Dobra. Przeczytałeś pięćdziesiąt tysięcy różnych wpisów motywacyjnych na blogach, poprzeglądałeś obrazki cudownych metamorfoz, ślicznych organizerów, przepięknych, zdrowych posiłków i milion zdjęć ludzi sukcesu, którzy teoretycznie powinni cię inspirować. Następnie kupiłeś buty do biegania, otręby, kalendarz i stwierdziłeś, że właśnie teraz zmienisz swoje życie, tak jak Miley Cyrus z słodkiej gwiazdki Disneya awansowała na młodą gwiazdkę prawie-porno.A potem usiadłeś na tyłku i znów skończyło się na niczym. […]
Dlaczego powinieneś w końcu ruszyć tyłek?
Dobra. Przeczytałeś pięćdziesiąt tysięcy różnych wpisów motywacyjnych na blogach, poprzeglądałeś obrazki cudownych metamorfoz, ślicznych organizerów, przepięknych, zdrowych posiłków i milion zdjęć ludzi sukcesu, którzy teoretycznie powinni cię inspirować. Następnie kupiłeś buty do biegania, otręby, kalendarz i stwierdziłeś, że właśnie teraz zmienisz swoje życie.
A potem usiadłeś na tyłku i znów skończyło się na niczym.
Ile razy obiecywałeś sobie coś, a potem tego nie robiłeś? Oglądałeś masę inspirujących filmików, zdjęć, czytałeś wpisy i mądre jak Gandalf książki, a wszystko i tak zawsze kończyło się tak samo – zmotywowany czułeś się przez pięć minut. Mijał kolejny wieczór, a ty uświadamiałeś sobie, że mija też kolejny dzień, spędzony kompletnie niewartościowo. Bo przecież nie miałeś czasu – byłeś w pracy, na zajęciach, w szkole i na piwie ze znajomymi. Musiałeś posprzątać dom, umyć okna, zamieść całą pustynię i wyczyścić szyby wentylacyjne w dwudziestopiętrowym budynku. Brzmi znajomo? No ja myślę, że tak.
O ironio, mnie też to kiedyś dotknęło.
CUDOWNE LENISTWO I JA-ZROBIĘ-TO-PÓŹNIEJ
Trwanie w takim nicnierobieniu, odkładaniu wszystkiego na później i co najlepsze, usprawiedliwianiu się – bo przecież dziś jestem zmęczona, nie było czasu, osiem godzin siedziałam w redakcji, jest już późno – jest fajne. Żyjesz bez wysiłku, prześlizgujesz się z dnia na dzień, nie wymagasz od siebie za dużo, bo przecież już i tak tyle robisz, że jak jeszcze dodatkowo zaczniesz ćwiczyć pół godziny, to odpadnie ci tyłek z wrażenia.
Do pewnego momentu.
Do takiego, w którym twoja potężna jak wieloryb koleżanka wrzuca aktualne zdjęcie, na którym waży jakieś pięćdziesiąt kilo i wygląda lepiej niż odpicowana Selena Gomez na jakiejś super-ważnej gali. Do czasu, kiedy twój znajomy nie zacznie się chwalić, że nauczył się w pół roku nowego języka. I do chwili, w której twój chłopak wie więcej od ciebie na temat czegoś, co cię zawsze interesowało i co zawsze zgłębiałaś.
No i dupa.
Pewnie, że nie jest łatwo zacząć. Ale zaczynanie to nic – to pryszcz na czole piętnastolatka – w porównaniu z tym, jak cholernie, cholernie trudno jest kontynuować to, co się zaczęło. No bo popatrzcie – ile razy wam mówiłam, że teraz robię miesiąc zdrowego odżywiania, będę na fanpejdżu wrzucać jadłospisy, wszystko ę, ą, zakupy zrobione i … kończyło się na wieczorach z zupką chińską, która ma skład bliższy proszkowi do prania, niż pomidorowej. Czemu? Bo zawsze coś wyskoczyło: a to z rana już źle zaczęłam, to cały dzień stał się nieważny; a bo się zmęczyłam, to zasłużyłam, no bo jak to tak – nie nagradzać samego siebie; odpuszczałam sobie i rozpuszczałam sama siebie, cackając się ze sobą i jęcząc, jak bardzo jest ciężko.
