Jesteś młody? Polska nie jest dla ciebie.

Za każdym razem, kiedy słyszałam jak media trąbiły o rosnącej liczbie Polaków opuszczających kraj w takim pośpiechu, jakby za granicą rozdawali coś za darmo, główkowałam, dlaczego oni tak spieprzają z naszej pięknej, polskiej ziemi, pełnej jabłek, pyr i kiboli w szalikach.Z ręką na sercu – trudno mi było wyobrazić sobie powód, dla którego ktoś mógłby porzucić rodzinę, spakować manatki, pożegnać swój ukochany pokój i opuścić kraj, w którym się urodził i do którego – czysto teoretycznie – powinien być przywiązany.Teraz mam lat dwadzieścia, i jak Boga i […]

Za każdym razem, kiedy słyszałam jak media trąbiły o rosnącej liczbie Polaków opuszczających kraj w takim pośpiechu, jakby za granicą rozdawali coś za darmo, główkowałam, dlaczego oni tak spieprzają z naszej pięknej, polskiej ziemi, pełnej jabłek, pyr i kiboli w szalikach.

Z ręką na sercu – trudno mi było wyobrazić sobie powód, dla którego ktoś mógłby porzucić rodzinę, spakować manatki, pożegnać swój ukochany pokój i opuścić kraj, w którym się urodził i do którego – czysto teoretycznie – powinien być przywiązany.
Teraz mam lat dwadzieścia, i jak Boga i koty kocham, przestaję się dziwić, a zaczynam rozumieć.
Bo jeśli nie masz czterdziestki na karku i konta, na którym jest jako taki majątek, to – prawdę mówiąc – cholernie trudno tu żyć.

Zawsze chłonęłam jak gąbka wszystkie opowieści związane z historią kraju i walecznie – jak kot swojej miski z jedzeniem – broniłam Polskę przed jakąkolwiek krytyką, która tylko wpadła mi w ucho i raniła w pewien sposób serce.  Tak sobie teraz myślę, że cechowała mnie dziecięca naiwność: każde dziecko przecież zawsze i bezgranicznie broni swojej matki, czyż nie?
Do czasu, w którym okazuje się, że wszystko to wyobrażenia, które wraz z dorosłością pękają jak wielka, mydlana bańka, zrobiona przez głośnego sprzedawcę na jarmarku.

BEZ PERSPEKTYW

Nie jestem ekonomistą, ekspertem, który pojawia się w telewizji śniadaniowej przynajmniej raz w tygodniu ani wielkim panem mądralińskim, udzielającym się pod każdym artykułem i piszącym takie eseje, jakby za każdy komentarz płacono w złocie. Jednak do niektórych wniosków wcale profesorem być nie trzeba: bezrobocie ma się w naszym kraju wspaniale. Jeśli wejdziecie na portal z ogłoszeniami, to pomijając nieliczne posty, gdzie szukają inżynierów i innych mądrych głów, którzy znają całą tabliczkę mnożenia na pamięć i potrafią wyliczyć nawet minusową deltę,  reszta dotyczy wyłącznie darmowych praktyk i staży, pracy polegającej na odbieraniu telefonów i, przy odrobinie szczęścia, skręcania długopisów.
Wszystkie posady, które są przyszłościowe, są już zajęte przez stare wygi, które nie dadzą się łatwo wygryźć. Nikt nie chce zatrudniać młodych, bo – no patrzcie, naprawdę zadziwiające – nie ma on doświadczenia. Rzeczywiście, to nasza wina. Powinniśmy już w przedszkolu załapać się na jakiś staż, zamiast beztrosko bawić się lalkami i klockami. Cholera.

Co z tego, że większość osób kończy studia, trzaska magisterki i doktoraty, skoro papier ukończenia lub literki przed nazwiskiem zaczynają mieć wartość równą ceny gumy kulki, która w dzieciństwie wydawała się być majątkiem, a teraz jest niczym? Obejrzcie się: prawie każdy ma studia. Tytuł to już nie prestiż. To codzienność, coś, jak podstawówka, którą każdy i tak kończy, więc szału nie ma i żadne, podkreślam, żadne biustonosze nie latają z wrażenia w powietrzu.

BEZ POMOCY

Wydawałoby się, że skoro o dobrą pracę jest trudno, to chociaż może własny biznes jest łatwiej założyć. Bardzo śmieszne – składki na ZUS, zdrowotne, a jeśli zaczyna nam się powodzić, to kasa fiskalna – dla młodego człowieka z pomysłem na siebie pieniądze rzeczywiście są, ale na minusie. Co za paradoks – państwo chyba powinno pomagać młodym rozkręcić interes i się wzbogacić, albo przynajmniej ustatkować, a nie to utrudniać, mylę się? Może i stroma droga do sukcesu rzeczywiście czegoś uczy, gorzej jednak, jeśli ktoś już na starcie uszkadza ci nogę i nie pozwala w ogóle zacząć.
Zostaje więc to cholerne skręcanie długopisów.

ZOSTAJE UCIECZKA

Nigdy nie sądziłam, że to powiem, ale emigracja przestaje się wydawać takim złym pomysłem.  Dopóki ktoś nie zmieni tego, co się teraz u nas dzieje,  to naprawdę mały odsetek z nas ma szansę na satysfakcjonujące życie.
Tyle razy powtarzałam, że jeśli czegoś się bardzo chce, to się to osiągnie, ale zaczynam myśleć, że u nas po prostu nie ma na to środków. Na sukces i na szczęście.
Bo lepiej kłócić się o strzały w piętnastej sekundzie i siedzieć w tym Sejmie, przeglądając gazety i swój tablet, zamiast ruszyć dupę i zrobić cokolwiek.
Jeśli tak wygląda dorosłość – obdzieranie ze starych ideałów – to ja wysiadam. Poproszę smoczek i pieluchę.
Bo nie tak to miało być.

PS To nie jest post o tym, że już biegnę się wyprowadzać, bo to jedyne wyjście. Nie uważam też, że w Polsce to tak okropnie, a w innych krajach lepiej. Nie dziwię się, że ludzie bez wykształcenia, doświadczenia i chęci, nie mają pracy.
To tylko małe obserwacje. Bez spiny proszę.