Czy musisz tak ciągle jęczeć?

Oficjalnie mam tego wszystkiego dosyć. Miarka się przebrała. Nie chce mi się już słuchać tego całego steku bzdur, który słyszę każdego dnia.

Wszędzie to samo.

Na blogach – wieczne jęczenie na to, jacy ludzie są tragiczni, brzydcy, źle pachnący, jakie to błędy popełniają kobiety, co złego robią mężczyźni i jakie to statusy na facebooku nie są wieśniackie. W wiadomościach o tym, że społeczeństwo jest leniwe, rząd nieudolny i jak bardzo tak ogólnie cały świat jest do kitu. W internecie – milion artykułów na temat generacji Y, Z i jakiejś tam jeszcze, a jak chwilę poczekam, to pewnie autorzy dojdą do całego alfabetu. U ludzi i znajomych – niekończące się gadanie o życiu, które – jak się pewnie domyślacie – jest beznadziejne i bardziej przeznaczone do pośladków niż papier toaletowy.

Chora się już robię, jak tego słucham. Zwyczajnie mi się nie chce.

Nie chce mi się po raz kolejny czytać, jakie moje pokolenie jest tragiczne. Śmiać mi się chce, że dziennikarze, nudząc się chyba i próbując nabić wierszówkę wymyślają kolejne teorie, dla których jesteśmy tak okropną młodzieżą… pardon, teraz się mówi: młodymi dorosłymi.

Bo mieliśmy za dobrze, bo już nie było komuny, bo w sklepie było wszystko. Czytam, że podobno wszyscy chcą spać u mamusi do trzydziestki, są roszczeniowi, głupi, nieporadni i zakochani w komputerach.  Naprawdę mnie to już nudzi, kiedy po raz trzeci w miesiącu widzę artykuł mówiący o tym, jaka jestem beznadziejna, bo jestem z pokolenia, które urodziło się 1993 roku. Sorry, jakbym miała wybór, to wybrałabym jakiś inny, bardziej epicki rok. Przynajmniej tekstów by o mnie nie było. Tak jednak jakoś wyszło, że się pchałam tą głową na świat i mama nic nie mogła na to poradzić.

Niedobrze mi już od ludzi, którzy powinni świecić się jak neony od swojej toksyczności. Od osób, które przychodzą do szczęśliwych jednostek i zaczynają robić wszystko, żeby popsuć im humor. Mam chyba na nich alergię, bo jak tylko ich słyszę, źle się czuję. Oplatają nas jak huba albo jemioła i próbują za wszelką cenę zdusić entuzjazm, radość czy bycie po prostu wesołym. Bo przecież im jest tak źle i strasznie.

Uśmiechanie się bez wygranej w totka to chyba już grzech. A tak mi się przynajmniej czasami wydaje.

NO, ALE JA NIE MOGĘ…

Dosyć mam osób, które tylko jęczą. Mówisz takim: jak ci nie pasuje, to coś zmień, a oni na to: ale nie mam teraz jak, ale próbowałem, ale mi się nie chce, ale muszę poczekać… Nudne są już te wszystkie wymówki, tłumaczenie się pierdołami, mówienie, że się nie da. Słuchać już nie mogę o tym, że tylko wybrani mogą to i tamto, że trzeba mieć szczęście, los, karmę, fart, fuksa i czterolistną koniczynkę w portfelu.

Zawsze, kiedy napiszę jakiś tekst w stylu „hej, dawajcie, róbmy coś z naszym życiem” przyczołga się jakiś ktoś, kto mi zacznie truć tyłek, że nie wszyscy mają szczęście, że on ma na utrzymaniu dwójkę dzieci, chorą babcię, stara się o pracę od trzech lat albo nie może żyć w takim okropnym kraju. Tyle, że ja nigdzie nie mówię, że wszyscy zaczynamy z tej samej linii startu! Każdy ma swoje problemy, jeden ma lepiej, drugi ma gorzej – takie jest życie i jak masz z tego powodu pretensje, to słyszałam, że Ten Na Górze przyjmuje reklamacje, trzeba złożyć w dowolnym kościele/cerkwi/meczecie lub innym miejscu modlitwy.

Tu nawet tak naprawdę nie chodzi o to, żeby zdobywać wielkie góry i niesamowite szczyty, ale żeby, cholera, chociaż spróbować.  Żeby się chciało. Gdzie się podziała wola walki? Chęci? Jakiekolwiek? Gdzie się podziało kombinowanie i ta mała, niby niepozorna myśl: że może, jak mi się nie udaje, to spróbuję inaczej, zamiast zwalać winę na cały świat wokół?

Rany boskie. Ręce opadają.

