Od jutra zaczynam!” – mówisz sam do siebie pod nosem każdej nocy przed spaniem.
A potem nic się nie dzieje.
Głównie dlatego, że chyba każdy twój dzień wygląda tak samo. Że oczekujesz, że coś się zmieni, że obudzisz się rano z niesamowitą energią i zapałem do pracy, a tu dzień jak co dzień. Tak jak zwykle nie chce ci się wstać, tak jak zwykle wizja biegania o świcie nie jest jakoś szczególnie atrakcyjna, tak jak każdego dnia myślisz, że powinieneś zrobić sobie listę zadań, a potem masz to w dupie, bo nie chce ci się nawet spisać tych trzech rzeczy, które masz dzisiaj wykonać.
I każdego dnia obiecujesz sobie, że to już ostatni raz.
Wiesz, na czym polega twój problem? Nie na tym, że nie masz “motywacji”. Nie na tym, że masz gorszą sytuację. Nawet nie na tym, że jesteś leniem i sama myśl o ruszeniu się do kuchni sprawia, że już czujesz się zmęczony.
Problem polega na tym, że jesteś święcie przekonany, że coś się nagle stanie. Że nadejdą fanfary, fajerwerki, że nagle jakiś niski głos z niebios, dziwnym trafem przypominający głos Morgana Freemana powie ci, co masz robić.
No nie.
Takich rzeczy to nie ma nawet w Erze.
NICNIEROBIENIE = WIĘKSZE NICNIEROBIENIE
Sprawa jest bardzo prosta i wygląda następująco: jeżeli nic nie robisz, to nic się nie zmieni, dopóki ty nic nie zmienisz.
Tadadam! Zagadka motywacji i wszechświata rozwiązana. Bo widzisz: im częściej nic nie robisz, tym dłużej będziesz nic nie robił. To trochę jak z dietą, na przykład. Jeżeli trzymasz się diety, to trzymasz się diety. Jeżeli robisz jeden dzień przerwy, to jest spoko. Ale jeżeli zrobisz dwa albo trzy, to bardzo prawdopodobne, że potem będzie jeszcze czwarty dzień i piąty, aż w końcu zanim się obejrzysz, na śniadanie, obiad i kolację będziesz zajadał się czekoladą, bo wypadniesz z rytmu.
Po prostu tak to działa. Popatrz sobie na francuskich żołnierzy w trakcie II wojny światowej – nie mieli zbyt dużo do roboty w okopach:
“Nie da się spędzać całego czasu na graniu w karty, piciu i pisaniu listów do żony – napisał jeden z francuskich żołnierzy. – Wylegujemy się na sianie i ziewamy, i nawet zaczynamy gustować w takim lenistwie. Myjemy się coraz rzadziej, już nie przejmujemy się goleniem i nie potrafimy się zmusić do pozamiatania albo posprzątania stołu po jedzeniu. Wraz z nudą w bazie zapanował brud.” – II wojna światowa, Antony Beevor.
Im dłużej nic nie robisz, tym bardziej nic się nie będzie chciało. Tyle. To ta wielka tajemnica “motywacji” i zmotywowanych ludzi. Nie chodzi o to, że Ewka Chodakowska bierze coś w łazience po kryjomu. Chodzi o to, że ciągle coś robi, więc ciągle czuje zapał i chęć do pracy. Im dłuższą miałaby przerwę, tym trudniej byłoby jej zacząć znowu.
Więc tak naprawdę, jaka jest ta wyczekiwana przez wszystkich odpowiedź na pytanie “jak znaleźć motywację?”. Bardzo prosta.
Rusz dupę.

Świetny tekst. Pozdrawiam 😉
🙂 Dziękuję!
To jest tak prawdziwe, że aż mam ochotę wydrukować sobie niektóre zdania, oprawić w ramkę i powiesić nad łóżkiem. Szczególnie teraz w wakacje łatwo jest wpaść w pułapkę nicnierobienia i odmóżdżania się serialami. Tak dla przykładu: biegam już od maja. Mentalnie. Fizycznie nie wyszłam pobiegać ani razu, ale codziennie rano budzę się z zamiarem wyjścia na stadion. Jutro jednak ruszę tyłek. Serio. Pomyślę sobie: Marta byłaby rozczarowana moją postawą i wyjdę!
