Po butelce wina, czyli lepiej tego nie czytajcie

Naprawdę, naprawdę, naprawdę chciałam napisać mądrą notkę.Wiecie, taką, która utwierdzi was w przekonaniu, że ja jednak mam głowę na karku. Że taka ze mnie porządna, dobra dziewczyna. Swojska i porządna.A potem przypomniałam sobie, że właścicielka mieszkania podarowała nam wino. A następnie przyszło mi na myśl, że w sumie mamy co opijać.Bo wiecie, wreszcie podpisaliśmy umowę na internet.Tak, zdaję sobie sprawę, że dziś jest poniedzi […]

Naprawdę, naprawdę, naprawdę chciałam napisać mądrą notkę.
Wiecie, taką, która utwierdzi was w przekonaniu, że ja jednak mam głowę na karku. Że taka ze mnie porządna, dobra dziewczyna. Swojska i porządna.
A potem przypomniałam sobie, że właścicielka mieszkania podarowała nam wino. A następnie przyszło mi na myśl, że w sumie mamy co opijać.
Bo wiecie, wreszcie podpisaliśmy umowę na internet.



Tak, zdaję sobie sprawę, że dziś jest poniedziałek. Że jutro mam zajęcia, a w środę muszę oddać dwie arcyważne rzeczy  – takie, od których zależy moja ocena.
Haha.
Proszę was, zabrzmiało tak, jakbym się przejmowała.

Chociaż nie zrozumcie mnie źle: to nie jest tak, że mi nie zależy na moich studiach – bo jak Boga kocham, od kiedy pamiętam, były moim marzeniem. Chodzi o to, że zaakceptowałam już dawno fakt, że na studiach nie liczy się wiedza, a szczęście. Możesz obkuć się na blachę na egzamin i dostać trzy. Możesz przyjść nieprzygotowany i dostać pięć.
Na studiach takich jak te wszystko jest możliwe.

O CZYM MAM DZIŚ PISAĆ?

Zanim jeszcze wpadłam na szalony pomysł, żeby napisać kolejną pijaną notkę (poprzednia była  tutaj: klik) myślałam przez chwilę, że napiszę o kobiecie z brodą. Nie dlatego, że pieję z zachwytu, że ją wybrali, ale dlatego, że najzwyczajniej w świecie mam tej baby dość. I to nie dlatego, że ma brodę.

Dlatego, że jest wszędzie.

Wchodzę rano na maila, a tam powiadomienia z twittera: wszyscy twittują o Eurowizji. Loguję się na facebooka, a tam co drugi żali się i narzeka, jak to źle, że wybrali babę z brodą. Inni się cieszą, bo to przeież znaczy, że wreszcie żeśmy się doczekali tolerancji w Europie.
A czy serio z tą tolerancją było w Europie tak bardzo źle? Nie sądzę.

Potem pomyślałam, że ponarzekam na pewien sklep: dlatego, że oddałam dziś sprzęt, a oni zamiast mi zwrócić pieniądze, powiedzieli, że naprawią i oddadzą. Za trzy tygodnie. Wszystko super świetnie, tylko że ja bez tego sprzętu nie mam internetu.
Myślałam, że ponarzekam, bo przeceż blogerzy od tego są, nie? Żeby narzekać i kreować opinie. I ten, jak on miał – lajfstajl.

I tak dochodzimy do powodu mojego świętowania i picia alkoholu w poniedziałek: zdecydowaliśmy się, że mamy dość kombinowania, stosunku przerywanego z internetem i prędkości, która nie pozwala na zjedzenie serialu do pizzy, czy tam pizzy do serialu. Zadzwoniłam do miłej pani z pewnej znanej firmy i załatwiłam umowę.
No i piję, bo w czwartek będę miała stały dostęp do internetu. Alleluja, czy coś tam.

NIE WIEM, O CZYM PISAĆ

Jeszcze przed pomysłem ze sklepem, w mojej głowie krążyła notka o… szczęściu. Bo wiecie, dziś we Wrocławiu była burza. Złapała mnie w środku drogi, w balerinkach, krótkiej spódniczce i rajstopach zaledwie 20den – to znaczy, ja to wszystko miałam na sobie, nie burza – i oblała mnie od góry do dołu. A ja, zamiast się schować, biegłam i szłam – na przemian – jeszcze dwa kilometry. Balerinki przemokły mi całkowicie, grzywka oklapnęła na buzi, a ja się cieszyłam jak głupi do sera.

Bo sobie pomyślałam, że fajnie, że w ogóle czuję. Deszcz, zimno w stopy, kałużę, która mnie ochlapuje, bo w nią oczywiście wdepnęłam.

Śmiejcie się, ale przed chwilą włączył mi się indeks górny i przez parę zdań pisałam małym, śmiesznym druczkiem, który używa się do zapisywania potęg. Dopiero po czasie się zorientowałam – czyżby już za dużo wina?

Wiem, że ten wpis jest tak inny od wszystkich, że pasuje do mojego bloga jak pięść do nosa, piernik do wiatraka, albo broda do kobiety.  Ale czasami trzeba.
Po prostu czasami musisz się napić, bo na trzeźwo się tego świata nie da non-stop ogarniać.

KARTKA Z PAMIĘTNIKA

Patryk gra na gitarze parę metrów dalej, a ja się zastanawiam, o czym wam jeszcze dziś opowiedzieć. Czy mówić o tym, że Nitka ma nową, różową obrożę? Nie, nie trzeba. Czy wspominać o tym, że odkryłam świetny bazar w nowym miejscu zamieszkania? A po co, to się raczej nadaje – ze względu na sens – na Codziennie Fit.

Powiem Wam o tym, że ostatnio coraz częściej myślę o reportażu.
To coś, o czym nie mówiłam jeszcze nikomu: ale coraz częściej ciągnie mnie do tej formy. Interesują mnie ludzie, a jeszcze bardziej – ich historie. Kręci mnie to i zaprząta głowę ostatnimi czasy na tyle, że gdzieś w głowie siedzi myśl, żeby się sprawdzić. Spróbować.
Wiem nawet, o czym bym chciała napisać. I chyba się za to wezmę, jak tylko skończą się moje zaliczenia. Tylko czy ludzie zgodzą się ze mną rozmawiać, skoro nie jestem przynależna do żadnej (poza Lubuską) redakcji? Czy byłabym dobrą reportażystką? A co mi tam, spytam: widzicie mnie w takiej roli?

Wszyscy się boją zrobić pierwszy krok. Ja też.

NO I ZYGZAKIEM DO DOMU

Kończę moje wino i pisanie wpisu, chociaż on w sumie tworzy się sam. Miałam dużo wątpliwości przed publikacją: kiedy ostatnio pisałam notkę pod wpływem, czytało mnie kilka osób.
A teraz strach: czy nie zepsuję swojego wizerunku? Czy nie zniesmaczę czytelników?

Proszę was, jakiego wizerunku?
A wy? Wy mi wybaczcie. Przecież wiecie, że jesteśmy podobni. Możecie spokojnie przybić mi piątkę.

Pewnie w tym stanie nie trafiłabym w waszą dłoń. 😀

PS do jakiej kategorii ten wpis mam dać? Dam do lajfstajlu, taka ze mnie blogerka!