Dzisiaj był zły dzień

Zawsze, kiedy otwieram okno edytora do pisania, stawiam sobie jakąś poprzeczkę. Patrzę przez chwilę w pustą kartkę z migającym kursorem, spoglądam na klawiaturę i zaczynam klikać. Litera, słowo, zdanie, akapit – znaczki mnożą się przed oczami jak mrówki na twoim kocu w czasie pikniku.Tylko co napisać, kiedy wszystko możesz podsumować słowami: do dupy?To nie był dobry dzień. Zresztą, czasami ciężko jest o dobre dni, nawet, jeśli z pozoru wydaje się, że wszystko będzie cudowne. No bo tak: wstaję rano, świeci słońce. Kot lawiruje między moimi […]

Zawsze, kiedy otwieram okno edytora do pisania, stawiam sobie jakąś poprzeczkę. Patrzę przez chwilę w pustą kartkę z migającym kursorem, spoglądam na klawiaturę i zaczynam klikać. Litera, słowo, zdanie, akapit – znaczki mnożą się przed oczami jak mrówki na twoim kocu w czasie pikniku.
Tylko co napisać, kiedy wszystko możesz podsumować słowami: do dupy?

To nie był dobry dzień. Zresztą, czasami ciężko jest o dobre dni, nawet, jeśli z pozoru wydaje się, że wszystko będzie cudowne. No bo tak: wstaję rano, świeci słońce. Kot lawiruje między moimi łydkami, kiedy idę do kuchni i nawet herbata jest udana (bo nie wiem czy wiecie, herbata może być nieudana, nawet, jeśli codziennie robisz ją tak samo – po prostu czasami, mimo tego, że wszystko jest identyczne, smakuje albo jak niedorobiona, albo jak morze gorzkości, tak, jakby wściekła się na ciebie i specjalnie chciała być niesmaczna).
No więc, jak już mówiłam, wstaję.

Herbata jest w porządku, kot mruczy, bo dostał jedzenie, wydaje się – żyć nie umierać. Zwłaszcza, że wczoraj uroczystym kliknięciem i przy odgłosach śpiewu aniołów wysłałam porcję licencjatu, potrzebną do zaliczenia semestru. A więc wszystko wydaje się być na najlepszej drodze do tego, żeby dzień był wspaniały i cudowny. Patrzę w kalendarz i już prawie znoszę jajko z radości, bo wyobraźcie sobie, że dziś 22 lutego, a to oznacza, że niektóre Marty, w tym ja, mają imieniny.
Wszystko wskazuje na to, że ten dzień, właśnie dzisiaj, właśnie w niedzielę, będzie po prostu kolejnym dobrym dniem, który sprawi, że położycie się spać z przekonaniem, że odwaliliście dzisiaj kawał dobrej roboty po prostu wstając z łóżka.

Ale im dalej w las, tym więcej dziwnych, porzuconych śmieci (zastanawialiście się kiedyś, skąd w lesie takie fanty jak lodówka, wielki karton czy potężna opona?), a im dłużej trwał dzień, tym gorzej było. A zaczęło się od sałatki.

ILOŚĆ ZŁOŻONYCH ŻYCZEŃ: 2,5

Tak, spokojnie mogę stwierdzić, że to właśnie sałatka rozpoczęła oficjalnie początek złego dnia, tak jak burmistrz otwiera maraton przecięciem wstęgi. Wyciągnęłam ją z lodówki, zaniosłam do pokoju i zaczęłam jeść – bo chyba tylko to się robi z sałatką, ale jeśli macie jeszcze inne pomysły, to spokojnie możecie je zgłaszać. Nie wiem, czy jej się nie podobało, czy po prostu miała jakiegoś focha, ale kiedy tylko ją odłożyłam i chciałam przenieść przez próg, prawie jak pan młody panią młodą, to wyleciała mi z rąk i z hukiem plasnęła o podłogę, tworząc artystyczną nowoczesną instalację, którą można byłoby nazwać „Mona Sałatka” albo „Bitwa pod Sałatką”. W takich momentach cieszę się, że nie mam w domu podsłuchów, bo jestem pewna, że mama nie byłaby dumna z wiązanki, która wypadła niechcący z moich ust. Tak bywa. Zresztą, jestem już dorosła, prawda? Właśnie. Mam prawo się denerwować, kiedy sałatka nagle chce wyjść na wolność i popełnić samobójstwo, rozbijając się o panele na korytarzu.

Zresztą, potem było jeszcze gorzej.