Uwielbiam czytać Twojego bloga, bo nigdy nie oszczędzasz czytelnika. Prosto z mostu walisz prawdę i otwierasz mi oczy na wiele rzeczy, których wcześniej nie dostrzegałam. Dzięki 🙂
Maria, to ja dziękuję. 🙂
Zgodzę się ! Też pójde biegać a co tam 🙂 Trzeba się wziąść w garść
Zgadzam się w 100% <3
Jak nic nie robię, to nie mogę się zmusić do niczego.
A jak mam studia, pracę, treningi i wolontariat, to na wszystko znajduję czas 😀 i tylko czasem mam ochotę rzucić wszystko w kąt i sobie odpocząć 😉
No właśnie 🙂 Ale odpoczynek to co innego i jak najbardziej na niego zasługujesz 🙂
“Rusz dupę” – tylko tyle i aż tyle. Jedyna rzecz, którą trzeba zrobić. Potem już z górki. Nie rozleniwiajmy się na wakacje 🙂
Czasami proste rzeczy są najlepsze.
Loosers wait for motivation, winners just get shit done! 🙂 Wrzuciłam ten cytat na tapetę w komórce i powiesiłam w widocznym miejscu. Idealna przypominajka w momentach zwątpienia.
<3
Gdyby to było takie proste, wszyscy byliby piękni, zdrowi, bogaci, spełnialiby marzenia a zawody psychologa, czy trenera rozwoju osobistego byłyby zbędne. Nie sądzisz? Nie ma czegoś takiego jak brak motywacji czy lenistwo bez powodu. I tym powodem zwykle nie jest to, że nic się nie robi. Owszem, ‘nicnierobienie’ może pogłębiać zdystansowanie do działania. Jednak nie jest przyczyną samą w sobie. Motywacja bierze się z bilansu zysków i kosztów (materialnych i emocjonalnych) jakie poniesiemy, kiedy zadziałamy. Kiedy wynik wychodzi nam nieopłacalny, motywacja znika.
“Rusz dupę” nie wystarczy, kiedy logika lub emocje podpowiadają, że to się nie opłaca. Szczególnie, kiedy problem jest emocjonalny, wynikający z niskiej samooceny, braku wiary we własne siły, braku obiektywnego rozeznania sytuacji, lub kiedy brak motywacji wynika po prostu ze sprzecznych przekonań jakie w sobie nosimy, a których czasem sobie nawet nie uświadamiamy. Pozdrawiam ciepło.
Jest pan bardzo mądrym człowiekiem 🙂
Dziękuję za komplement 🙂
Też się zgodzę. Sama tak miałam w sumie jeszcze przed rokiem.
Ja się zgadzam, że rusz dupę nie wystarczy, jeśli ktoś ma problemy emocjonalne, ale to tak naprawdę nie jest post skierowany do takich osób. Są psycholodzy, są bliscy i od takich ludzi trzeba w takich wypadkach zacząć – jak najbardziej.
Natomiast nie zgodzę się w ogóle Marcinie z tym, że każdy przypadek tak naprawdę jest spowodowany właśnie problemami, brakiem wiary w siebie czy jakimiś rzeczami związanymi z samooceną. Wcale nie jest tak mało przypadków, kiedy po prostu powodem jest zwykłe trwanie w nicnierobieniu i myślenie, że nagle coś się samo zmieni. To jest właśnie problem wśród ludzi. Bo zawsze szukamy powodu. Powodu, dla którego nam się nie chce. Są osoby, które tak jak mówisz, mają problemy i dla nich taki tekst będzie niczym – ale ja nie jestem psychologiem i nie piszę tekstów dla takich osób, bo nie mam odpowiednich kompetencji. Ale jest też mnóstwo ludzi, którzy po prostu potrzebują usłyszeć “rusz wreszcie tą dupę”, bo czekają na cud, który się nie wydarzy, albo próbują wymyślać wymówki, które nie istnieją.
Racja, czasem potrzebujemy kopa w tyłek, żeby wskoczyć na tory, kiedy nam się trochę wykoleił plan, szczególnie jeżeli jest to kop naładowany pozytywną energią, bez stękania i wyrzutów 🙂
Dlaczego być może nie masz motywacji? Bo źle ją sobie wyobrażasz. Moja opowieść: pewna tępa antydziewczyna przez całe życie myślała, że nie będzie się uczyć, bo jej się nie chce, bo jest jakaś dziwna i nie może się za siebie wziąć, nie może się zabrać do roboty, bo to nie dla niej, bla, bla bla. Tępa była dlatego, że nie zauważyła, że kurde nikomu się nie chciało, a wszyscy robili. A nawet tych, którym się chciało prędzej czy później cholera i niemoc wzięła, ale nadal robili, bo mieli plan. Ona siedziała na dupie, bo jej się wydawało, że jak nie odrabia lekcji z zapałem i patrzy za okno z nutą tęsknoty to już po zabawie, nic nie zrobi, nie nadaje się do tego, bo ją to nudzi, bo nie ma ochoty. Później zmądrzała. Dziękuję. Pozdr,
Bo to wbrew pozorom nie jest nagłe olśnienie z nieba 😀
Uwielbiam Cie czytać, choć to prawda – czasem samo RUSZ DUPE nie wystarcza, gdy ktoś ma problemy emocjonalne. Niestety.
Odsyłam do mojego komentarza pod komentarzem Marcina 🙂
Aż wstałam na brzuszki, dzięki!
Dziaaaaałamyyyyyy 🙂
Jednak czy Chodakowska niczego nie wciąga w łazience – tego nie wiesz 😀
To w sumie jej sprawa 😀
Kwestia przyzwyczajenia – po prostu przyzwyczajamy się, że niczego nie robimy i nic nam się nie chce. Cóż, szczerze przyznaję – tak jest ze mną. I każdy kolejny dzień kończę słowami “od jutra”. Z tym że bardzo odległe jest dla mnie to “jutro”. Czas to zmienić. Od TERAZ biorę się do roboty. 🙂 Dzięki, Marta!
Cieszę się 🙂
True story! Widzę po sobie, że wyjazd na wakacje zupełnie wybił mnie z rytmu porannych ćwiczeń (które naprawdę uwielbiam). W poniedziałek stwierdziłam, że muszę się zaaklimatyzować z powrotem w domu, we wtorek musiałam pojechać do domu rodzinnego, więc też nie było jak. Dzisiaj już też miałam odpuścić, ale stwierdziłam, że jak się nie ruszę, to będzie coraz gorzej. Ruszyłam więc tyłek i wiem, że jutro będzie o wiele łatwiej.
To takie prawdziwe…..kiedy pracowałam robiłam o wiele więcej niż teraz kiedy jestem na “przymusowym wolnym”…. ciągle sobie coś obiecuję, ale wychodzi jak zwykle….masz rację jedno działanie napędza inne…
To tak jak z wychodzeniem na imprezy. Jeżeli mamy w zwyczaju wychodzić co piątek to jakoś idzie, jeżeli jednak na miesiąc odpuścimy to później ciężko się w ten rytm wbić ponownie.