Dokładnie tak jak Ty.
JUTRO BĘDZIE ZA PÓŹNO
Dlaczego wreszcie trzeba z tym przestać? Bo jeszcze chwilę i obudzimy się wszyscy z ręką w pieprzonym nocniku, a wokół nas pełno będzie ludzi, którzy nie przespali i teraz mają życie jak marzenie. Może większość z was tego jeszcze nie odczuwa, ale czas zapierdziela szybciej niż Bolt, kiedy ma problemy żołądkowe. Jesień, zima, wiosna, lato, BAM i znów jesień, a następnie ta cholerna zima, tylko po to, żeby mrugnąć okiem, ziewnąć i zobaczyć, że za oknem ponownie słońce i czterdzieści stopni w cieniu. Dzień po dniu, miesiąc po miesiącu i nagle z dwudziestu lat robi się trzydzieści, nie wiesz kiedy zaczynasz trzymać własne dziecko na rękach, potem prowadzisz je do komunii, błysk i upijasz się w trupa na jego ślubie.
A upijasz się dlatego, że dociera do ciebie, że nic nie zrobiłeś.
Nie nauczyłeś się tylu języków, ile chciałeś. Nie schudłaś, bo zawsze nie było czasu. Nie spełniałeś marzeń. Nie próbowałaś starać się o praktyki. Nie wysłałeś tego cholernego opowiadania na konkurs. Nie zrobiłeś tego, tamtego i jeszcze jednego. I jesteś w czarnej dupie.
Bo zapamiętajcie: TO NIE WRÓCI.
NIE ZMARNUJ
Nie wróci czas, w którym macie dwadzieścia lat. Spoko, można schudnąć nawet po pięćdziesiątce, ale zapewniam, że możecie ćwiczyć nawet dwadzieścia godzin dziennie, a wasza skóra i tak będzie już zwiotczała i nieciekawa jak akcja w Zmierzchu. Czemu? Bo żeby była napięta i piękna, powinniście nad tym pracować wcześniej. Wtedy naprawdę można mieć pięćdziesiąt na karku, a wyglądać na trzydzieści.
Ale trzeba, do cholery, pomyśleć o tym wcześniej.
Już nigdy nie będziesz miał dwadzieścia czterech lat i miał możliwość pójścia na praktyki, by nauczyć się czegoś, co potem pozwoli ci zdobyć wymarzoną pracę. Za trzydzieści lat nikt już nie będzie pamiętał o twoim blogu, więc jak chcesz go rozwijać, to teraz jest najlepsza pora. Dziś, nie jutro. Za dziesięć lat będziesz już tak struty tym co jesz, że żadne przejście na zdrowe odżywianie nic ci nie da. Za pięć lat może już będzie za późno, żeby zdobyć się na coś, co chciałeś zrobić. Rozumiesz?
Pewnie, że są osiemdziesięciolatki, które kończą uniwersytet. Sześćdziesięciolatkowie, którzy uczą się języków. Pięćdziesięciolatki, które nagle zaczynają dbać o ciało. Ale uświadomcie sobie jedno: to teraz jest na to czas, nie kiedyś. Teraz macie najwięcej możliwości, teraz wasze ciało jest w najlepszej kondycji, to własnie teraz wasz mózg może przyswajać najwięcej informacji. Teraz jesteście świeży, młodzi, możecie tyle, ile tylko chcecie. Granice stawiamy sobie sami w naszym umyśle i to jest tak cholernie prawdziwe, że brak słów.
TERAZ!