Najpierw zadzwoniła mama – i to akurat było w porządku, bo jako pierwsza złożyła mi życzenia z okazji tego, że mam na imię Marta, czyli z powodu imienin. Ucieszyłam się jak głuchy trąbką, bo stwierdziłam, że może to będą pierwsze w moim życiu imieniny, o których ktokolwiek poza mną pamięta. Nastawiona imprezowo, włączyłam Simsy i zrobiłam mojej rodzinie urodzinową imprezę, bo skoro ja świętuję, to czemu i oni nie mają mieć czegoś z życia.
Potem jednak dzień mijał, a dobijania się do telefonu, okien i drzwi ludzi pragnących życzyć mi najlepszego, jakoś nie było. Stwierdziłam, że nie zrażę się tym małym niepowodzeniem, zwłaszcza, że za jakiś czas zadryndał telefon z wiadomością od brata, który jako druga osoba na świecie, tuż po mamie, pamiętał, że jakaś tam Marta ma imieniny.

Z Simsów przerzuciłam się więc na Wiedźmina, ale i tu dzień okazał się być zły, bo nic mi nie szło i pięć razy musiałam wczytywać to samo miejsce, bo za każdym razem łapał mnie gruby strażnik z dziwnym akcentem. Porzuciłam więc pada i usiadłam na kanapie, gotowa rozpaczać nad swoim żałosnym losem, ale w tym momencie do pokoju wszedł mój chłopak i pod nosem wymamrotał coś związanego z imieninami, co sprawiło, że stan życzeń na liczniku z dwóch podskoczył do dwóch i pół.
Liczą się przecież intencje.

CORAZ GORZEJ

I pewnie czytacie to, myśląc: no i co takiego złego w tym dzisiejszym dniu? Ale spokojnie, dopiero się zaczęło. Potem, siedząc już na kanapie, zaczęłam chlipać sama do siebie, bo miałam jeden z problemów pierwszego świata – chciałam nagrać film, a nie wiedziałam o czym. I to nic, że miałam przed nosem listę tematów, które starczą mi na kolejne trzy miesiące. Akurat DZISIAJ żaden nie pasował. Żaden. Wszystkie były nudne, beznadziejne, nieciekawe albo mało porywające. I nie, nawet niech wam nie przyjdzie na myśl kręcić głowami z niezadowoleniem, że mogę mieć takie wielkie problemy, bo wszyscy dobrze wiemy, a kobiety wiedzą to najlepiej, że tak już bywa i każdy z nas czasami przez to przychodzi. Bo czy nie jest tak, że nie wiecie co zjeść, chociaż lodówka pełna? Albo że nie macie w co się ubrać, chociaż szafa wam pęka w szwach? Widzicie?
Dlatego nie możecie mnie i moich filmów osądzać.

Ale to wszystko – to był jeszcze tak zwany lajt, czy też, mówiąc bardziej po polsku, to był pryszcz. Bo potem, ocierając łzy po wyborze tematu na film (oczywiście nie wybrałam żadnego) przyszło mi do głowy, że sprawdzę moje oceny na studiach, coby się upewnić, że wszystko jest w porządku, bo dzisiaj zamykają protokół i będzie grób, mogiła.
I zgadnijcie, co się okazało.

Oczywiście nie mam dwóch ocen, chociaż teoretycznie je mam. Wykładowcy jak zwykle nie odpisują na maile, bo w sumie po co, a zresztą to się nie dziwię, bo jest niedziela. Niemniej jednak, sytuacja trochę przegrana, bo biorąc pod uwagę to, na jakich wspaniałych studiach jestem, prawdopodobnie będę musiała pisać podanie o coś tam, żeby coś tam i żeby magicznym sposobem oceny znalazły się w dzienniku. Ale mus to mus, jabłko to jabłko, a papierologia na moim uniwersytecie koniecznie ma być obecna i tyle.

Jak już się z tą całą sytuacją pogodziłam, to doszło do mnie, że na blogu nie było wpisu. Mówię sobie: to napiszę coś fajnego, bo ostatnio miałam taki dobry pomysł. Zaczęłam i po czterdziestu minutach zrezygnowałam, bo moje myśli i tak fruwały wokół zaginionych ocen i wyobrażaniu sobie wykopaniu mnie ze studiów przez dziekana osobiście, soczystym kopniakiem w mój pośladek. Czy stresuję się za bardzo? Oczywiście. Nie od parady w kuchni na honorowym miejscu stoi syrop z melisy, osiem złotych sztuka.

TO BYŁ ZŁY DZIEŃ

Więc teraz, usiadłam na fotelu, oparłam nogi o stół, chociaż tak nie wolno i stwierdziłam, że uwolnię z siebie moją wewnętrzną czternastolatkę, która chętnie opisałaby to wszystko na blogu tak, żeby jakaś mądra głowa po psychologii lub i nie stwierdziła, że jest to jej swoista autoterapia. Autoterapuję się więc, mając nadzieję, że chociaż dzień był do dupy od A do Z, to przynajmniej ktoś się uśmiechnie, jak to przeczyta.

Bo wiecie co? Mi już jest lepiej.

Zdjęcia – Patrycja Kastelik.