Dwa słowa a dały mi więcej do myślenia niż jakiekolwiek inne, heh wiesz uwielbiam Cię. 😉
Ojej <3
Co tu dużo mówić, masz świętą rację. Nic dodać, nic ująć 🙂
Bo trzeba sobie uświadomić, że poprawny przebieg nie wygląda tak: motywacja –> działanie –> efekty, tylko: działanie –> efekty –> motywacja –> działanie –> efekty itd. Jeśli chcemy zacząc coś robić, np. słynne to już rok jak idę biegać, to niestety bilans kosztów i zysków jest zbyt mały żeby motywacja przekroczyła poziom progowy, czyli za niska żeby ruszyć dupę. Dlatego ludzie czynu wiedzą, że jeśli chcemy coś zacząć robić to trzeba na początku prawdopodobnie się zmusić, motywacja pojawi się po pierwszych efektach i potem będzie łatwiej. Oczywiście mówiąc o motywacji nie mam na myśli “no chcę przecież bo jestem gruba” tylko motywację na tyle silną, że faktycznie zaczynamy daną czynność wykonywać. I ludzie czekają na taką motywację bo myślą że jest im niezbędna.
Święte słowa Forda: “Jak się chce, to się da. Jak się nie chce, to się nie da”. Jeżeli nam nie wychodzi, czy brak nam motywacji, to znaczy że świadomie lub nieświadomie nie chcemy tego sukcesu, który prawdopodobnie przyjdzie, kiedy ruszymy tyłek. Zmuszanie się moim zdaniem tylko pogarsza sytuację, bo czujemy, że działamy wbrew sobie. Kto lubi działać wbrew sobie? Jacyś chętni? Kto lubi być zmuszany przez innych, albo zmuszać sam siebie? Myślę, że więcej zmuszania=większy opór materii. Choć i czasem, tak jak Marta pisze, zmuszenie czy kop w tyłek pomaga, bo np. otwiera nam oczy.
Moim zdaniem “dobra motywacja”=”chcę” , nie “muszę”.
Wyobraźmy sobie, że lubię leniuchować, leżeć dłużej w łóżku. Codziennie to robię, bo lubię, daje mi to frajdę i nie mam z tym problemu. Czy trzeba mnie do tego zmuszać, motywować?
Wyobraźmy sobie, że chcę być np. prawnikiem i z zamiłowaniem oddaję się w każdej chwili nauce i poszerzaniu wiedzy. Chwila bez książki czy rozmów na ten temat, to dla mnie chwila stracona. Czy trzeba mnie zmuszać, motywować?
W obu przypadkach intencje są szczere i prowadzą do naturalnej motywacji. Bo chcę, nie bo muszę.
Kiedy czuję, że muszę, to znak, że coś w tym jest wbrew mnie samemu. I tu pojawiają się schody, bo trzeba znaleźć to, co nas zatrzymuje. To, co wyłącza motywację. To, co nam mówi, że nie jesteśmy na właściwej ścieżce i nie dążymy do własnego szczęścia, tylko kierujemy się czymś, co jest sprzeczne z naszymi przekonaniami.
To wszystko brzmi fajnie i zdaje się prawidziwe, niestety jak dla mnie to odrealnione przypadki. Oczywiście najlepiej jest jeśli jest coś co kochasz i możesz to robić zarówno dla zdrowia czy pieniędzy. Jakaś taka pasja, której się oddajesz i z której możesz wyżyć, utrzymać zdrowie itp. Super. Jednak w 99% przypadków ludzie aby żyć i cieszyć się niezłym zdrowiem/wyglądem muszą się trochę zmusić .. do pracy, do nauki, do wysiłku. Nasze ciała są ograniczone, instynktownie dążymy do tego, by się nie zmęczyć ani psychicznie, ani fizycznie. Robiąc tylko to, na co mamy ochotę, przesiedzielibyśmy całe życie w strefie komfortu, każde z niej wyjście jest zmuszaniem się (oczywiście żaden psycholog nie powie Ci: zmuś się, powie Ci za to: wyjdź ze strefy komfortu! ;)). Jest też inna kwestia: chcę osiągnąć w czymś poziom instruktorski. Chcę. Na treningi też chcę chodzić. Tylko, że w pewnym momencie pojawi się “nie chce mi się iść dziś na trening”, a potem na kolejny i kolejny. I to nie tak, że ciągle mi się nie chce, częściej mi się chce albo jestem obojętna, ale jakbym chodziła tylko wtedy kiedy mi się chce nie zostałabym dopuszczona do kolejnych egzaminów, i tym samym zaprzepaściłabym “chcę instruktora” przez “nie chce mi się dziś”. Nie wiem ilu jest ludzi, którzy nie miewają chwil zwątpienia, raczej niewielu …
I oczywiście zgadzam się z Nayantara co do zmuszania się do spróbowania nowych rzeczy – no właśnie, to się objawia te owiane sławą “wychodzenie ze strefy komfortu”, brzydko (szczerze) przeze mnie nazwane zmuszaniem się. Ale to naprawdę ma sens, tyyyyle rzeczy by mnie ominęło gdybym kiedyś nie zmusila się żeby pójść samotnie na trening gdzie wszyscy się znają, gdybym stchórzyła i poszła do pracy tam gdzie mi oferowali a nie zmusiła się do wysyłania samodzielnie cv i szukania pracy, gdybym nie zmusiła się do uczestnictwa w kilku imprezach (jestem zbyt introwertyczna żeby z chęcią tam iść..) itp itd. Często po prostu warto.