I po przeczytaniu tej notki nie zapisuj sobie, że coś zrobisz. Nie mów do siebie: “okej, to od jutra”. Żadne od jutra, żadne zaraz, żadne za pięć minut, bo skończy się tak jak zawsze. Po prostu przeczytaj, rusz dupę i wstań wreszcie z tego krzesła. Zapisz się na ten kurs, załóż te cholerne buty do biegania, idź na zakupy i kup sałatę, wydrukuj kalendarz, który pomoże ci się zorganizować, usiądź i załóż bloga, jeśli to własnie tego chciałeś albo napisz i wyślij CV. TERAZ.
Wiesz, co będzie najgorsze, jeśli tego nie zrobisz? Może za miesiąc, może za rok, może za 10 lat – ktoś to zrobi za ciebie. Ktoś spełni marzenie, które przecież było twoje. Ktoś zrobi coś, co ty mogłeś zrobić już dawno. Boli, nie?
My, ludzie, cackamy się ze sobą. Ciągle od nowa, od jutra, za chwilę, teraz jestem zmęczony, jeszcze mam czas. A potem budzimy się ze zmarszczkami na twarzy, trzęsącymi się rękami i jedyną naszą rozrywką jest kupowanie moherowych beretów na tony, chodzenie do kościoła i obgadywanie nowego księdza.
Z ŻYCIA WZIĘTE
Wiem, że teraz wydaje się, że będziemy żyć wiecznie- no bo przecież, jak inaczej? Ale życie jest chamskie i wredne i nigdy nie wiesz, kiedy może się skończyć. Na pewno jest coś, co chciałeś zrobić, a tego nie zrobiłeś i teraz żałujesz jak cholera.
Dalej ci się nie chce?
Dalej ci się nie chce?
Ten blog prawie by nie powstał, gdyby Patryk nie kopnął mnie w dupę. Odkładałam to PRZEZ PONAD ROK. Założę kiedy indziej, jutro, nie będę miała o czym pisać, nikt nie będzie tego czytał, pewnie mi się znudzi, nie wyjdzie, szkoda mi dwunastu złotych na domenę….
Gdybym trzy i pół tygodnia temu nie spojrzała w lustro, nie chwyciła CV i spontanicznie nie wybiegła do redakcji, dzisiaj nie byłabym na praktykach, tylko siedziałabym i grzała dupę, oglądając Seks w wielkim mieście i biadoląc, że nigdy nie będę taką dziennikarką, jaką chcę być. Najśmieszniejsze: wystarczyło pójść, wejść do środka i porozmawiać trzy minuty. TRZY MINUTY. Tyle to trwało.
Gdybym nie ruszyła tyłka i nie poszła pewnego wieczoru do Patryka, nie byłabym teraz cholernie i szczęśliwie zakochana. Nie byłabym w związku, w którym chce się żyć i który sprawia, że każdy dzień jest coraz lepszy. A zapytajcie go, ile się umawialiśmy na to spotkanie i jak długo to wcześniej odkładaliśmy – też z rok. ROK.
I nie jest tak, że jesteście w tym sami. Ja też ruszam dupę i już się nie cackam. Nie biadolę, nie odkładam, nie marudzę, nie mówię, że zrobię to wieczorem, a potem próbuję to przemilczeć. Koniec z tym cholerstwem.

Ubieram spodenki i idę ćwiczyć.
Super! Trzymam kciuki!
Dobry kop w dupę. Dzięki Marta
Bardzo proszę, mam nadzieję, że pomoże. Każda zmotywowana osoba mnie cieszy 😀
Ten wpis był dokładnie tym, czego było mi trzeba. Dzięki! 🙂
Ola
Bardzo się cieszę! Powodzenia!
Oj kop w tyłek to ja codziennie muszę sobie dać…. kurczę teraz też bo miałam pracować
To ja też przyłączam się do podziękowań. Dobrze, że jest ktoś taki jak Ty. Zmotywowałaś i mnie! 😉
a osobiście mam tak, że jak coś zapiszę na kartce to w życiu tego nie zrobię. Moim zdaniem trzeba być zawziętym na coś, żeby to zrobić. Jak podejdziesz do czegoś z nastawieniem ,,odbębnię to i będzie z głowy” to nic z tego nie wyjdzie. A nauka języków to zło, portugalski jest diablo trudny xD
A ja niedawno się zmotywowałam do tego, by zacząć pisać po angielsku opowiadania. Wystartowałam na tumblrze z fanfiction mimo tego, że bałam się, że ludzie nie będą chcieli tego czytać. A jednak odzew jest i to mnie bardzo motywuje do działania, chociaż nie posługuję się angielskim perfekcyjnie i robię błędy. Ale dzięki temu poprawiam język i sądzę, że każdy powinien się jakoś zmotywować do działania i nie zniechęcać się szybko! 😉
Najlepszy motywujący post,jaki miałam okazje przeczytać.Ja wzięłam się dzisiaj za siebie,zrobiłam porządki,które były odkładane od początku wakacji,wczoraj usunęłam bloga,który bardziej mi przeszkadzał,niż pomagał i zaczynam od nowa.Co do sportu pierwsza seria brzuszków za mną,dzisiaj kolejna,więc mam nadzieję,że podołam :D.
~Julka
Przypomniałaś mi o opowiadaniu do wysłania 😉 Czasem mam problemy z motywacją, ale kiedy w końcu napisałam zaległą recenzję poczułam się o niebo lepiej i zwolniło się miejsce w mojej głowie, wyrzuty sumienia pokonane.
oooo. widzę, że napisałyśmy o tym samym, czyli magii słowa dzisiaj, które jest najważniejsze bo jest tu i teraz a nie właśnie jutro. mam nadzieję, że byłam inspiracją:) cieszę się, że Ciebie ktoś kopnął w tyłek bo świetnie piszesz. ja sama siebie kopnęłam bo trudno stać w miejscu i oczekiwać cudów. życie jest zbyt piękne by oglądać się za innych. trzeba ruszać tyłek codziennie, by później w bujanym hotelu na starość powiedzieć “cholerka, za długo się bujam, idę pobiegać:)” pozdrawiam
Jezus Maria, ja się zgadzam, ale nie wiem, czemu mnie zawsze takie posty strasznie stresują XD LOL, szczególnie, że mam wrażenie, że się zdecydowanie realizuję na ile mogę 😀
W każdym razie, kiedy mi przyśpieszenie odpadnie, wrócę do tego posta XD
Pozdrawiam 😀
A ja myślę, że jednak najtrudniejsze są te początki – w sensie, jeśli już się zacznie i trochę się pomęczy to szkoda marnować tego, co już się udało 🙂
Co do samych praktyk – tak już zwykle bywa, że po prostu nie chce nam się nawet próbować, a potem okazuje się, że załatwienie czegoś takiego nie jest ósmym cudem świata! 😀
Najtrudniej jest uzyskać energię na start, a potem to jakoś leci samo:)
Od pierwszych słów pomyślałam “kurczę, to do mnie…”. Tak jak piszesz, trzeba ruszyć dupsko i zająć się sobą, żeby nie żałować na starość straconej szansy podbicia świata. Ale naprawdę, wiem to z własnego doświadczenia, najtrudniej jest zacząć… zwłaszcza kiedy w przeszłości udało się zawalczyć i o sylwetkę i o sukcesy w edukacji i to wszystko się zaprzepaściło…
