Seria niefortunnych przypadków, czyli jak to jest mieć pecha

Dzwoni budzik. Oczy mi się kleją, ale bohatersko przewracam się na drugi bok i klikam szybką drzemkę. „Jeszcze pięć minut” myślę sobie, chociaż dobrze wiem, że nieładnie tak z rana samą siebie okłamywać. Po pięciu minutach – kolejny raz przyciskam telefon i budzik cudownie milknie. Zrywają mnie dopiero wyrzuty sumienia, kiedy słyszę kota miauczącego z głodu. Wiem, że udaje i ściemnia, bo niezła z niej aktorka, ale poczucie obowiązku jest silniejsze.

Stało się. Położyłam stopy na podłodze. I dopiero się zaczęło.

Kiedy rozlewam na kuchenkę połowę koktajlu z truskawek, po raz pierwszy myślę, że dzisiaj jest jeden z tych dni. Tych, które denerwują. Tych, które potem określa się mianem „to był zły dzień”. 

Jestem zaskoczona, że nadszedł tak szybko.

Nie poddaję się jednak i z uśmiechem przecieram brudne miejsce ręcznikami. Próbuję szukać pozytywów. „Och, akurat kupiłam ręczniki papierowe no i się przydaje” – to jedyna optymistyczna myśl, którą udaje mi się wykrzesać, ale i tak jest dobrze, bo liczy się wola walki. Kiedy zanoszę śniadanie do stołu, dokładnie trzy metry od kuchni, zdążę już zahaczyć bluzką o kant stołu i potknąć się o kota. Z tym kotem to też niezła historia: nigdy się nie łasi, a jak już to robi, to zawsze tak, żebym wylądowała z rozbitą szczęką na podłodze. Cwaniak.

Jem, mrugam, a tu już godzina do wyjścia. Oczywiście po drodze zacina się drukarka, więc nie zdążę już na autobus bez przesiadki. Mimo to uśmiecham się do siebie i tłumaczę sobie, że dzięki temu spotka mnie więcej przygód. Hej, przecież każdy lubi przygody, nie? Będzie dobrze.

Biegnę na tramwaj, obwieszona aparatem i wielką, wypchaną torbą szmacianką. Wchodzę i wita mnie zapach, który można jednocześnie opisać jako znak rozpoznawczy panów Mietków spod monopolowego. Siedzą w środku i zagadują.

– E, blondyna! – wołają, ciesząc się i pokazując puste dziąsła. Zęby pewnie poszły przy próbie otwierania butelek ustami.

Chcę im odpowiedzieć, że sorry, ale nie mam nastroju, ale tego nie robię, bo oczywiście jestem za miła.  Przesuwam się do przodu, siadam i przez chwilę czuję, że dziwny i nieudany poranek był tylko przez chwilę. Słońce za oknem świeci, panowie bez zębów już wysiedli, bilet mam kupiony – żyć, nie umierać.

Do czasu.

caf---coffee-cup-5178-824x550

Znów okazuję się być tchórzem i zamiast konkretnie porozmawiać na ważny temat, w ogóle go nie poruszam. Mówię sobie, że napiszę maila, ale dobrze wiem, że zanim to zrobię, minie kilka dni – aż nabiorę odwagi. W międzyczasie ktoś mi mówi kilka niemiłych rzeczy, a ja stoję jak ten gołąb i się uśmiecham. Wiecie, że niby mam dystans do siebie – chociaż tak naprawdę jest mi przykro i jednocześnie się we mnie gotuje.

Mam trzy minuty do autobusu, więc podbiegam, ale akurat jest czerwone. I jak to w takie dni bywa, chociaż zawsze zmiana na zielone zajmuje jakieś pół minuty, dzisiaj czekam pięć. Widzę tylko tył zakurzonego autobusu i wiem, że mogę pomachać ręką na pożegnanie i tyle.

