Kiedy cierpliwość się kończy, czyli weźcie stąd to białe cholerstwo!

Jak mówili starożytni, łażąc po mieście prawie nago okryci tylko brudną togą, cierpliwość to cnota. Może i tak jest, ale nie ulega wątpliwości, że każda – nawet ta anielska, czego jestem pewna po obejrzeniu sześciu sezonów „Supernatural” – w pewnym momencie się kończy.Moja cierpliwość właśnie spakowała walizki i powiedziała brzydki czasownik zaczynający się na p i mówiący wiele o tym, co sądzi na temat całej tej sytuacji. A właściwie zbyt długiego pobytu pewnej wrednej damulki, która rozgościła się ze swoim futrem i bezczelnie odmawia wyjścia, liżąc lod […]

Jak mówili starożytni, łażąc po mieście prawie nago okryci tylko brudną togą, cierpliwość to cnota. Może i tak jest, ale nie ulega wątpliwości, że każda – nawet ta anielska, czego jestem pewna po obejrzeniu sześciu sezonów „Supernatural” – w pewnym momencie się kończy.

Moja cierpliwość właśnie spakowała walizki i powiedziała brzydki czasownik zaczynający się na p i mówiący wiele o tym, co sądzi na temat całej tej sytuacji. A właściwie zbyt długiego pobytu pewnej wrednej damulki, która rozgościła się ze swoim futrem i bezczelnie odmawia wyjścia, liżąc loda na patyku i spoglądając na ludzi z pogardą. Tak Zimo, mówię o tobie. 
Jesteś najbardziej upierdliwym wrzodem na tyłku, jakiego ludzkość może sobie wyobrazić. 
Spadaj.


ILE MOŻNA?

Ja rozumiem grudzień – bo wtedy święta, choinka, Last Christmas obowiązkowo w każdych głośnikach i próbowanie złapania miłości naszego życia, latając za nią w świątecznym amoku, stroju Mikołaja i  wymachując jemiołą na prawo i lewo. Styczeń też – bo fajerwerki fajnie wyglądają na tle śniegu, a poza tym wiadomo, że razem z lutym tworzą idealny czas na ferie zimowe, wypady na sanki i wielkie, legendarne wręcz, bitwy na śnieżki, które, swoją drogą, umierają już chyba śmiercią naturalną.
Ale marzec, serio?
Od trzech cholernych tygodni codziennie sprawdzam serwis pogodowy i za każdym razem obiecują, że już za tydzień ta cholerna, nieodpowiedzialna i kompletnie olewająca sprawę wiosna się zjawi. Serio. I co? Siedzę wczoraj wieczorem jak Bóg przykazał, trując Patrykowi dupę i oglądając głupie strony na necie, a za oknem pada śnieg. ŚNIEG!  Dwa dni przed kalendarzową wiosną. Czy porom roku się w dupach poprzewracało, czy o co chodzi?

LUDZIE MAJĄ PLANY

Ja rozumiem, że można być entuzjastą takich klimatów, zwłaszcza, jeśli umie się jeździć na nartach i snowboardzie, ma się fajną, kolorową, walącą po oczach puchową kurtkę i wielkie, grube rękawice,  ale nie sądzę ,żeby zima miała aż tylu fanów na fejsie, żeby mogła tak bezczelnie zadomawiać się na dobre. Słuchaj, młoda damo – może i masz spojrzenie zimne jak lód, kreację z futra prawie jak z jakiegoś domu mody i świetnie wyglądasz w białych rurkach, ale nie zmienia to faktu, że – mówiąc bardzo eufemistycznie – psujesz ludziom wszystkie plany. Nie uśmiecha mi się zasuwać na trening wiedząc o tym, że będę musiała wyjść i hasać po śniegu niczym jakaś sarna, albo w sumie jeleń, bo co jak co, ale wiosna przyprawia nam niezłe rogi.  Nie chce mi się wychodzić na zajęcia, bo to oznacza stanie na przystanku, a tam nic, tylko rozbabłany, brudny śnieg, kałuże i przenikające zimno, które nie chce sobie pójść, ni cholery. Nic mi się przez ciebie, paniusiu, nie chce. Jestem jak jedno, wielkie, wegetujące drzewko z liśćmi w kolorze blond.
Nie uważacie, że zima jest jednym, wielkim, cholernym demotywatorem?  Bo ja tak.
I chciałabym znaleźć sposób, aby ją wykopać – bo coś mi się wydaje, że topienie Marzanny raczej nie przyniesie zbyt dużego efektu.