Dziękuję Ci pięknie za wszystkie posty, zaglądam tu często i zawsze można przeczytać coś mądrego, uśmiechnąć się przy tym i zastanowić… Gratuluję talentu i zapału, naprawdę pomagasz 🙂
ja gdzieś na stronie jakiejś tam wyczytałam, że: powtarzając jakąś czynność przez 20 dni (np. codzienne ćwiczenia) to organizm przyzwyczaja się do tego. Zauważyłam to u siebie, teraz nie wyobrażam sobie dnia bez jakichkolwiek ćwiczeń 🙂
aż sobie to wydrukuję i będę czytać co rano 🙂
Ja w tym roku zadziwiłem wszystkich znajomych jak dodałem fotę z wakacji z sześciopakiem na brzuchu warto było ćwiczyć chociażby dla ich reakcji 🙂
…a gdybym nie zrobiła czegoś bardzo głupiego, to Maćkiem nie tworzylibyśmy tak abstrakcyjnie dziwnej pary. Życie to wynik masy wypadków 😀
A skoro jesteśmy przy Miley i motywacji. Ćwiczyłam kiedyś z filmikiem zamieszczonym na yt. Połowy z tego, co krzyczała prowadząca zajęcia nie byłam w stanie zrozumieć (angielski trudna język, szczególnie ledwo żyjąc ze zmęczenia). Reszta to było coś w stylu: skończysz ten workout, będziesz mieć nogi jak Miley Curus! Pomogło to chyba w ten sam sposób, jak u Ciebie – tu nie ma miejsca na może albo ok, zainspirowałaś mnie. Trzeba ruszyć zad i walczyć. Tylko już nie chodzi o nogi ex Hanny Montany… Dzięki! 😀
Jesteś niesamowita!
A ja się ruszam dużo i chyba za dużo.
Zamiast steppera schody , dużo schodów
i mnóstwo jazdy na rowerze.
Chyba wystarczy :-)))
Na tą chwilę motywacja jest, chęci są tylko zobaczymy czy konsekwencji nie zabraknie ;)) Pozdrawiamy Kochana ♥
tylko 12zl dalas za ta domene na rok?
Tak 🙂
No to do roboty 🙂
Marta, jesteś prawdziwym żywiołem! Dzięki za motywację, kopa w tyłek, brutalnie szczery tekst – pomogło!
Wiem, że stać mnie na więcej, niż sobie powtarzam. Nie traktuję siebie jak pięciolatek, nie jestem specjalnie leniwa, ale czasami zdarza mi się zahamować i uśpić swój potencjał, odpuścić sobie “na chwilkę”.
A ta chwilka ciągnie się jak krówka i – tak jak ze słodyczami bywa – nie wystarcza już jedna (chwila). Chce się więcej i więcej, zapomina o zmarnowanym talencie…
Na szczęście przed chwilą wzięłam się w garść i – jeszcze przed przeczytaniem Twojego tekstu – napisałam swój! 🙂
Oj boli, jak człowiek sobie zdaje sprawę, że przespał rok, czy potem … dziesięciolecie.
Masz całkowitą rację. Na szczęście wzięłam się za siebie w lutym tego roku. I może nie wyglądam jak boginia, ale figurę mam nieco lepszą a krok bardziej sprężysty. Może nie schudłam ani kg, ale w centymetrach widać, że mi ubyło. Może nie odczaruję ostatnich pięciu lat, kiedy jeśli chodzi o mój wygląd, głównie się opierdalałam, ale jednak teraz czuję się o wiele lepiej i w dodatku mam zamiar to kontynuować.
Nieźle potrafisz motywować i rób to dalej, bo dobrej motywacji nigdy zbyt wiele.
I gratuluję tych praktyk!
A ja zawsze wszystko robię od razu… Wychodzę z założenia, że lepiej zrobić coś od razu i mieć później ten przysłowiowy “spokój”. Może nie pasuje to do wszystkiego ale zawsze jakaś motywacja jest xD
Mądre słowa, mądre myśli. Dobrze się czyta.
Lubię jak ktoś mnie kopnie w dupę, staram się jednak, żeby nie było trzeba. Nie ma ‘od jutra’. Ty mnie właśnie kopnęłaś. Dzięki. 🙂
Myślę, że masz sporo racji. Ciągle odkładamy wszystko na później, na jutro, na następny tydzień, a potem mijają dni, tygodnie, lata a my dalej tkwimy w miejscu, dlatego też trochę zmieniłam swoje podejście i staram się jak najwięcej robić dziś, żeby jutro było dniem luźniejszym. Co prawda ostatnio popadłam w skrajność i robiłam tyle rzeczy jednego dnia, że wychodziłam o 8, wracałam wieczorem a kolejny dzień i tak był zapchany, bo jak już zaczęłam zapisywać, co trzeba zrobić, to zrobiło się tego jakoś tak… w chuj za przeproszeniem.
Co nie zmienia faktu, że spontaniczne decyzje i odrobina planowania są dobre. W moim przypadku doskonale sprawdza się spisywanie rzeczy do zrobienia na kartkę. Kiedy wiem co mam zrobić, łatwiej jest mi wszystko zaplanować i wcielić w życie.
dobrze napisane, racja racja racja! weźmy się do roboty zanim będzie za późno, bo czas nieubłagalnie ucieka
to jest pamiętnik, notes coś w tym stylu 😀 jest śliczny, ale był trochę drogi, ale nie mogłam się oprzeć!
Dziękuję!
Taak, odkładanie wszystkiego na później jest taką dzisiejszą chorobą. Cholernie się rozprzestrzeniającą. Ale ludzie myślą, że nie da się z nią walczyć, a przecież to nie jest takie trudne. Da się z nią walczyć. I da się ją pokonać.
Dzięki za ten wpis! Strasznie prawdziwy i dający do myślenia. Chyba będę każdy dzień zaczynała od jego przeczytania, bo niesamowicie motywuje!
Taki kop motywacyjny mi się bardzo przyda. Co z regularnymi ćwiczeniami i zdrowym odżywianiem nie mam żadnego problemu, to z ogarnięciem siebie tak poważniej mam..
Aż sobie o swoim blogu przypomniałam, ale wstyd
Ja, zanim urodziłam dziecko, zawsze mówiłam, że nie mam na wszystko czasu. Wydawało mi się, że jestem mega zajętą osobą, że ciągle coś mam do zrobienia, ale w rzeczywistości nie robiłam nic konkretnego i marnowałam czas na rzeczy beznadziejnie nieprzydatne. Teraz dopiero, przy natłoku nowych obowiązków, zorientowałam się jak cenna jest każda minuta i jak wiele można zrobić w ciągu niej. Nie jest łatwo, ale teraz, gdy tego czasu nie mam za wiele, jestem znacznie bardziej zmotywowana by robić cokolwiek, niż do tej pory. I się udaje. Dlatego powtórzę swój stały postulat do wszystkich bezdzietnych ludzi: róbcie wszystko, na co macie ochotę i na co macie pomysł, póki nie macie dzieci. Potem jest już hardkor i na realizację swoich celów, owszem, znajdziecie czas, ale niestety np. kosztem snu lub zjedzenia obiadu.
Każdy by się pewnie podpisał pod tym rękami i nogami, a jednak każdy dodałby “Ale ja nie potrafię się ogarnąć…”. A to nie kwestia ogarnięcia, po prostu wyłączenia facebooka i działania zamiast gadania (:
dzieki za ten wpis!
Marta! We wszystkich księgarniach powinni wyrzuć książki i pseudo- poradniki motywacyjne i na ich miejsce położyć kartkę z ww tekstem! Serio, cholernie mocny, prawdziwy i jak dotąd najlepszy tekst jaki czytałam (i nadal wiele razy go przeglądam w chwilach zwątpienia)!
A od siebie dodam, że wkurza mnie, jak to wiecznie mi się wszyscy żalą -“Jakie moje życie jest nudne”, “Zrobiłbym coś ale nie mam czasu/jestem zmęczony itd…” A figa! Ja też tak myślałam kiedy zaczynałam studiować medycynę- ciągły no time,no hobby, no life….Aż w końcu wzięłam się za siebie, przestałam biadolić, poczytałam parę książek o planowaniu i organizacji i wiesz co?
Jestem teraz na 6 roku, właśnie udało mi się zdobyć stypendium dla najlepszych studentów (a uwierzcie na medycynie to nie jest takie proste….a wcześniej to drżałam o byle “trójkę”), uczę się 2 języków obcych (angielski i włoski), codziennie(!) znajduję godzinkę czasu na ćwiczenia (wróciłam do rozmiaru z liceum- 34 🙂 ), gram w tenisa ziemnego i, rozwijam się kulinarnie, mam czas na czytanie książek (niemedycznych), randki i spotkania z przyjaciółmi. Spełniłam moje marzenie- naukę gry na gitarze i taaaaak sypiam 7 godzin dziennie 🙂
I co da się? Da się!
Odkryłam Twojego bloga niecałe 2 miesiące temu i bardzo Ci dziękuję! Co prawda przez miesiąc byłam daleko od jakiejkolwiek cywilizacji, ale gdy tylko wróciłam, zaczęłam nadrabiać zaległości. Uwielbiam Cię, Twoje porównania i zabawne przykłady! Na prawdę jestem Ci mega mega wdzięczna, za to, co piszesz i jak piszesz! Możliwe, że dzięki Tobie choć troszeczkę poszłam do przodu i już od ponad tygodnia robię przysiady. Codziennie o 10 więcej. Niby nic, ale dla mnie to już wielki sukces! Jesteś cudowną motywacją i rób tak dalej no! <3 ~Gabrysia
Dziewczyny! Dajecie powera do pracy 🙂
Uwielbiam tego typu teksty. Potrafią niesamowicie zmotywować do działania. Nie ma co narzekać, to prawda. Wielokrotnie mamy do tego zapędy, a samo gadanie przecież nic ie daje. Kiedyś ciągle jęczałam i płakałam, że “o matko jaka ja to gruba jestem”, że “nie mieszczę się w wymarzone ciuchy”, że “nie mam przez to chłopaka”, że “jestem brzydka” i tego typu podobne bzdury. W końcu na pierwszym roku studiów postanowiłam, że zmieniam nawyki żywieniowe. Bam! Kilka kilogramów zeszło, ale nadal nie ćwiczyłam, nie znalazłam sposoby, by w pożyteczny dla organizmu sposób wyładować wszystkie emocje. Rok później zaczęłam umawiać się z jednym chłopakiem i starałam się coś zmienić w ciele. A cztery miesiące później znalazłam faceta, z którym jestem do dziś. Jednak po drodze wyzbyłam się nowych dobrych nawyków. Rozleniwiłam się. I w końcu rok temu powiedziałam sobie dosyć. Przez całą moją frustrację, niezadowolenie z siebie i przytłaczającą mnie rzeczywistość stałam się najgorszą wersją siebie, o której istnienie bym siebie nie podejrzewała. Pierwszy krok, jaki zrobiłam, skierował mnie w stronę roweru. I zaczęłam wyładowywać te wszystkie złe emocje jeżdżąc 10-12 km dziennie. No i co? 8 kg, łącznie ponad 60 cm na minusie. Samopoczucie dużo lepsze. Przez to, że zaczęłam czuć się lepiej sama ze sobą, to i inni czuli się lepiej w moim towarzystwie. Znów zaczęłam mieć pasję. Nauczyłam się na nowo rozwijać samą siebie. Jestem w połowie drogi, ale i tak widzę, jak wielki postęp zrobiłam w przeciągu roku.
Polecam każdemu! Czasem rzeczywiście potrzeba niezłego kopa od innych, byśmy w końcu przejrzeli na oczy i coś zrobili ze swoim życiem. 🙂
Dzięki Marta!
Genialny tekst, Marto! “A potem budzimy się ze zmarszczkami na twarzy, trzęsącymi się rękami i jedyną naszą rozrywką jest kupowanie moherowych beretów na tony, chodzenie do kościoła i obgadywanie nowego księdza.” – wypisz, wymaluj…