Gdybyśmy cofnęli się w czasie, pierwszego dnia takich ludzi zjadłby jakiś tygrys, bo zamiast kombinować gdzie się schować, zaczęliby się między sobą licytować kto ma gorszy dzień i dlaczego nie mogą iść do jaskini (bo właśnie mają chorą babcię, dwójkę dzieci, kredyt w krowach i złe samopoczucie. Zamiast zastanawiać się, jak przetransportować babcię razem z nimi, wymyślają kolejne powody, dla których akurat oni nie mogą).

ŁATWO CI MÓWIĆ

Rzadko się wkurzam, ale teraz już naprawdę mnie to wyprowadza z równowagi. Do tego stopnia, że nie chce mi się tego słuchać. Że nie mam ochoty przebywać z ludźmi, którzy nic, tylko jęczą, jak to mają przekichane w życiu.

A zdanie, którym najszybciej można mnie rozjuszyć? „Łatwo ci mówić!”

Łatwo mi mówić, bo co? Bo miałam szczęście? Do czego? Dlaczego akurat mi łatwo jest mówić? Ludzie nic nie wiedzą o czyimś życiu, rodzinie, chorobie, problemach a i tak skwitują wszystko „łatwo ci mówić”. „Łatwo ci mówić, miałaś coś tam.”.

Nie mogę uwierzyć, że jeszcze jakieś trzy lata temu sama byłam toksycznym człowiekiem – wystarczy, jak zerkniecie w archiwum. Wpisy typu „ludzie, którzy są głupi”, „x zachowań, które mnie denerwują” i tak dalej były na porządku dziennym. Jęczałam jak leci, marudziłam jak stara babcia na swoje gnaty, zamiast przymknąć się na chwilę i stosować złotą zasadę: miej to gdzieś. Dobrze, że tylko krowa nie zmienia zdania, a ja mam świadomość, że co było, tego się nie wymaże, ale z pewnością można to zmienić.

ZŁOTA ZASADA

Mało co mnie teraz denerwuje, bo zazwyczaj mam to gdzieś. Mam gdzieś, jak wyglądasz, mam gdzieś, czy ktoś wrzuca zdjęcie swojego dziecka nago na fejsa, mam gdzieś, czy moje pokolenie jest okropne. Mam to wszystko gdzieś, bo te rzeczy nie mają znaczenia. Nie są ważne. Nie sprawiają, że moje życie się zmienia. Zamiast tego całą energię przeznaczam na to, co mi się podoba, na rzeczy, które mnie rozwijają i na działanie, które sprawia mi przyjemność.

Ach, no i jeszcze na cieszenie się z małych, przyjemności, bo to sprawia, że cały dzień jest udany. Głupie przykłady tylko z dzisiaj:

1. Znalazłam dzisiaj lakier do paznokci w jednej z szuflad w łazience. Nowy. Ładny. Zapomniałam, że go kupiłam i cieszyłam się prawie tak, jakbym kupiła go właśnie dzisiaj, pierwszy raz. Zaraz sobie pomaluję nim paznokcie i będę się cieszyć, że mam nowy lakier.

2. Zawsze zimą i wiosną w kurtkach, które wyciągam z szafy znajduję złotówkę, którą wcześniej tam zostawiam. Zapominam o tym na kilka miesięcy i gdy ją znajduję, cieszę się, jakby to było wydarzenie roku. Dzisiaj znalazłam!

3. Zjadłam dzisiaj truskawki.

4. I pół bułki z Nutellą. Nutellą! Jem ją tak rzadko, że każde takie wydarzenie to kolejne święto.

Banalne, niektórzy pewnie powiedzą, że dziwne. A mnie to cieszyło.

PRZESTAŃ JUŻ JĘCZEĆ

Oficjalnie i stanowczo dzisiaj się odcinam. Przepraszam, ale ja nie mogę już tego słuchać. Nie mówię o tym, że mamy na prawo i lewo wypuszczać z ust tęczę i cieszyć się jak głupi do sera. Nie mówię też o tym, że nie wolno się smucić, że smutek jest zły albo że życie jest wspaniałe non stop, cały czas. Bo nie jest. Często kopie w dupę, dość boleśnie, że zostają siniaki. Czasami człowiek cierpi, ma swoje tragedie, nie chce mu się żyć. I to jest w porządku.

Za to na pewno nie w porządku jest uważanie, że życie jest takie cały czas. I że akurat ty, wybraniec losu, nic z tym nie możesz zrobić, bo cały świat jest taki kiepski, tragiczny i tandetny.

Jedna sprawa: to, jaki jest świat, zależy od tego, jak go postrzegasz.

Więc ja już dzisiaj jęczenia nie słucham. Odcinam się od tych wiecznie krytykujących artykułów, ponurych tekstów o moim pokoleniu i gadania ludzi, że oni nie mogą, bo coś tam, a marzenia są dla idiotów.

Wszystko siedzi w głowie.