Czekam na kolejny mnóstwo czasu. Na zadupiu, przy jakiejś obwodnicy czy czymś takim, na ulicy, o której nikt nie słyszał. Podjeżdża kolejny, wsiadam, oczywiście z przesiadką na węźle, na którym bywam raz na milion lat, więc nie wiem, skąd startuje mój tramwaj. Jak już się orientuję, jest za późno – po raz kolejny mogę tylko pomachać.

Kolejny za trzydzieści minut.

Siedzę i próbuję po raz kolejny znaleźć pozytywy. Przecież nie może być tak źle – prawda? Słońce świeci, czytam sobie książkę – nie jest tragicznie. W trakcie czekania wpadam na genialną ripostę, którą mogłabym odpowiedzieć na wcześniejsze niemiłe uwagi. Jak zwykle za późno. Kusi mnie, żeby zadzwonić, ale kompletnie sobie tego nie wyobrażam:

– Cześć, co jest?

– Sam jesteś głupi.

To przecież się nie uda. Wreszcie przyjeżdża mój tramwaj, wsiadam i szczęśliwie jadę do domu. Przekraczam próg mieszkania, sprawdzam maila i już wiem, że właśnie mam kolejny kłopot z klientem. Jakby tego było mało, zdenerwowana odwarkuję na jakąś próbę zagadania mnie, a jedno warknięcie do drugiego prowadzi do kłótni.

Super, tylko kłótni mi właśnie brakowało. Trochę jak wisienka na torcie.

Próbuję ratować sytuację i proponuję spacer. Na nim jednak jest jeszcze gorzej, na dodatek poświęcam go na rzecz ćwiczeń, bo wydaje mi się, że tak będzie lepiej, ale zostaję z niczym. Ani ćwiczeń, ani dobrego humoru. Wracam więc do domu podminowana i stwierdzam, że przynajmniej ugotuję obiad, czy coś w stylu. Bo przecież może jestem głodna i to dlatego świat dzisiaj wygląda tak strasznie.

Kładę coś w zlewie i jednocześnie pęka szklanka, która tam leży. Nie chce mi się nawet tłumaczyć, że nie tknęłam jej palcem. Leży, rozbita, dobrze, że to nie lustro, oszczędziłam sobie przynajmniej siedmiu lat nieszczęść.  Wylewam wrzątek, bo próbuję odcedzić to, co teoretycznie miało być obiadem i nie trafiam. Prawie oblewam się gorącą wodą, ale w ostatniej chwili odskakuję. Teraz we wrzątku pływa podłoga i połowa szafki.

Rany boskie, trzymajcie mnie, bo zwariuję.

Ale mówię sobie – dobra, to nic. Pokroję mięso. Zaczynam, ale już upada mi na podłogę. Kiedy się schylam, leci cebula. Na dywan. Nie wiem, czy kiedyś wygrzebywaliście pokrojoną cebulę z dywanu, ja owszem, właśnie dzisiaj i powiem wam tylko, że kompletnie nic przyjemnego.

Żyje się dalej, tłumaczę sobie, to wszystko seria niefortunnych przypadków. Tylko coś trochę ich za dużo.

Potem dwie godziny mijają bez żadnych dziwnych wydarzeń, więc albo już przeszło, albo to dlatego, że absolutnie ani przez chwilę nie ruszyłam się z kanapy. I chyba to ostatnie było wytłumaczeniem, bo gdy wstaję, od razu dostaję kolejnego niemiłego maila. Przeklinam pod nosem i nawet nie mrugnę, a po raz kolejny się kłócę. Oczywiście o pierdołę.

Już mam dosyć. Przez chwilę myślę o skoczeniu z balkonu, jednak przypominam sobie, że to nic nie da, bo mieszkam na pierwszym piętrze. Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam, nawet zabić się nie można w tym cholernym domu.

Siedzę teraz na kanapie i już nigdzie się dzisiaj nie ruszam. To niebezpieczne.

Byle do jutra.