Prawdziwa szkoła życia

Serce bije mi jak oszalałe. Próbuję uspokoić oddech, ale nie potrafię. Liczę do trzech w myślach i wypuszczam powietrze. Kolejno: wdech, wydech, wdech, wydech. Wokół mnie cisza. Zero dźwięku.I tylko moje walące serce. Tudum. Tudum. Tudum. Tudum. Przełykam ślinę, kiedy słyszę, że ktoś wchodzi przez podwórko. Słyszę jego kroki coraz bliżej, po starej, kafelkowej podłodze nie da się iść cicho. I wtem, zupełnie niespodziewanie, stanął. Oparłam głowę o ścianę, oddychając z ulgą.Wtedy na mnie wyskoczył. […]

Serce bije mi jak oszalałe. Próbuję uspokoić oddech, ale nie potrafię. Liczę do trzech w myślach i wypuszczam powietrze. Kolejno: wdech, wydech, wdech, wydech. Wokół mnie cisza. Zero dźwięku.
I tylko moje walące serce. Tudum. Tudum. Tudum. Tudum. Przełykam ślinę, kiedy słyszę, że ktoś wchodzi przez podwórko. Słyszę jego kroki coraz bliżej, po starej, kafelkowej podłodze nie da się iść cicho. I wtem, zupełnie niespodziewanie, stanął. Oparłam głowę o ścianę, oddychając z ulgą.
Wtedy na mnie wyskoczył.


– MAM CIĘ! – ryknął, łapiąc mnie za bluzkę – złapana!
Wyszarpnęłam się szybko i ruszyłam biegiem. Wypadłam przez drzwi i zaczęłam zasuwać po drodze pełnej piachu. Słyszałam jego kroki za sobą, ale już, już widziałam ceglastą ścianę, do której biegłam. W tym samym momencie, kiedy mnie dogonił i złapał za koszulkę, ja dotknęłam dłonią starej, przedwojennej cegły.
– RAZ, DWA, TRZY ZA SIEBIE! – wrzasnęłam, waląc ręką w ścianę – zaklepałam się, zaklepałam!
Michał puścił moją koszulkę i kopnął kamień. Broda zaczęła mu się niebezpiecznie trząść. Rzuciłam okiem na ławkę obok – reszta dzieciaków już siedziała, też zdążyli się zaklepać.
– Jak zwykle znowu ja muszę! – powiedział Michał płaczliwym tonem – pobite gary, nie bawię się!
Dzieciaki z ławki podeszły do mnie. Wspólnie patrzyliśmy, jak Michał obraca się z obrażoną miną i powoli odchodzi w stronę szkoły. Nikt za nim nie zawołał, nikt się specjalnie nie przejął.
Byliśmy tylko dziećmi.

~*~

– Cześć! – krzyknęłam, próbując jednocześnie iść i kozłować piłkę do siatki. – Co dzisiaj robimy?
Odpowiedziała mi cisza. Kamil spojrzał na Damiana, Damian na Kamila. Magda odwróciła wzrok. Patryk chichotał pod nosem, intensywnie wpatrując się w chodnik.
 – Co robicie? – zapytałam, łapiąc piłkę. Nikt mi nie odpowiedział. Zaniepokoiłam się. Serce zaczęło mi mocniej walić, bo przeczuwałam, co nastąpi.
– Kamil? O co chodzi? – rzucałam pytania z bezradną miną. Wszystkie w eter, równie dobrze mogłabym postawić lustro i zacząć mówić do siebie. Patryk nie wytrzymał, parsknął śmiechem i szybko zasłonił usta ręką.
– Chyba mucha pierdła*, słyszeliście coś? – zapytał elokwentnie Kamil. Teraz razem z Patrykiem śmiał się i Damian. Magda nie patrzyła mi w oczy.
– Tak, tak, to chyba mucha, bo nic nie słyszę – przytaknęli. Czułam, jak zaczyna trząść mi się broda, obraz rozmył się pod wpływem napływających łez. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę domu. Gdy tylko zniknęłam z ich oczu, chowając się za rogiem bloku, popędziłam sprintem do domu. Na schodach przeskakiwałam po dwa stopnie, rozpędzona otworzyłam drzwi i wparowałam do mieszkania.
– Co się stało, zapomniałaś czegoś? – usłyszałam głos mamy z kuchni. Powoli ściągałam buty.
– Nie, nie – odpowiedziałam, przecierając oczy i policzki mokre od łez. – Nikogo dziś nie ma na podwórku, wiesz mamo? Pobawię się w domu.
* Tak. Pierdła. Tak się mówiło.

~*~

Gdy Agnieszka poszła na obiad, Kamil przywołał nas machnięciem ręki.
– Jak Aga wróci, to zwiewamy – powiedział, podrzucając w rękach piłkę od tenisa – jesteście ze mną?
– Pewnie!- wrzasnęliśmy. Zaczęła się ceremonia przybijania sobie piątek: Magda z Patrykiem, Damian z Kamilem, Patryk ze mna, Magda z Lilką… Moglibyśmy tak robić i do usranej śmierci,ale dobrą zabawę przerwał nam szept Kamila.
– AGA IDZIE!
Nie wiedzieć czemu, ruszyliśmy z kopyta, jakby gonił nas przynajmniej Lord Voldemort, albo chociażby szaleniec z pierwszego piętra, który często przechodził przez nasze podwórko i gadał do samego siebie. Rzuciliśmy się sprintem przez krzaki, chaszcze i trawę, przebiegliśmy obok zakazanej strony bloku – tam, gdzie urzędowali licealiści palący papierosy i pijący tani alkohol – i szybko zaczęliśmy się wciskać, jeden po drugim, w szparę za garażami. Zmachani i zziajani, po raz kolejny zaczęliśmy przybijać sobie piątki, ciesząc się jak głupki z udanego żartu.
Agnieszka tego dnia nie wróciła już na podwórko.
~*~
Bądźmy szczerzy: dzieci są okrutne. Potrafią ranić bez uprzedzenia, walnąć tekst, który sprawi, że nawet dorosłemu zrobi się przykro („mamo, ciocia jest fajniejsza niż ty”) i być tak chamskie, że zaczynasz się zastanawiać, czy to rzeczywiście wyszło z twojego brzucha, czy raczej musisz wysłać kartkę z podziękowaniami do Lucyfera.

Prawie każdy z nas to przeżył, prawie każdy z nas tam był – po jednej albo drugiej stronie barykady, czasami bądź po obu stronach jednocześnie. Z jednego się śmieją, z innym się bawią.
Trochę jak w dorosłym życiu, nie?
Znajdziesz mnie: