Jak mdlałam na koncercie Green Day i zostałam groupies

Wielki huk ze sceny, rozpaczliwe piski szalonych fanek, tłum i tłok większy, niż gdyby rozdawali w okolicy darmowe tablety i wielcy ochroniarze, którzy co chwila wynoszą mdlejących ludzi; czuję jak tłum napiera na mnie z każdej strony i rozpaczliwie próbuję trzymać się barierek, a przynajmniej stać w ich pobliżu. Tuż za mną Patryk, zgarniający co chwila wredne komentarze dotyczące swojego dwumetrowego wzrostu. Jeszcze pięć minut oczekiwania, kolejny głośny huk i nagle Green Day wybiega na scenę.  […]

Wielki huk ze sceny, rozpaczliwe piski szalonych fanek, tłum i tłok większy, niż gdyby rozdawali w okolicy darmowe tablety i wielcy ochroniarze, którzy co chwila wynoszą mdlejących ludzi; czuję jak tłum napiera na mnie z każdej strony i rozpaczliwie próbuję trzymać się barierek, a przynajmniej stać w ich pobliżu. Tuż za mną Patryk, zgarniający co chwila wredne komentarze dotyczące swojego dwumetrowego wzrostu. Jeszcze pięć minut oczekiwania, kolejny głośny huk i nagle Green Day wybiega na scenę. W tej chwili przestałam ogarniać, co się wokół mnie dzieje. 



AKT I: WYCZEKIWANIE


Zacznijmy od tego, że jeśli myśleliście, że kolejki w czasach PRL-u to szczyt ludzkich możliwości, to wiedzcie, że jesteście w cholernym błędzie. Kolejki pod Atlas Areną w dzień koncertu – TO jest szczyt. Wszystkiego, tak naprawdę. Możliwości, wytrzymałości, tego, co człowiek potrafi znieść i ile wystać bez konieczności amputacji nóg.

My przyszliśmy pod Arenę o dziesiątej – czyli osiem godzin przed wpuszczaniem ludzi do środka. Jakie więc było nasze zdziwienie, kiedy zadowoleni,pełni humoru i pewni, że będziemy w miarę pierwsi, zobaczyliśmy sporą grupkę ludzi, koczującą tu chyba od nocy. Skąd oni się wzięli i jak, do cholery, mieli siłę tyle czekać – nie mam najmniejszego pojęcia, wiem tylko, że my po ośmiu godzinach czekania padaliśmy na twarz, mieliśmy poparzenia słoneczne od przymusowego opalania i powoli przestaliśmy  ogarniać, jak się nazywamy i na co, do cholery, czekamy.

AKT II: WALKA


Ale w końcu – wpuścili nas. Biegiem rzuciliśmy się do barierek, ja prawie połamałam nogi (sztuk dwie) na stromych schodach, Patryk tylko dzięki szczęściu nie skręcił kostki, dobiegamy do celu, a tam już horda największych fanek przyczepiona jak pijawki do barierek. Kolejne pytanie: jak one, do cholery, się tam znalazły? Tajemnica, serio, albo zdolność teleportacji.
billie joe polska koncert green day w polsce łódź 2013 atlas arena
To ja zrobiłam te zdjęcie!

Mimo wszystko udało nam się stanąć w pierwszym rzędzie, ale stanąć to jedno, a utrzymać pozycję, o drugie. I chociaż nie popieram przemocy i z moim metrem sześćdziesiąt za dużo nie jestem w stanie zdziałać, to przyznam, że w pewnym momencie miałam ochotę jedna i drugą walnąć z łokcia, bo się pchały na mnie jak dzikusy i słowo daję, że jak zespół wyszedł na scenę to zniosły kilka jajek.

Przed Green Day zagrał suport – All Time Low i jeśli mam być szczera, to zapamiętałam tylko to, że jeden z nich miał różową gitarę; byliśmy z Patrykiem tak podekscytowani że tylko czekaliśmy, aż skończą śpiewać i wpuszczą wreszcie nasz zespół na tą cholerną scenę.
I w końcu się doczekaliśmy. Pisk, który wypełnił Atlas Arenę, można by porównać tylko – pardon wszystkich obrażonych — do ataku fanek Justina Biebera. Ludzie oszaleli, darli się jak opętani, skakali i napierali na mnie z każdych stron. Tak, że w pewnym momencie poczułam jak odpływam i jeszcze chwila, a zakończyłabym koncert w stanie kompletnie nieprzytomnym.

