Jak wygląda dzień zwykłej Marty? Praca, blogi, treningi i studia.

Dostaję od Was mnóstwo pytań o to, jak wygląda mój dzień. Jak się organizuję, co robię, jak żyję. Czy serio mam dużo obowiązków, czy tylko leżę i pachnę, zgrywając się na blogu i udając Panią Mającą Sporo Rzeczy Na Głowie? Czy moja doba jest dłuższa niż innych? Czy ukradłam Hermionie ten świetny gadżet do cofania się w czasie?Otóż muszę Was rozczarować: zwykły dzień zwykłej Marty wygląda nadzwyczaj…. zwyczajnie. […]

Dostaję od Was mnóstwo pytań o to, jak wygląda mój dzień. Jak się organizuję, co robię, jak żyję. Czy serio mam dużo obowiązków, czy tylko leżę i pachnę, zgrywając się na blogu i udając Panią Mającą Sporo Rzeczy Na Głowie? Czy moja doba jest dłuższa niż innych? Czy ukradłam Hermionie ten świetny gadżet do cofania się w czasie?
Otóż muszę Was rozczarować: zwykły dzień zwykłej Marty wygląda nadzwyczaj…. zwyczajnie.

Zaczyna się po siódmej.
A właściwie to o 6:40, kiedy po raz pierwszy dzwoni budzik, który przełączam na drzemkę. O tej godzinie słyszę też tupot łap na panelach i po chwili zza drzwi pojawia się kocia mordka z trójkątnymi uszkami.
– Miau? – pyta z nadzieją. Mimo, że Nitka jest najwredniejszym kotem na świecie, muszę przyznać, że codziennie NAPRAWDĘ we mnie wierzy. Wiecie, myśli, że wstanę razem z pierwszym budzikiem i tak dalej. Może jeszcze z dziesięć miesięcy temu bym wstała, ale od kiedy moja sytuacja życiowa zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni, raczej nie ma na to szans. Ale i tak zawsze pyta. Cierpliwe kocię.
– Nie ma mowy, Nitka – mruczę pod nosem, chociaż i tak wiem, że ona ma gdzieś moje tłumaczenie się. Kładę się na poduszkę i teraz zaczynam tylko drzemać – kiedy wiem, że śpię, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, co dzieje się wokół mnie.
Wstaję po siódmej, czasami w okolicach ósmej.

Zaczyna się zwyczajnie. Biegnę do kuchni, nastawiam herbatę, robię sobie śniadanie, próbuję nie wybić sobie zębów poprzez potknięcie się o ocierającego się kota. Przy jedzeniu śniadania i herbacie wchodzę na blogi i czytam komentarze. Sprawdzam też, czy wszystko jest w porządku z blogami, czcionka przez noc się nie zmieniła (zdarzało się), czy dostałam jakieś nowe wiadomości.

7.30 – 8.45

No i po śniadaniu się zaczyna.

Najpierw – maile. To jedna z najważniejszych rzeczy, bo z większością klientów BrandBurgera komunikuję się właśnie w ten sposób. I tutaj jest różnie – jeśli pracujemy nad jakimś projektem i są poprawki/uwagi to spisuję je na kartce i wklepuję na podio – tam mamy założone konta i tam wprowadzamy każde pojedyncze zlecenie, żeby się nie pogubić. Jeżeli mam zapytanie o wycenę – odpisuję na maile. Wysyłam też własne, np. z prośbą o podanie jakiegoś hasła, zapytaniem o coś czy upewnieniem się, że wszystko w porządku. Dwa razy w tygodniu staram się odpowiadać na maile od czytelników, chyba, że mamy jakiś bardzo pochłaniający czas projekt – wtedy czasami te maile trochę leżą… zawsze mi jest wstyd, jak odpisuję po dwóch tygodniach. 🙂 Jeżeli zlecenie jest w całości na mnie (np. pisanie jakichś tekstów) to też zapisuję to na liście rzeczy do zrobienia, razem z zakupami na obiad, takimi notkami jak sprzątanie łazienki czy tym, że dzisiaj chcę napisać wpis na bloga.

