Dzieci z lat 90.

Rozlega się głośny dźwięk, który rani uszy. Słyszę plask kapci, których podeszwa przykleja się i odkleja od bosej stopy. Trzask podnoszonej słuchawki.- Halo? – pyta moja mama.- Dzień dobry, czy jest może Marta? – słyszę donośny, piszczący głos. Mama bez słowa podaje mi słuchawkę i wraca do kuchni. Jej klapki grają melodię: klap, klap, klap, klap…- Wyjdziesz na dwór? – słyszę. Pośpiesznie krzyczę, że tak i zakładamy adidasy na rzepy.- Mamo, idę na dwór z Magdą! – wołam przez ramię, wybiegając na klatkę. Panuje przeciąg, więc drzwi zamykają się z hukiem. […]

Rozlega się głośny dźwięk, który rani uszy. Słyszę plask kapci, których podeszwa przykleja się i odkleja od bosej stopy. Trzask podnoszonej słuchawki.
– Halo? – pyta moja mama.
– Dzień dobry, czy jest może Marta? – słyszę donośny, piszczący głos. Mama bez słowa podaje mi słuchawkę i wraca do kuchni. Jej klapki grają melodię: klap, klap, klap, klap…
– Wyjdziesz na dwór? – słyszę. Pośpiesznie krzyczę, że tak i zakładamy adidasy na rzepy.
– Mamo, idę na dwór z Magdą! – wołam przez ramię, wybiegając na klatkę. Panuje przeciąg, więc drzwi zamykają się z hukiem.

Napieram na drzwi od klatki, bo są ciężkie jak cholera: otwieram je i wychodzę. Magda już czeka, oprócz niej Lilka, Kamil i Patryk.
– Dzisiaj gramy w kampy, grasz? – słyszę pytanie. Kiwam głową i podciągam portki, które spadają z chudego tyłka. Mam dziś na sobie swój ulubiony komplet: różową koszulkę i różowe spodenki. Na t-shircie jest nadruk z wielką żyrafą. Stylowo, nie ma co. Komplet z Ameryki, ciotka mi przesłała. Poprawiam czapkę z daszkiem, bo grzywka wchodzi mi na oczy.

Ruszamy w stronę parkingu, po drodze dochodzi do nas Damian, podrzucając w rękach zieloną piłkę do tenisa. Rozmawiamy o tym, jak dzielimy się na drużyny: jak zwykle jest problem, bo Magda nalega, że chce być z Patrykiem, a my z Lilką chcemy stworzyć dziewczęcą grupę. W końcu dzielimy się jak zwykle: Kamil z Damianem i Lilką na mnie, Patryka i Magdę.  Wchodzimy na parking, Damian rzuca ze złością piłkę na ziemię.
– Kurde, no, samochód stoi! Nie pogramy, nie pogramy!
– To co, ganianego-chowanego? Drużyny te same.
– Dobra – mówi Kamil. Dają nam sześćdziesiąt sekund. Szybko uzgadniamy, w którą stronę uciekamy i zaczynamy biec sprintem. Chowamy się za krzakami na drugim podwórku.
Potrafiliśmy tak kucać przez pół godziny.

~*~

Biegnę bardzo szybko. Widzę ich w oddali: siedzą w piaskownicy, chyba znowu bawią się w sklep albo budują bazę. Szybko pojawiam się przy nich, w rękach ściskam zielony segregator z uśmiechniętym Pluto.
– Patrzcie, co mam! Są nowe karteczki! – wykrzykuję, gorączkowo wertując moje zbiory i szukając konkretnej parki. Pokazuję im nową kolekcję  – różnorakie koty na pastelowym tle. Mam ich mnóstwo: parę godzin wcześniej wymieniłam się z koleżanką ze szkoły.
– Wymianka? – proponuje Magda.
– Pewnie! – odpowiadam, podając jej swój zbiór. Ogląda go uważnie. W końcu wybiera:  chce parkę z psami. Parka, to znaczy duża karteczka i mała karteczka o takim samym nadruku. Wybieram z jej zbioru parkę z Tarzanem i Jane i wskazuję.
– To za to – mówię. Kiwa głową. Wyciągamy kartki z koszulek, wymieniamy się. Biznes się kręci.

~*~

– Ja jestem różowa! – drę się jak stare gacie, próbując przekrzyczeć wszystkich. – Jestem różowa, jestem różowa, albo się nie bawię! – powtarzam uparcie, machając rękami. Chłopcy patrzą na mnie z politowaniem.
– Spoko, bądź różowa. Ja jestem czarny – mówi Kamil. Patryk daje mu kuksańca: – ja chciałem być czarny! – krzyczy z wyrzutem. Przez chwilę kłócą się znowu, zaczynają się wyzywać, już jestem pewna, że znów będą się szarpali, ale nie – udaje im się uspokoić. Przybijamy sobie piątkę i biegniemy.
– GO GO POWER RANGERS!! – wrzeszczymy, skacząc z metrowego murku na trawę. Przechodnie patrzą na nas ze zdziwieniem, kiedy biegniemy jak głupki, by po chwili zrobić fikołka albo schować się za krzakiem. Udaję, że sprawdzam niewidzialny zegarek.
– Zordon nas wzywa! – wydzieram się. Odwracam głowę i mówię do mojego niewidzialnego sprzętu na nadgarstku – zaraz się pojawimy, powtarzam, zaraz się pojawimy…

~*~

– MAMO! – krzyczę, marszcząc oczy i próbując patrzeć w górę mimo rażącego słońca – MA-MOO! MAMO! – nie poddaję się, chociaż stoję tak już dobre pięć minut. Obracam się.
– Magda, pomóż mi. Raz, dwa, trzy…
– MAAAAAAAMOOOOO! – drzemy się we dwie. Gołębie spłoszone uciekają z drzew. Gdzieś obok w oknie wygląda sąsiadka. Słyszę szczęk klamki od balkonu, widzę znajomą postać.
– Co jest? – pyta moja mama, opierając się o balustradę.
– RZUCISZ MI ZŁOTÓWKĘ? – krzyczę, machając do niej ręką. Uśmiecha się i wychodzi z balkonu. Po chwili wraca, trzymając coś zawiniętego w chusteczkę higieniczną. Paczuszka ląduje na trawie. Biegnę i rozwijam. Mój Boże, złoty pięćdziesiąt! Tyle kasy! Biegniemy z Magdą do sklepu.
– Poproszę pałeczkę lodową, maczugi, oranżadkę w proszku i gum kulek za resztę – kładę pieniądze gestem wielkopańskiej bogaczki. Pani podaje mi moje zakupy, gumami dzielę się z Magdą. Odgryzam opakowanie pałeczki. To jest dopiero życie…

~*~

Mogę założyć, że to było przeciętne życie dziecka z lat ’90. Od 9 do 22 latało się po dworze, robiło fikołki na trzepakach i zajadało suche oranżadki w proszku, zlizując je z brudnej od piachu w piaskownicy dłoni.
Byłam małą dziewczynką i czułam się niesamowicie szczęśliwa. Te wspomnienia sprawiają, że uśmiecham się do siebie… i łapię dobry humor nawet w naprawdę podły dzień.