AKT III: O MÓJ BOŻE, TO ONI!


Zobaczyć Billiego, Mike’a i Tre –  to jedno. Sam fakt, że Billie wygląda w rzeczywistości tak samo cholernie dobrze jak na zdjęciach sprawiało, że niejedna fanka miała stan przedzawałowy, gdy tylko podszedł na skraj sceny. 
Dla mnie najbardziej zajebistą rzeczą był kontakt wzrokowy z Tre – wyobrażacie to sobie? Stoisz w tłumie,drzesz się jakby cię obrywali ze skóry,

billie joe polska koncert green day w polsce łódź 2013 atlas arena sesja zdjęciowa marynarki serce american idiot
www.fanpop.com

 rycząc śpiewasz piosenki, uśmiechasz się do perkusisty, a on odpowiada uśmiechem i puszcza ci oczko. Dosłownie, poczułam się jak jakaś szalona piętnastka, bo myślałam, że zaraz się zesikam z wrażenia, chociaż sądzę, że ludziom obok mnie niekoniecznie to by się spodobało.


Druga sprawa – usłyszeć swoje ulubione piosenki na żywo  Dzisiaj nie mogę mówić i mam chrypę jak Lord Vader, który na dodatek ma spieprzony respirator , czy jak to tam się nazywało. A kiedy nagle wyskoczyli ze swoich piosenek i zaśpiewali beatlesowskie Hey Jude*, to autentycznie zaczęłam ryczeć jak bóbr, nie wiem do końca dlaczego, co, jak się okazuje, jest dość typowe dla kobiet, także wszystko ze mną w jak najlepszym porządku.

AKT IV: LUDZIE MDLEJĄ


Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to organizacja koncertu. Raz – przedłużone wpuszczanie ludzI, pięćdziesiąt tysięcy postojów, by po raz setny sprawdzić te same bilety. Dwa – kazali nam przed wejściem oddać wszystkie napoje, łącznie z wodą, bo ktoś mógłby rzucić butelką – plastikową – i nie daj Boże walnąć komuś korkiem  w czoło. I nic, że ludzie przez to mdleli, bo przy same scenie był większy tłok, niż w tramwaju o siódmej.
billie joe polska koncert green day w polsce łódź 2013 atlas arena revolution 99 tour
www.greenday.com

Wyobraźcie sobie że jeszcze przed samym koncertem zemdlał mi Patryk i musieli go wynosić. Ja cała spanikowana, łzy mi lecą jak grochy, a mojego chłopaka wynosi potężny ochroniarz. A wystarczyło  cholera, pozwolić na wodę, lub tą wodę dać. Na początku koncertu obsługa rozrzuciła jakieś cztery – zwróćcie na to uwagę – CZTERY butelki na cały tłum. Doszło do tego, że Billie Joe rozrzucał ze sceny butelki z wodą, które dostali jako zespół.  Kidy w końcu z Patrykiem zrobiło nam się słabo w trakcie koncertu i zaczęliśmy wołać ochroniarza, to ten nagle, cholera, nie słyszał. Ale spoko, co tam, jakbyśmy zasłabli to dalej byśmy stali – był taki ścisk, że nie było nawet gdzie upaść, także wiecie.  W każdym razie, dość dużo osób mdlało, jeszcze większa ilość skandowała „Wody, wody”, co organizatorzy bardzo grzecznie olali.

I jeszcze jedna rzecz – w pewnym momencie w trakcie koncertu Mike zaczął rzucać ludziom kostki gitarowe. W momencie, w którym nie dorzucił do publiczności i kostka upadała na ziemię, ochroniarze nic sobie z tego nie robili – bo przecież tak trudno się schylić i podać coś komuś.

AKT V I OSTATNI


Ogólnie, dziś ledwo żyjemy, mamy nogi zmęczone jak po wyprawie na koniec świata, oboje mówimy z chrypą godną jakiegoś przedwojennego amanta – chociaż w moim przypadku, to już nie jest takie seksowne – i ogólnie nie wiemy, jak się nazywamy. Ale było warto! I cholera, jeżeli Green Day wróci znów do Europy – a ma wrócić – to ja stoję pierwsza w kolejce.
Amen.


*Gdyby ktoś nie wiedział, wielbię The Beatles.