8.45 – 11.00

Zależy, jaki jest dzień.
Jeśli wtorek, to jadę na zajęcia (w tym semestrze starałam się o tryb indywidualny, więc na większości zajęć nie muszę być – muszę za to zaliczać zadania domowe i tak dalej). Mam uczelnię dość blisko, więc nie jest to większy problem. Jeśli środa – jadę na trening (który, swoją drogą, jest o rzut beretem od uczelni). Jeżeli jest inny dzień – siedzę w domu i zaczynam pracę. Piszę teksty dla klientów, robię na stronach zmiany i poprawki, które umiem zrobić samodzielnie bez pomocy Patryka, W międzyczasie go budzę (ma inny tryb życia niż ja, on jest nocnym markiem, a ja rannym ptaszkiem), planuję nam pracę, rozpisuję zadania. Jeżeli jest poniedziałek, drukuję tygodniowy plan projektów i wieszam na naszej tablicy nad biurkami.

11.00 – 13.00

Najczęściej jadę wtedy do miasta na spotkanie z klientami – omawiam projekt, przedstawiam propozycję graficzną, podpisujemy umowy i takie tam nudne rzeczy, które pewnie Was nie interesują. Kiedy wracam z miasta, zachodzę do Biedronki albo czegoś w tym stylu i robię zakupy na kilka dni.
W czasie jazdy autobusem na uczelnię, trening, spotkanie z klientem – czytam książki. Dzięki temu udaje mi się tygodniowo przeczytać przynajmniej jedną: kiedyś byłby to dla mnie niesamowicie marny wynik, ale teraz jakoś doceniam chociażby i tą jedną pozycję.

13.00 – 14.00

Robię obiad, jednocześnie podłączając laptop do telewizora i włączając sobie albo nowy odcinek Supernatural, albo jakiś program kulinarny/serial Disney Channel. W nowym mieszkaniu mamy aneks kuchenny, więc jak tylko obrócę głowę to widzę cały telewizor. Jem obiad, drugi raz ogarniam maile i jak już przełknę co trzeba, to odpisuję.  Robię sobie herbatę, tarmoszę Nitkę i wracam do pracy.

14.00 – 16.00 

Jeśli nie mam dużo pracy w BrandBurgerze – piszę wpisy na bloga lub oba blogi. Samo napisanie wpisu zajmuje mi od godziny do nawet czterech lub więcej plus około dwudziestu minut na znalezienie zdjęć w miarę pasujących do notki. Jeżeli mam robotę w BrandBurgerze – zasuwam i próbuję zdążyć do 16.00. Odpisuję na maile, odbieram telefony, piszę artykuły, spisuję umowy, drukuję dokumenty, wprowadzam poprawki, które jestem w stanie zrobić samodzielnie.

16.00 – 19.00

Tutaj mój dzień wygląda różnie: jeśli miałam sporo roboty w BB, teraz jest pora na pisanie wpisu. Jeśli to już zrobiłam wcześniej, jadę na trening albo spędzamy czas z Patrykiem – gramy w gry, oglądamy filmy albo seriale, idziemy na spacer.  Siedzę też sobie na internecie i myślę, co pozmieniać na blogu (to chyba staje się moim hobby, bo robię to zdecydowanie zbyt często). Ogólnie staram się po 16.00 nie pracować, chyba, że coś się stanie – na przykład ostatni tydzień pracowałam praktycznie bez przerwy, bo mieliśmy duży projekt do skończenia.  W tych godzinach spotykam się też z koleżankami, robimy projekty na studia, wychodzimy gdzieś razem, idziemy na wspólny trening.

19.00 – 21.00

Najczęściej wracam z treningu albo kończę to, co miałam skończyć. To mój czas na czytanie książek, zjedzenie kolacji, posiedzenie bezczynnie na Pintereście. Często też opowiadam wtedy Patrykowi jak mi minął dzień (jeśli byłam poza domem), bawię się z kotem – ogólnie relaks. Mówiłam, że jestem nudna. Czasami wpadają do nas znajomi ze spontaniczną wizytą.

21.00 – 23.00

Zazwyczaj oglądamy wtedy razem serial, program, kanał na youtube i tak dalej. Planujemy też podbicie świata,  ja często odpalam Simsy, żeby się trochę odstresować (ciągłe przebywanie z klientami może być naprawdę uciążliwe – to znaczy nie narzekam, ale na pewno jest to stresogenne dla mnie – za bardzo się przejmuję). Przeglądam też wtedy jeszcze raz maile i zapisuję sobie, co muszę zrobić kolejnego dnia.

23.00 – 24.00/01.00

Czytam książki, sprzątam w domu, kładę się i próbuję zmusić Nitkę, żeby spała w moim łóżku. Jeszcze nigdy się nie udało. Zawsze ucieka i kładzie się obok na podłodze, wlepiając we mnie te swoje żółte gały.

Mam kilka zasad, którymi się kieruję:

1. Nie odkładam rzeczy na później, jeśli nie mają odległego terminu. Staram się robić je od razu.
2. Przed przystąpieniem do pracy robię listę zadań, dzięki czemu płynnie przeskakuję z jednego do drugiego i tym samym dużo szybciej pracuję.
3. Trenuję 6 razy w tygodniu.
4. Na zajęcia chodzę 1-2 razy w tygodniu + muszę robić prace domowe. W tym tygodniu zaczynam także pisać licencjat i prawdopodobnie wybiorę dwa dni w tygodniu w których będę się tym zajmować – tak będzie mi łatwiej.
5.  Staram się czytać sporo książek i dużo pisać, żeby rozwijać swój… no, talent to za duże słowo, ale żyłkę do pisania.
6. Staram się codziennie gotować (chyba, że robię duży obiad, wtedy jest na dwa dni). W naszym domu jemy zdrowo (ja na 90 procent, a Patryk się stara, hahaha).
7. Na blogach wpisy publikuję raz na dwa dni. Staram się to tak zgrać, że wpis na martapisze jest wtedy, kiedy nie ma wpisu na codzienniefit i odwrotnie. Nie robię tego, bo sobie wszystko z góry ustalam i traktuję blogi przedmiotowo – po prostu lepiej mi wtedy utrzymać regularność. Jeżeli nie mam o czym pisać/nie mam humoru/piszę na siłę – nic nie publikuję.
8. Mam miesięczny kalendarz z datami oddawania projektów, żeby nie mieć opóźnień. Mam też blogowy planner, w którym zapisuję pomysły na wpisy i planuję z góry co kiedy opublikuję (jeśli mam już napisane). Nieregularnie prowadzę też kalendarz – jakoś mi nie przypadł do gustu.
9. W weekendy nie pracuję w BrandBurgerze. Pracuję nad blogami, ale to moje hobby i sprawia mi przyjemność.
10. Czwartkowe, piątkowe lub sobotnie wieczory najczęściej spędzam ze znajomymi – albo przychodzą do nas, albo jesteśmy zaproszeni na jakąś domówkę, albo organizujemy coś większego. Nie chodzę za to „na kluby”, bo za tym nie przepadam.
11. Wracam na mój kanał na youtube, także do obowiązków dojdzie nagrywanie filmu i jego montowanie. Nagrywać będę prawdopodobnie między 11.00 – 13.00, a montować przez 2 dni od 16.00- 18.00. Wtedy mam wolny stacjonarny komputer – na laptopie ciężko się montuje. 🙂
12. W tym roku zrezygnowałam z pracy jako dziennikarz na rzecz BrandBurgera. Jak wiecie, pracuję na swoim od lipca.

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam. Jak wyglądają Wasze dni? Ne pytam z grzeczności – naprawdę jestem ciekawa 🙂

Jutro na blogu około godziny 12-14 pojawią się wyniki konkursu „Zdobądź najlepszego przyjaciela”.