Jeżeli chcesz osiągnąć w czymś poziom instruktorski, a nie chce Ci się chodzić co raz częściej na treningi, to może to nie jest to, co chcesz w życiu robić? Zapytaj siebie: po co jest Ci potrzebny stopień instruktorski. Czy chcesz to w życiu robić? Czy może chodzi jedynie o prestiż, jaki się z tym wiąże.
Ja nie chcę stopnia nauczycielskiego na gitarze, nie chcę zrobić kariery z tym instrumentem (przeszło mi już) i nie chcę na tym zarabiać, ale od 20 lat gram i będę grał, nawet jeżeli nikt mnie nie będzie słuchał. Bo lubię. Nie zmuszam się. Po prostu ilekroć nie mogę, zaczyna mi tego brakować jak wody. Znam ludzi, którzy od 20 lat trenują Capoeira (część z nich żyje z prowadzenia treningów). Ja odpadłem po trzech latach nauki tego sportu. To nie było dla mnie.
W życiu najważniejsza jest równowaga. Jeżeli nie możemy mieć np. pracy,
którą kochamy, to warto dla równowagi znaleć hobby, które nam ją
uprzyjemni, albo sposób na spędzanie czasu z rodziną, który pozwoli nam
odpocząć od pracy i zapomnieć o niej, żeby naładować baterie, lub cokolwiek innego, co pozwoli łapać równowagę w życiu. Wtedy motywacja odradza się szybciej.
Kiedy wszystko zawiedzie, trzeba porzucić to, do czego motywacji nam już brak i czujemy wypalenie. Wiem, to często trudne, ale czasem jedyne wyjście.
Trochę trudno mi uwierzyć, że nasze ciała są ograniczone do tego, żeby insynktownie nie męczyć się. Trenowałem kolarstwo szosowe i Capoeira. Poznałem wielu ludzi, którzy przeczyli temu stwierdzeniu. Sport nauczył mnie tego, że zostają ambitni, którzy podchodzą do tego z pasją. Pozostali albo odpadają, albo są nieszczęśliwi w tym co robią. Trzeba znaleźć swoje miejsce na ziemi. Na siłę najlepiej wbija się gwoździe. Życie i motywowanie siebie na siłę, na dłuższą metę prowadzi do depresji.
Zgodzę sie w 100% że nicnierobienie = większe nicnierobienie. Mam trochę jak Ci żołnierze, zwłaszcza że nagle wakacje 😉
I właśnie dziś z samego rano potrzebowałam tego “rusz dupę” 🙂
A mi jest wstyd.
Prawda w oczy kole.
🙁
Ja to mam tyle energii i chęci zmian chwile przed zaśnięciem a potem i tak wychodzi to samo. Spać, spać.. i spać. Gdyby tak za to płacili hihi… Jeśli przyzwyczajeniem naszym będzie nauka, to nie będzie ona sprawiała problemu. Najgorzej się do czegoś przyzwyczaić. Tragiczne w skutkach jest to jak człowiek się przyzwyczai do lenistwa.